Najwybitniejszy polski hokeista w historii. Grał w najlepszej lidze świata - NHL. Wielokrotnie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej. Wystąpił na zimowych igrzyskach olimpijskich w 1992 roku. Ma za sobą genialną karierę sportową. W listopadzie natomiast wcieli się w rolę nauczyciela i poprowadzi zajęcia podczas największej w Polsce lekcji wychowania fizycznego, czyli Artur Siódmiak Camp! Z Mariuszem Czerkawskim rozmawia Jan Kałucki.

REKLAMA

Zgłoś się na największą lekcję WF-u w Polsce! >>>>

Jan Kałucki, RMF FM: Artur Siódmiak po raz kolejny chce zorganizować największą lekcję WF-u w Polsce. Pan się kiedyś zwalniał z wychowania fizycznego?

Mariusz Czerkawski: To nie do pomyślenia! To taka lekcja, na której chce się zawsze być. Człowiek tęskni za tymi zajęciami, chciałby ich mieć jak najwięcej. Nie każdy musi jednak być sportowcem; nie każdy musi uwielbiać sport, nie każdy musi być jego pasjonatem. Najważniejsze, żeby pamiętać o tym, że ruch to zdrowie. I warto przynajmniej uczęszczać na te lekcje WF-u, które są. Warto się ruszać i uprawiać jakikolwiek sport, zdobywać relacje z ludźmi, rywalizować i mieć uśmiech na twarzy.

Powiedział pan, że ruch to zdrowie. Ja mam takie wrażenie, że hasło to już spowszedniało. Wpada jednym uchem i wypada drugim. Dlaczego zatem wciąż warto uprawiać sport? Czego uczy to w życiu codziennym?

Z jednej strony to pasja, którą można się zarazić. Poza tym sport na pewno uczy pokory, fajnej rywalizacji i fajnego spędzania czasu. A przede wszystkim działa na zdrowie. Każdy z nas chce być zdrowy i w miarę dobrze wyglądać. Uważam, że dobrze jest potrafić w miarę prosto kopnąć piłkę, rzucić do kosza, przebiegnąć kilkaset metrów czy chociażby pływać albo zrobić poprawny przysiad lub pięć pompek. Rozumiem, że dla niektórych jest to niesamowite wyzwanie, dlatego warto poprzez takie inicjatywy jak ta Artura zachęcać, zarażać tą pozytywną energią.

Kiedyś nie było takich campów. Jak pan zaczynał? To były lata siedemdziesiąte i Radomsko.

Tego już za bardzo nie pamiętam, bo miałem 2 latka w 1974 roku, kiedy rodzice - na szczęście dla mnie - wyjechali z Radomska w poszukiwaniu pracy. Mój tata dostał pracę w Tychach i tak się zaczęła moja przygoda z hokejem. Kiedy miałem 8 lat, tata zabrał mnie na mecz hokejowy i po prostu zostałem na tym lodowisku. To było moją największą pasją. Co zrobić, żeby pójść na łyżwy? Co zrobić, żeby być hokeistą? Jak być najlepszym w mieście, w reprezentacji i reprezentować swój kraj na arenie międzynarodowej...

Na Campie Siódmiaka wielu młodych ludzi spotka swoich idoli. Pamięta pan, kiedy spotkał swojego idola?

Dosyć późno, bo miałem wtedy dwadzieścia kilka lat. To był Wayne Gretzky, z którym spotkałem się na lodowiskach NHL. Wcześniej na pewno Henryk Gruth, z którym grałem w GKS Tychy. Świetny obrońca. Pamiętam, jak chodziłem na mecze jako dziesięciolatek i obserwowałem, jak wspaniale jeździ na łyżwach i gra w hokeja. Wtedy nie było jednak takich możliwości jak teraz. Nie było takich spotkań z gwiazdami, z olimpijczykami. Nie było możliwości takich przekazów telewizyjnych i kanałów sportowych, którymi można teraz żonglować i obserwować to, co dzieje się na arenach międzynarodowych. Na pewno to spotkanie z Gretzkym w NHL bardzo pamiętam.

Gretzky grał w Rangersach, pan w Islanders. Derby Nowego Jorku - temperatura nieprawdopodobnie wysoka. Potrafił pan to sobie wymarzyć?

No nie do końca. Rzeczywiście Madison Square Garden - światowej sławy hala, która znana jest nie tylko z hokejowych meczów. Te mecze z Rangersami były zawsze wyjątkowe. Każdy chciał zbić tych chłopaków z Manhattanu, którzy lepiej zarabiali, bo mieli bogatszych właścicieli. To były lata dziewięćdziesiąte. Trochę się to później pozmieniało. Mark Messier wtedy przecież grał i Wayne Gretzky... To są ludzie, którzy przeszli do historii światowego hokeja! Stanąć twarzą w twarz przeciwko nim było wielkim zaszczytem.

Kiedy widzimy naszych idoli w telewizji, wydają się "półbogami". Kiedy ich spotykamy, to nagle widzimy, że to normalni ludzie. I Camp Siódmiaka może chyba być dla młodych ludzi takim zastrzykiem energii pokazującym, że można spełniać swoje marzenia.

Ja do dzisiaj muszę się tłumaczyć, bo każdy myślał, że mam 2 metry wzrostu i 100 kilogramów wagi. Więc jak to jest możliwe, że mogłem grać z tymi najsilniejszymi? Np. Wayne Gretzky jest mojej postury, Mark Messier niedużo cięższy i niedużo wyższy. Jesteśmy wszyscy normalnymi ludźmi, którzy żyją swoją pasją.

Teraz będzie pan nauczycielem WF-u. To trochę inna rola. Jest stres?

Nie, bo spotykamy się z uczniami bardzo często w szkołach. Sam prowadzę zajęcia na lodzie z dzieciakami. Więc Camp Siódmiaka nie będzie jakimś stresującym wyzwaniem.


Zgłoś się na największą lekcję WF-u w Polsce! >>>>

(e)