Nowakowska: Łączenie życia sportowca i rodzica to trudne zadanie. Mam poczucie, że sobie radzę

Wtorek, 31 października 2017 (20:05)

Za kilka dni lecimy na zgrupowanie do Skandynawii i nie da się ukryć tego pozytywnego stresu. Wszyscy czekamy na konfrontację naszej formy z tą, którą reprezentuje reszta świata” - mówi w rozmowie z RMF FM Weronika Nowakowska, srebrna i brązowa medalistka Mistrzostw Świata i Europy w biathlonie oraz mama bliźniaków. Pytana przez Jana Kałuckiego o atmosferę w kadrze, odpowiada: „Atmosfera wzajemnego wsparcia, ale też ciężkiej pracy. Mamy nowego szkoleniowca, przez co trenujemy zupełnie inaczej niż w poprzednich latach”. Nowakowska łączy dwa tryby: sportowca i mamy. „To jest bardzo trudne” - przyznaje w rozmowie z dziennikarzem RMF FM. „Bardzo pomaga mi rodzina: mama, teściowe, narzeczony, przyjaciele - za co bardzo im dziękuję. Tak naprawdę tylko przy ich ogromnym wsparciu jestem w stanie realizować trudne plany treningowe i podążać za swoim marzeniem i życiowym celem” - wyjaśnia. Dodaje jednocześnie, że „bycie rodzicem i przygotowania do igrzysk olimpijskich, to są dwie ogromne sprawy”. „To jest wielka życiowa misja, ale przy wsparciu mojej rodziny i przyjaciół radzę sobie. Mam poczucie, że sobie radzę” - podsumowuje Nowakowska.

Jan Kałucki, RMF FM: Do Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu zostało 100 dni. To dużo czy mało?

Weronika Nowakowska: Dużo i mało. Wiem, że to przesadnie dyplomatyczna odpowiedź, ale taka jest prawda. Od kilku dni można już wyczuć podniosłą atmosferę. W tej chwili rozmawiamy z budynku Polskiego Komitetu Olimpijskiego, na ścianach są emblematy związane z igrzyskami w Pjongczangu, a w miniony weekend odbył się pokaz kolekcji olimpijskiej. Teraz trzeba jeszcze doszlifować formę, ale jest odpowiednio dużo czasu na dopracowanie szczegółów.

Na zegarze, który odlicza czas do igrzysk widnieje "100 dni". W tym samym czasie Zakopane jest pod śniegiem - to chyba też jasny sygnał, że sezon zimowy jest już na horyzoncie.

To prawda - aura "zimowcom" sprzyja. My za kilka dni lecimy na zgrupowanie do Skandynawii i nie da się ukryć tego pozytywnego stresu. Wszyscy czekamy na konfrontację naszej formy z tą, którą reprezentuje reszta świata.

Razem z tym obliczaniem, zaczyna się tak zwana "medalomania". Coraz głośniej mówi się o tym, kto ma szanse, aby stanąć na podium, oraz o tym, kto jest jednym z głównych kandydatów do medalu. Już można przeczytać o skoczkach narciarskich, łyżwiarzach szybkich, Justynie Kowalczyk i... biathlonistach. Takie komentarze bardziej dodają skrzydeł czy je podcinają?

Raczej staram się myśleć o tej szansie, która dodaje skrzydeł. Oczywiście im bliżej igrzysk, tym presja będzie coraz większa. Zobaczymy, jak będzie do czasu igrzysk wyglądała nasza forma, ale jestem dobrej myśli.

Z tego co wiem, to wszystkie kadrowiczki trenują razem. Nie ma rozłamów i indywidualnych przygotowań. To przynosi efekty?

W ekipie jest rzeczywiście bardzo dobra atmosfera. Atmosfera wzajemnego wsparcia, ale też ciężkiej pracy. Mamy nowego szkoleniowca, przez co trenujemy zupełnie inaczej niż w poprzednich latach. Trudno jest porównywać nasze wyniki, chociażby ze sprawdzianów w danych miesiącach, do lat poprzednich, bo przygotowawczy jest zupełnie inny. Wydaje mi się jednak, że jesteśmy mocną ekipą, a już wkrótce sprawdzimy się na tle reszty świata

A  jak będą wyglądać te ostatnie tygodnie?

