Pierwszy polski mistrz świata we wspinaczce dla RMF FM: Moglibyśmy się pościgać z Usainem Boltem!

Niedziela, 25 września 2016 (07:30)

"Udało mi się okiełznać demona. To osiągnięcie, o którym marzyłem od lat. Taka wisienka na torcie" - mówi w RMF FM Marcin Dzieński, który jako pierwszy Polak zdobył tytuł mistrza świata we wspinaczce sportowej na czas. Złoty medal wywalczył podczas zawodów w Paryżu, na które przyjechał po wygraniu trzech Pucharów Świata i jako lider całego cyklu. Jego rekord życiowy w biegu po 15-metrowej ścianie wspinaczkowej jest słabszy od najlepszego wyniku w historii (5,60 s) o zaledwie 0,16 s. "To długość paznokcia, więc jest szansa pobić rekord świata na następnych zawodach" - zaznacza tarnowianin. W 2020 roku w Tokio wspinacze po raz pierwszy wystąpią na igrzyskach olimpijskich. Wcześniej, bo już za rok wystartują w World Games, czyli igrzyskach sportów nieolimpijskich we Wrocławiu. "To będzie największa impreza wspinaczkowa w naszym kraju i okazja, by pokazać nasz sport Polakom" - dodaje Dzieński. W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem komentuje też m.in. porównania z Usainem Boltem oraz słowa uznania od Justyny Kowalczyk.

Michał Rodak: Po tym sukcesie, w zagranicznych mediach i komentarzach na serwisach społecznościowych, wielu nazywa cię "Usainem Boltem wspinaczki". Jak ci się to podoba?

Marcin Dzieński: Bardzo pozytywne porównanie, bo Usain Bolt to po prostu chodząca legenda i bardzo mi miło.

Ja bardzo lubię takie porównania i statystyki. Ty masz do pokonania 15 metrów po pionowej ścianie i robisz to w około 6 sekund...

Tak, rekord świata w tej chwili wynosi 5,60 sekundy i do jego pobicia bardzo niewiele mi brakuje. Na Pucharach Świata, mistrzostwach świata i wszystkich tego rodzaju zmaganiach rangi międzynarodowej takie osiągnięcia można zauważyć, czyli 15 metrów poniżej 6 sekund.

Wracając do Bolta - on w 6 sekund przebiega około 55 ze 100 metrów po płaskim terenie i w tym czasie wykonuje 41 kroków. To o około 2-3 mniej niż rywale. U was też podobne szczegóły mają znaczenie, czy też mniej kroków w górę, mniej wykonanych chwytów tak prosto nie przekłada się na wynik?

U nas też jest kilkadziesiąt ruchów rękami i nogami. Nie jestem w stanie w tej chwili powiedzieć, bo nawet nigdy nie zwracałem na to uwagi, ale moglibyśmy się pościgać z Usainem Boltem - on po płaskim, ja po ścianie.

Na mistrzostwa w Paryżu przyjechałeś w pełnej formie, po trzech wygranych Pucharach Świata, ale w eliminacjach - jak sam podkreślałeś - nie wszystko poszło tak, jak chciałeś.

Dokładnie, eliminacje nie poszły po mojej myśli. Trzy Puchary Świata pod rząd, więc jechałem na te zawody jako faworyt i też może dlatego wywierałem na sobie taką presję i w eliminacjach "popłynąłem". Wylądowałem na siódmej pozycji, ale mimo wszystko cały czas byłem w finale, miałem okazję tam pokazać, na co mnie stać w 100 procentach i to pokazałem.

Czyli udało ci się tam poprawić to, czego nie udało się zrobić w eliminacjach. Przesądziła psychika? Przemotywowanie?

Tak, tutaj głowa po prostu "poleciała" w eliminacjach i też bardzo dużo myślenia było w finałach, ale udało mi się okiełznać tego demona negatywnych emocji i uzyskać to zaplanowane i wymarzone złoto.

Co w waszej dyscyplinie jest decydujące - więcej procent w drodze po sukces to forma, siła i przygotowanie fizyczne, czy jednak kluczowe jest to, co się dzieje w głowie? Podczas tych zawodów wszystko rozgrywa się bardzo szybko, presja przed samym startem na pewno jest ogromna i każdy mały błąd sprawia, że to koniec szans na wygraną.

