Dwie dekady w siatkarskiej elicie, złote medale, burzliwe rozstania i powroty, a także codzienność poza sportem – Małgorzata Glinka-Mogentale opowiada w podcaście "Co u nich słychać?" o blaskach i cieniach życia zawodowej siatkarki. W szczerej rozmowie zdradza, jak wyglądała jej droga na szczyt, jak radziła sobie z presją i co czuje dziś, patrząc na swoją karierę z dystansem.
- Małgorzata Glinka-Mogentale, legenda polskiej siatkówki, oddała tej dyscyplinie trzy czwarte swojego serca i zdobyła m.in. dwa złote medale ME oraz tytuł MVP.
- Kariera to nie tylko sukcesy, ale też presja, kontuzje, trudne chwile i osobiste wyzwania, jak poważna choroba córki.
- Kluczem do sukcesu drużyny była świetna atmosfera, zaufanie trenera Niemczyka oraz swoboda, którą dawał zawodniczkom.
- Po zakończeniu kariery musiała na nowo odnaleźć się w życiu bez sportowej dyscypliny i adrenaliny, które dawała profesjonalna gra.
- Choć dziś jest spełnioną mamą i aktywną kobietą, wspomnienia dawnych sukcesów dodają jej sił na co dzień.
Dwadzieścia lat na najwyższym sportowym poziomie, dwa złote medale mistrzostw Europy, tytuł MVP i podziw kibiców - Małgorzata Glinka-Mogentale nie ma wątpliwości: Siatkówka dała mi wszystko. Ja też oddałam jej całą siebie.
Jak przyznaje w podcaście "Co u nich słychać?", życie profesjonalnej sportsmenki to nie tylko blask reflektorów, ale też ogromna presja, odpowiedzialność i ciągła dyscyplina.
Byłam przez całe życie takim liderem, można powiedzieć, w każdej drużynie. I tą odpowiedzialność zawsze miałam bardzo dużą za całą drużynę, za wynik, więc na mnie to na pewno ciążyło przez wiele, wiele lat - wyznaje Glinka-Mogentale.
Siatkarka nie ukrywa, że życie po zakończeniu kariery nie było łatwe.
Żyłam przez dwadzieścia lat w takiej bańce, można powiedzieć. No i jak ta bańka pękła, to po prostu później stykałam się z takimi realnymi rzeczami, które mi stwarzały problem - mówi szczerze.
Sukcesy reprezentacji Polski w siatkówce kobiet na początku XXI wieku na długo zapisały się w historii polskiego sportu. Dwa złote medale mistrzostw Europy (2003, 2005) to nie tylko efekt ciężkiej pracy, ale też wyjątkowej atmosfery w drużynie.
My jako reprezentantki i Złotka miałyśmy tę przewagę, że po prostu uwielbiałyśmy ze sobą spędzać czas. Oprócz tego, że byłyśmy, może nieskromnie powiem, że grałyśmy dobrze w siatkówkę, ale też ładnie wyglądałyśmy, więc dlatego też może kibice nas bardzo kochali - wspomina Glinka-Mogentale.
Kluczem do sukcesu był zaufanie i swoboda, jaką dał im trener Andrzej Niemczyk.
On nam dał zaufanie i powiedział: Dziewczyny, chcecie iść na dyskotekę? Nie ma problemu. Chcecie się napić piwa? Napijcie się piwa. Tylko pamiętajcie o tym, że rano jest trening. Ja będę to widział. Jak ja to zauważę, to wam się odechce dyskoteki do końca roku - cytuje siatkarka.
Małgorzata Glinka-Mogentale nie ukrywa, że jej kariera to nie tylko pasmo sukcesów. Były też chwile trudne - kontuzje, nieprzyjemne sytuacje, a nawet usunięcie z reprezentacji.
Wyrzucili mnie z reprezentacji, ponieważ uważali, że ja wyrzuciłam trenera Niemczyka. Czułam się odpowiedzialna za drużynę, bo widziałam, że się rozlatujemy - wspomina.
Nie zabrakło również osobistych dramatów. Po narodzinach córki Michelle, która poważnie zachorowała na sepsę, Glinka musiała na dwa lata zawiesić karierę.
Była to sytuacja dająca mi dużo do zrozumienia, jakie są wartości i co jest ważne, a co jest mniej ważne - wyznaje.
Powrót na parkiet okazał się ogromnym wyzwaniem. Przygotowywałam się osiem miesięcy sama na treningu siłowym. Przyszłam na trening pierwszy raz, chciałam zrobić pompkę, to nie dałam rady zrobić jednej pompki i mówię: O Boże jedyny, w jakim ja stanie jestem - śmieje się dziś Glinka-Mogentale.
Po zakończeniu kariery Małgorzata Glinka-Mogentale musiała na nowo nauczyć się życia.
Każdy dzień zaplanowany jest co do godziny. Zawodnicy są jak małpki w cyrku. Mówi się im nawet, w co mają się ubrać. I nagle wszystko się kończy. Otwierasz oczy, ale nikt ci nie daje tej karteczki z rozkładem dnia - mówi, cytując swoje słowa z wcześniejszego wywiadu.
Choć dziś jest spełnioną mamą dwójki dzieci i aktywną kobietą, przyznaje, że nie znalazła już w życiu podobnej adrenaliny, jaką dawała jej siatkówka.
Oczywiście mam jakieś tam swoje małe cele, do których dążę, ale uwierzcie mi, sport profesjonalny daje takiego kopa, że po prostu albo bym musiała wejść na jakiś Mount Everest, albo skoczyć z mostu, żeby dostać taką adrenalinę - żartuje.
Mimo że dziś nie wraca często do archiwalnych meczów, wspomnienia sukcesów i przełomowych chwil są dla niej źródłem siły. Jeżeli wracam, to staram się wspominać te miłe momenty, które mi dodają trochę odwagi i siły w tych realiach dzisiejszych - podkreśla.
Na pytanie, czy czegoś żałuje, odpowiada z dojrzałością: Nie żałuję niczego i myślę, że miałam dużo szczęścia. Miałam fajnych ludzi wokół siebie, którzy mi pomogli w tym wszystkim. Ale z perspektywy patrząc na to wszystko, to oddałam trzy czwarte serducha.