6 listopada całą ekipą lecimy do Skandynawii i zaczynamy zgrupowanie w Beitostølen. Tam odbędą takie nasze wewnętrzne kwalifikacje. Później odbędą się zawody otwarcia sezonu norweskiego. Bardzo się cieszę, że weźmiemy w nich udział, ponieważ pojawią się tam również znaczące ekipy (na przykład francuska i niemiecka). To będzie taki przedsmak Pucharu Świata. Później czeka nas odrobina odpoczynku, a następnie lecimy do Östersund, gdzie rozpoczynamy nasze rywalizację pucharowe

Można coś więcej o tych zawodach w Norwegii?

Będzie to doskonały sprawdzian tuż przed Pucharem Świata. Są to bardzo mocno obsadzone zawody, więc możliwość skonfrontowania własnej formy na tle innych silnych ekip będzie bardzo cenna. Mało osób zdaje sobie z tego sprawę, ale jest to gigantyczna impreza, która jest transmitowana przez największe norweskie telewizje. Kibice śledzą wyniki z zapartym tchem, dlatego - tak jak wspomniałam - atmosferę można porównać z Pucharem Świata. 

Padło już hasło "nowy szkoleniowiec" - jak się pracuje z Tobiasem Torgensenem? Wprowadził rewolucję, czy może widać jakąś kontynuację poprzedników?

Nie ma absolutnie żadnej kontynuacji. Trener zebrał na nasz temat maksymalnie dużo informacji już w kwietniu. Wiedział, jak trenowałyśmy w poprzednich latach, ale mimo wszystko rozpoczął z nami pracę od zera. Działał swoim trybem i systemem. W maju robiłyśmy rzeczy, których wcześniej nawet nie tykałyśmy. Z drugiej strony - zrezygnowaliśmy też z rzeczy, które praktykowałyśmy przez lata. Reasumując - plan nowy i bardzo ciekawy. Myślę, że to wszystko przyniesie dobre efekty. Bardzo jestem zadowolona z tego, że trenujemy wspólnie całą szóstką. Połączenie dwóch młodych zawodniczek z czterema starszymi i bardziej doświadczonymi jest świetną mieszanką charakterów.

Innymi słowy - same plusy.

Oczekiwaliśmy tej zmiany. Prosiłyśmy o nią i cieszę się, że związek zdobył się na taką decyzję. Nie ukrywam - decyzję późną, bo tylko na 10 miesięcy przed igrzyskami olimpijskimi. Wówczas trener nas w ogóle nie znał, a widział jedynie w telewizji. Wszyscy włożyli maksymalnie dużo pracy, aby poznać się jak najlepiej i świetne przepracować lato.

Zanim poleci pani do Korei, czekają nas emocje w Szwecji, Austrii, Francji, Niemczech i we Włoszech. Czego możemy się spodziewać w zawodach Pucharu Świata w Östersund. Sezon olimpijski jest dość specyficzny, sportowcy celują z formą na konkretne starty.

Nie da się ukryć, że celem gównem jest impreza w Pjongczangu i każdy start w Pucharze Świata - do którego na pewno będziemy się przykładać - będzie tylko kolejnym krokiem do przygotowania najwyższej formy na igrzyska olimpijskie. W poprzednich latach udawało mi się przygotować formę na najważniejsze zawody w sezonie i wierzę, że tak samo będzie i tym razem. Jeśli chodzi o Östersund, to ja sama mam bardzo dużo znaków zapytania. Wracam po bliźniaczej ciąży, po roku przerwy... prawdę powiedziawszy - nie mam pojęcia jak będzie. Mogę jedynie zapewnić, że dam z siebie wszystko, a kibiców mogę tylko prosić o cierpliwość. Nam te pierwsze starty nie zawsze wychodzą najlepiej. Takim punktem weryfikacyjnym są drugie zawody w Hochfilzen. Zobaczymy, jak będzie w tym roku.

Za 100 dni odbędą się igrzyska. Na poprzednich była pani bardzo blisko tego upragnionego medalu. Czytałem, że niemal za każdym razem mówi pani: "Do trzech razy sztuka". To jest bardzo duże ryzyko - historia zna takie przypadki, gdzie sportowiec mówi sobie: "Teraz albo nigdy" i dość rzadko kończy się to happy endem.

Bo trochę tak jest - "teraz albo nigdy". Ja głośno mówię, że są to moje ostatnie igrzyska olimpijskie. Nie obiecuję, że przywiozę medal. Ja marzę o tym, i ciężko pracuję, aby ten medal zdobyć. Wydaje się, że tylko w ten sposób, czyli dźwigając na barkach takie obciążenie, można dojść do tego typu celu. Poza tym, to jest też niesamowita motywacja. Najgorzej, jak ktoś chce się jedynie załapać i pojechać... a to nie o to chodzi. Ja już byłam na igrzyskach dwukrotnie i chcę spróbować wykorzystać szansę na zdobycie medalu. Czy się uda? Nie wiem. Ale zrobię wszystko, aby się udało.