Ja bardzo lubię mówić, że w tym sporcie 80 procent to głowa, bo tak naprawdę mogę pobić rekord świata na treningu dzień przed startem, a na zawodach, kiedy dochodzi stres i ta presja, że trzeba zrobić wynik, to jeden malutki błąd i można wrócić do Polski już po eliminacjach, nawet nie dostając się do finałowej szesnastki. Tak, jak wcześniej mówiłeś, głowa przede wszystkim, a pozostałe 20 procent to przygotowania.

Co najważniejsze - wszystko dzieje się bardzo szybko. Finały w Paryżu trwały około pół godziny - od 1/8 finału, przez ćwierćfinał, półfinał aż po biegi o pierwsze i trzecie miejsce. Jedna dwójka schodzi, druga pojawia się pod ścianą. Jak wygląda czas pomiędzy biegami - jesteście w stanie w tak krótkim czasie się zregenerować?

Tutaj można przytoczyć przykład z mistrzostw świata w paryskiej hali Bercy. Francuzi przygotowali niezłe show, nie było czasu na odpoczynek i ja też byłem tego świadomy. Przygotowałem się na to mentalnie i fizycznie. Wiedziałem, że będzie wykonywany bieg po biegu...

I świetnie się to oglądało. Podczas zawodów grali DJ-e, hala była wypełniona widzami i to chyba też niesie - od razu przyjemniej się walczy o medal.

Dokładnie, mnóstwo osób oglądało zawody w hali, ale też online na YouTubie. Tłum sprawił, że w moim ciele zaczęła się wytwarzać adrenalina i bardzo byłem zmotywowany. Jeszcze bardziej widzowie ponieśli mnie w górę, dlatego jestem mega szczęśliwy, bo przy takiej publiczności zdobyć złoto i jeszcze w takich zawodach, to jest świetna chwila.

Rozmawiamy o dyscyplinie, która w Polsce nie jest jeszcze tak bardzo popularna. Zwykle tak jest na zawodach w innych krajach? Na Puchary Świata też przychodzi po kilka tysięcy osób?

To zależy od kraju. We Francji pod Mont Blanc w Chamonix czy teraz w Paryżu na mistrzostwach świata było bardzo dużo ludzi, którzy przyszli i oglądali zawody na żywo. Tak samo jest podczas Pucharów Świata w Austrii i zawodów w boulderingu, a u nas dopiero ta dyscyplina zdobywa coraz większą popularność, coraz częściej się o niej mówi. Świadczy też o tym to, że rozmawiamy teraz w RMF FM. Sport się rozwija, jest bardzo widowiskowy, bardzo łatwy do odczytania, dlatego też uważam, że w Polsce jak najbardziej się przyjmie.

Ile lat treningu dało ci to upragnione złoto? Wcześniej też zdobywałeś medale mistrzostw świata i Europy czy na Pucharach Świata, ale ten tytuł jest na pewno najważniejszy.

Tak, to jest taka wisienka na torcie i to jest osiągnięcie, o którym marzyłem od lat, odkąd pamiętam i zacząłem trenować. Trenuję już ponad 12 lat. Tak profesjonalnie przygotowuję się do zawodów można powiedzieć, że od 6 lat i to jest piękne. Jak marzenie się spełnia, to człowiek jest strasznie szczęśliwy. To, co od lat było zakładane, w końcu się spełniło.

Ale nie jesteś też sam - jest bardzo mocna drużyna dziewczyn. Im do medalu w Paryżu zabrakło bardzo niewiele.

Mamy utalentowanych zawodników. Między innymi ja, tutaj siedzący, nieskromnie mówiąc i mamy też bardzo dobrą reprezentację kobiet. Trzeba wymienić Klaudię Buczek, Aleksandrę Rudzińską, Annę Brożek, które też godnie reprezentują kraj i zdobywają medale. Bardzo niewiele zabrakło Oli Rudzińskiej do pudła w Paryżu. Też miała szanse na wejście do ścisłej czołówki, ale niestety się nie udało i w biegu o brąz niestety poległa. Czwarte miejsce dla sportowca nie jest takie fajne, ale mimo wszystko - jest to też wysokie osiągnięcie. Mamy medale, mamy się z czego cieszyć.

I to jest mocna ekipa z Tarnowa.

Tak, z ekipy tarnowskiej - Klaudia Buczek, Anna Brożek, ja, Edyta Ropek i z Lublina - Aleksandra Rudzińska.

