Lech Poznań - Śląsk Wrocław. Wielkie przełamanie poznaniaków

Piątek, 7 grudnia 2018 (23:33)
Aktualizacja: Piątek, 7 grudnia 2018 (23:47)

Gole Portugalczyka Joao Amarala i Duńczyka Christiana Gytkjaera dały poznaniakom komplet punktów w drugim spotkaniu pod wodzą Adama Nawałki. Goście nie wygrali piątego z rzędu pojedynku ligowego. We wtorek drużyna Tadeusza Pawłowskiego odpadła też z Pucharu Polski po porażce u siebie z Miedzią Legnica (0:1).

Spotkanie w Poznaniu, ze względu na zbliżającą się setną rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego, miało podniosły i patriotyczny charakter. Membrana stadionu została podświetlona na biało-czerwono, specjalną oprawę przygotowali też kibice. Na murawie pojawili się rekonstruktorzy w strojach powstańców oraz weterani wojskowych misji zagranicznych, którzy podczas odgrywania hymnu wspólnie trzymali flagę narodową. Od kilku spotkań piłkarze Lecha występują też w specjalnych trykotach, nawiązujących do zwycięskiego zrywu z 1918 roku.

Był również wyjątkowy mecz dla Nawałki, bowiem po raz pierwszy prowadził zespół przed poznańską publicznością. Przed tygodniem zadebiutował w nowej roli w Krakowie, ale jego podopieczni przegrali z Cracovią 0:1.

Bez wątpienia stan murawy na poznańskim stadionie rzutował na poziom i jakość gry. Boisko już przed samym meczem było dalekie od ideału, a do tego padający od rana deszcz jeszcze bardziej pogorszył jego stan. Momentami było widać, że zawodnicy mają spore kłopoty z utrzymaniem równowagi, sporo było strat i niedokładnych podań.

Nie wszystkie zagrania czy decyzje podejmowane przez piłkarzy można jednak tłumaczyć stanem murawy. Brakowało przede wszystkim strzałów na bramkę, a to wydawało się być najprostszym sposobem na otworzenie wyniku. To właśnie uderzenie Gytkjaera z dystansu pod koniec pierwszej połowy ożywiło kibiców, ale Jakub Słowik nie dał się zaskoczyć i przeniósł piłkę nad poprzeczkę. Chwilę wcześniej duński napastnik w dobrej sytuacji głową uderzył tuż obok słupka.

Po przerwie oba zespoły zagrały nieco bardziej zdecydowanie i obaj bramkarze mieli więcej pracy. W 54. minucie Gytkjaer - mając na plecach obrońcę - zdołał strzelić, ale zbyt lekko, żeby zaskoczyć Słowika. W odpowiedzi dwukrotnie Michał Chrapek zza pola karnego próbował pokonać Jasmina Burica. Pierwsza próba była niecelna, kolejne uderzenie złapał bramkarz "Kolejorza".

Piłkarze Lecha starali się prowadzić grę, ale też zbyt często próbowali akcji indywidualnych, co na tak trudnym terenie było z góry skazane na porażkę. Wrocławianie atakowali sporadycznie.

Kluczowym momentem spotkania była 76. minuta, kiedy to Amaral z ponad 25 metrów przymierzył przy samym słupku i Słowik nie był w stanie sięgnąć piłki. Do ostatnich minut na boisku nie działo się już nic interesującego, a w doliczonym czasie gry kibice po raz drugi w tym spotkaniu odpalili środki pirotechniczne, w efekcie druga odsłona trwała niemal 55 minut.

Gdy dym z rac opadł, poznaniacy przeprowadzili jeszcze skuteczną kontrę. Rafał Janicki uruchomił Gytkjaera, który nie zmarnował sytuacji sam na sam z golkiperem Śląska, i ósmym trafieniem w sezonie ustalił wynik. Wszystkie gole zdobył w Poznaniu.

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 2:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Joao Amaral (76), 2:0 Christian Gytkjaer (90+9).

Żółta kartka - Lech Poznań: Maciej Makuszewski, Łukasz Trałka, Joao Amaral. Śląsk Wrocław: Wojciech Golla, Michał Chrapek, Jakub Słowik.

Sędzia: Bartosz Frankowski (Toruń). Widzów 12 545.

Lech Poznań:
Jasmin Buric - Robert Gumny, Rafał Janicki, Nikola Vujadinovic, Wołodymyr Kostewycz - Maciej Makuszewski (56. Tymoteusz Klupś), Łukasz Trałka, Joao Amaral (90+1. Thomas Rogne), Pedro Tiba, Kamil Jóźwiak (60. Mihai Radut) - Christian Gytkjaer.

Śląsk Wrocław: Jakub Słowik - Łukasz Broź, Mariusz Pawelec, Wojciech Golla, Dorde Cotra - Damian Gąska, Igors Tarasovs, Michał Chrapek (78. Daniel Szczepan), Mateusz Radecki, Mateusz Cholewiak - Marcin Robak.

"Graliśmy bardzo konsekwentnie"

Po meczu trenerzy obu drużyn ocenili występ swoich podopiecznych.

Adam Nawałka (trener Lecha): To było bardzo trudne spotkanie, ale takiego się spodziewaliśmy, tym bardziej że - jak mówiłem już wcześniej - Śląsk to drużyna, do której pasuje określenie "lepsza gra niż wynik". To się dziś potwierdziło. To zespół, który w fazie posiadania piłki dobrze rozgrywa, zawodnicy mają dużą świadomość taktyczną i potrafią umiejętnie się bronić. W drugiej połowie graliśmy bardzo konsekwentnie, stworzyliśmy kilka okazji i zdobyliśmy dwie bramki. Jest pewien progres, ale to dopiero początek naszej współpracy i jeszcze dużo pracy przed nami. Cieszą trzy punkty, ale po ostatnim gwizdku arbitra rozpoczęliśmy już przygotowani do kolejnego meczu.

Murawa w dzisiejszym meczu nie ułatwiała nam zadania, ale nie szukam żadnego usprawiedliwienia. Na odprawie powiedziałem zawodnikom, że nie chcę słyszeć słowa o stanie murawy. Muszę podziękować wszystkim osobom, które się zajmują boiskiem, że doprowadziły je do stanu używalności i mogliśmy rozegrać mecz. Mam nadzieję, że nasza płyta wiosną będzie znacznie lepsza.

Tadeusz Pawłowski (trener Śląska): To był wyrównany mecz, obie drużyny zostawiły dużo zdrowia na boisku, było dużo walki na grząskiej murawie, sporo akcji z obu stron. Różnica jest taka, że Lech zdobył dwie bramki. Przy stanie 0:1 zaryzykowaliśmy, przesunęliśmy stopera Wojtka Gollę do przodu i w konsekwencji straciliśmy drugą bramkę. Zespół jednak pokazał walkę i zaangażowanie. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby robić dalsze postępy. Tacy piłkarze, jak Mateusz Radecki i Damian Gąska muszą grać w takich właśnie meczach na wielkich stadionach i myślę, że w przyszłości będziemy mieli z nich pożytek. Graliśmy trzeci mecz w tygodniu, chcieliśmy wprowadzić trochę świeżości w środkowej linii, dlatego przed spotkaniem w Poznaniu postanowiłem dokonać kilku zmian.


Artykuł pochodzi z kategorii: Sport