A jak łączy pani rolę mamy bliźniaków z pracą zawodowego sportowca. Łatwo się przestawić z trybu "sportowiec" na tryb "mama"?

To jest bardzo trudne. To jest swego rodzaju duathlon. Z jednej strony uprawiam dwubój zimowy - bo biathlon wymaga szeregu umiejętności - a z drugiej strony muszę być mamą nomen omen bliźniaków. Bardzo pomaga mi rodzina: mama, teściowe, narzeczony, przyjaciele - za co bardzo im dziękuję. Tak naprawdę tylko przy ich ogromnym wsparciu jestem w stanie realizować trudne plany treningowe i podążać za swoim marzeniem i życiowym celem.

Słyszałem, że chłopcy chorowali, więc siłą rzeczy pani również musiała przerwać przygotowania.

Tak, to był trudny moment. Wprawdzie trwało to tylko 3 dni, ale musieliśmy zostać z Kubą w szpitalu. Akurat tak się złożyło, że jeden dzień miałam wolny, ale w pozostałych musiałam wychodzić ze szpitala na 2-3 godziny na trening. W tym czasie tata zostawał z Kubusiem. Poradziliśmy sobie, ale są to szalenie trudne sytuacje, które po prostu rozrywają serce. Człowiek musi wtedy dokonywać strasznie trudnych decyzji i szukać mniejszego zła. Wspólnie udało nam się jednak to ogarnąć. Chłopcy są już zdrowi i świetnie się mają. Mam nadzieję, że już więcej nie będą chorować, a ja będę mogła spokojnie podążać planem igrzysk.

Im już się należy medal.

Dzieci są medalem znacznie cenniejszym niż olimpijski. Jestem bardzo szczęśliwą, spełnioną osobą. Mam nadzieję, że pogadamy sobie w lutym - wówczas będę też stuprocentowo spełnionym sportowcem.

A w trakcie tych wszystkich przygotowań, co pani robi z dzieciakami?

Dużo pomaga rodzina. Dzieci podróżowały ze mną przez całe lato. Wzięłam na siebie ten logistyczny i organizacyjny ciężar. Teraz 6 listopada wyjeżdżam niestety bez nich - na pewno będzie mi trudno jako mamie, ale jest to dobry moment na przykręcenie koncentracji na tą sportową część mojego życia. Później jednak wracam do Polski na 3 dni, z kolei do na puchar świata do Hochfilzen dzieci dojadą, także na pewno na miarę naszych możliwości organizacyjnych i finansowych wszędzie będą za mną jeździć.

Sportowiec zawsze stawia grubą linię między życiem prywatnym a zawodowym. Wydaje mi się jednak, że te światy się przenikają. Wróciła pani na trasę po - jak przeczytałem w jednym wywiadzie - "pewnych przemyśleniach", a w domu czekają najwierniejsi kibice. To wszystko sprawia, że głowa jest "czystsza". Nie zmącona żadnym niepotrzebnymi myślami?

Mam takie poczucie, że ja mam dzisiaj wszystko. To jest rzecz, która jest bardzo mocno zakotwiczona w mojej głowie i sercu. Ja naprawdę nic nie muszę. Chciałam wrócić do sportu, kosztowało mnie to bardzo wiele - to była szalenie trudna droga, o której może kiedyś opowiem szerzej. Wcześniej jednak muszę zdobyć medal. Ale mówiąc poważnie, mam poczucie, że mam w życiu wszystko. Jestem w sporcie, bo chcę, a nie dlatego, że muszę. Mogłabym teraz pracować zarówno w sporcie, jak i poza sportem. Chcę spróbować raz jeszcze dać sobie szasnę zdobycia olimpijskiego krążka. Czy to się stanie? Nie wiem. Jeżeli się nie uda, to mam swoje piękne i wspaniałe życie w domu i to raczej dodaje skrzydeł. Oczywiście codzienne życie bywa trudne, bo jednak to jest łączenie dwóch szalenie trudnych zadań, bo bycie rodzicem - a ja jeszcze dwójki dzieci - i przygotowania do igrzysk olimpijskich, to są dwie ogromne sprawy. To jest wielka życiowa misja, ale przy wsparciu mojej rodziny i przyjaciół radzę sobie. Mam poczucie, że sobie radzę.


(ł)

Artykuł pochodzi z kategorii: Zimowe zmagania Polaków. Sezon 2017/18

Jan Kałucki