Sześć osób zostało zatrzymanych po incydentach na poniedziałkowym meczu finału Pucharu Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie. W trakcie spotkania pseudokibice Lecha Poznań, który mierzył się z warszawską Legią, odpalali race i wrzucali je na płytę boiska. Mecz przerywano dwukrotnie.

REKLAMA

Jak dowiedział się reporter RMF FM Krzysztof Zasada, jedna spośród sześciu zatrzymanych osób będzie miała zarzut używania podczas meczu środków pirotechnicznych - najpewniej chodzi tu o petardy i race. Trzy osoby naruszyły, zdaniem policji, orzeczony wobec nich zakaz stadionowy. Zatrzymano również dwóch nastolatków, którzy mają odpowiadać za naruszenie nietykalności osobistej cudzoziemca.

Na razie wszystkie te osoby są w policyjnej izbie zatrzymań. Niewykluczone, że dzisiaj usłyszą zarzuty.

Rzecznik PZPN: Decyzja ws. kar prawdopodobnie w czwartek

Na boisku Legia pokonała Lecha 1:0, sięgając tym samym po raz 18. po puchar kraju. Spotkanie trwało dłużej, niż zakładano, z powodu zachowania kibiców, którzy odpalali i rzucali na murawę race.

Po raz pierwszy odpalono je już przed rozpoczęciem zawodów - najpierw w sektorze sympatyków Legii, później Lecha. Część stadionu zakrył dym, ale spotkanie rozpoczęło się zgodnie z planem.

Kłopoty zaczęły się w drugiej połowie, po tym, jak w 69. minucie Aleksandar Prijovic zdobył gola dla Legii. Fani Lecha zarzucili wówczas boisko racami, przez co sędzia Szymon Marciniak musiał przerwać mecz. Po prawie 10 minutach zawody wznowiono, ale trochę czasu upłynęło, zanim poprawiła się widoczność. I to na krótko, ponieważ race wciąż były rzucane z poznańskiego sektora. Służby porządkowe co chwila wbiegały na murawę, żeby zabierać dymiące przedmioty. Później jeszcze raz, na krótko, przerwano grę. W doliczonym czasie - sędzia przedłużył spotkanie o 12 minut - jedna z rac trafiła w stopę bramkarza Legii Arkadiusza Malarza, ale nie doznał obrażeń. Ostatecznie spotkanie udało się dokończyć.

Jak poinformował rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski, decyzje w sprawie kar zapadną prawdopodobnie w czwartek. Teraz raport delegata spłynie do Komisji Dyscyplinarnej PZPN. Ona zbiera się w czwartki. Jest duża szansa, że już w ten najbliższy zajmie się sprawą wydarzeń podczas finału Pucharu Polski. I wówczas możemy spodziewać się ewentualnie decyzji dotyczących klubów. Nie chcę spekulować na temat kar. Tych rac było bardzo dużo. Mówimy o setkach, a nie dziesiątkach - podkreślił Kwiatkowski.

PZPN był przed meczem w kontakcie z kibicami obu drużyn. Staramy się współpracować z kibicami. Wiadomo, że dla nich tzw. oprawy są bardzo istotne i my wychodzimy im naprzeciw. Ale nigdy nie będzie naszej zgody na to, żeby race lądowały na boisku i zagrażały zdrowiu piłkarzy. Zawsze decyduje o tym czynnik ludzki, to stewardzi przeszukują osoby wchodzące na obiekt. Są to środki niedozwolone - zaznaczył rzecznik.

Na pytanie, co może grozić kibicom, przypomniał, że odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim kluby. Mieliśmy zorganizowane grupy kibiców, a bilety są dystrybuowane przez klub. Oczywiście imiennie, zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych. Jak jednak widzieliśmy, zadymienie stadionu było takie, że trudno byłoby kogoś zidentyfikować, nawet poprzez monitoring. To kluby zawsze ponoszą odpowiedzialność. Pośrednio też kibice, np. poprzez zakaz wyjazdów na mecze, ale nie chcę spekulować. Wysokość i rodzaj kary leży w kompetencji Komisji Dyscyplinarnej. Jak wspomniałem, decyzje zostaną podjęte zapewne w najbliższy czwartek - stwierdził.

Wiedzieliśmy, co będą zawierały duże oprawy kibiców, np. mieli oni możliwość wcześniejszego wejścia na stadion, aby poukładać swoje kartoniady, zbudować tzw. gniazda do kibicowania, nagłośnienie. To mam na myśli, mówiąc o współpracy z kibicami, bo oczywiście z naszej strony nigdy nie będzie przyzwolenia, żeby race lądowały na boisku. Czy one mogły pojawić się wcześniej na trybunach? Z tego, co wiemy, gdy kibice pracowali nad przygotowaniem swoich opraw, rac na pewno nie było wówczas na terenie stadionu - podsumował Kwiatkowski.

(edbie)