Mówiłeś wcześniej o rekordzie świata. To 5,60 sekundy, a twój rekord Polski to 5,76...

To bardzo niewiele, bardzo mało brakuje....

Właśnie o to chciałem cię zapytać. Niby to jedynie 0,16 sekundy, ale jak ten czas można przełożyć na sam bieg?

To przysłowiowy paznokieć, długość paznokcia, więc jest szansa na następnych zawodach pobić rekord świata.

Ale w przypadku tak małej różnicy to bardziej kwestia szczęścia? Gdzie taki ułamek sekundy możesz zyskać?

Przy takich różnicach na to wpływa wszystko - jak się wyśpimy, co zjemy i też to przygotowanie mentalne, nasze nastawienie do startu, dlatego miejmy nadzieję, że na ostatnich edycjach to wszystko pójdzie tak, jak należy i padnie rekord świata. Kolejna wisienka na torcie.

Ile jeszcze zawodów Pucharu Świata czeka was do końca roku?

Jeszcze są akademickie mistrzostwa świata, na które wylatujemy już 8 października razem z Klaudią Buczek, Anną Brożek i Michałem Lewickim. Następnie dwie edycje Pucharu Świata i na tym zakończymy. W tej chwili jestem jego liderem i mam nadzieję, że uda się utrzymać tę pozycję. Bardzo ładnie by to wyglądało, gdyby udało się do końca pociągnąć tę passę złotych medali.

Od razu nasuwa się pytanie o przyszły rok. We Wrocławiu odbędą się igrzyska sportów nieolimpijskich...

World Games 2017. To już należy do celów na przyszły rok, na razie zakończmy sezon 2016.

Ale to będzie świetna okazja do pokazania się przed polską publicznością...

Jasne, tym bardziej że to będzie największa impreza wspinaczkowa w Polsce. Będzie okazja pokazać Polakom, jakim sportem jest wspinanie na czas, jak i prowadzenie czy bouldering. A że jesteśmy liderami w czasówkach, to tutaj pokażemy się z jak najlepszej strony.

Dla was, jeśli chodzi o znaczenie sukcesu, to równie prestiżowa impreza jak mistrzostwa świata?

To idealna okazja do promocji sportu i coś wyżej niż mistrzostwa świata, a trzeba powiedzieć, że MKOl kilka miesięcy temu zadecydował, że będziemy na igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2020 roku. Byliśmy dyscypliną nieolimpijską, więc World Games we Wrocławiu to będą dla nas historyczne zawody, bo będziemy na tych igrzyskach nieolimpijskich ostatni raz.

To może też być otwarcie przygotowań do Tokio. Wy już wiecie, jak to będzie wyglądało na igrzyskach za 4 lata? Będziecie tam walczyć w trzech dyscyplinach wspinaczkowych, jak na mistrzostwach świata?

W tej chwili międzynarodowa federacja stawia na trójbój, czyli połączenie trzech dyscyplin - wspinania na czas, na trudność i boulderingu. Tak naprawdę w 100 procentach jeszcze nie podjęli decyzji. Wszystko ma się wyjaśnić w styczniu i wtedy dowiemy się, jak dyscyplina będzie wyglądała na igrzyskach olimpijskich, jak będzie można będzie dostać nominację i zakwalifikować się do tych najważniejszych dla nas zawodów w życiu.

Ze względu na widowiskowość, tempo i emocje, to może być debiut na igrzyskach, który będzie hitem. Świetnie będzie się to oglądało w telewizji.

Mam taką nadzieję. Wspinanie na czas jest bardzo "zjadywalną" dyscypliną, ale pozostałe dwie konkurencje też znajdą swoich miłośników.

Na razie już zaczęła cię oglądać np. Justyna Kowalczyk, co wiemy z Twittera. To chyba też jest dobrą inspiracją i takim kopem, żeby na igrzyskach za kilka lat pójść jej śladem.

Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, bo Justyna Kowalczyk napisała, że oglądała zawody i bardzo jej się spodobały. Zwłaszcza, że Justyna jest moim idolem, bo nie dość, że ma takie wyniki, to jeszcze łączy to z karierą uczelnianą. Jest się z czego cieszyć. Nie dość, że złoty medal, to jeszcze kolejne wisienki na torcie się pojawiają.

Artykuł pochodzi z kategorii: Sport

Michał Rodak