Jerzy Kulej nie żyje

Piątek, 13 lipca 2012 (19:31)
Aktualizacja: Piątek, 13 lipca 2012 (22:11)

Nie żyje legendarny polski pięściarz Jerzy Kulej. Były sportowiec chorował na serce. Zmarł w stołecznym Szpitalu Bródnowskim. "Nie wiem jeszcze, co było przyczyną śmierci. Jurek poczuł się źle, kiedy przyszły upały" - poinformował jego brat Marek Kulej, który jest lekarzem.

O zdrowotnych problemach Jerzego Kuleja głośno było pod koniec ubiegłego roku. 10 grudnia były pięściarz zasłabł na benefisie Daniela Olbrychskiego w Warszawie. Został wtedy przewieziony do pracowni hemodynamiki warszawskiego szpitala przy Banacha, a stamtąd trafił na oddział intensywnej opieki kardiologicznej. Lekarze stwierdzili u niego rozległy zawał serca. Stan byłego sportowca był bardzo ciężki - przez pięć dni utrzymywano go w stanie śpiączki farmakologicznej.

Grudzień: Był bardzo fajnym kolegą, przyjacielem

W takiej sytuacji trudno jest coś mówić. Po prostu żal, żal i jeszcze raz żal, że go już z nami nie ma - powiedział dziennikarce RMF FM były bokser Józef Grudzień.

Od 1957 roku do mojego zakończenia kariery byliśmy cały czas razem. Jak jechaliśmy na obóz, to ten, który przyjechał pierwszy, zajmował pokój. Przeżywaliśmy wszystkie rzeczy, które nas spotykały po drodze. On był jedną kategorię wyżej ode mnie, wspomagaliśmy się. Był jedynym dwukrotnym złotym medalistą olimpijskim w boksie w Polsce. Był chyba najbardziej utytułowanym zawodnikiem w Polsce. Jako człowiek był bardzo fajnym kolegą, przyjacielem. Tydzień temu byłem u niego w szpitalu. Ja tu prowadzę taką grupę w swojej miejscowości i mówię: "Jurek, obiecałeś mi, że przyjdziesz, pomożesz mi jeszcze trenować z chłopakami". On powiedział: "Oczywiście, że przyjdę, tylko się troszkę lepiej poczuję, to zobaczysz, że będę u ciebie". No i niestety już nie będzie - opowiadał Grudzień.

Rudkowski: Kochał boks, był mu w pełni oddany

Bardzo przeżywam to, co się stało. Nie mogę wręcz uwierzyć. Pytam się, dlaczego odchodzą tak wybitne jednostki, czemu tak wcześnie, przecież Jurek miał dopiero 71 lat - tak na śmierć Kuleja zareagował wicemistrz olimpijski z Monachium (1972) Wiesław Rudkowski, który znał zmarłego mistrza od 1964 roku.

Cztery lata później byli już razem w reprezentacji olimpijskiej w Meksyku. Miałem wtedy 22 lata, byłem młody, mało doświadczony. Jurek wiele mi podpowiadał. W każdym momencie mnie wspierał, wzmacniał mnie psychicznie, jego wskazówki były bardzo trafne. Kochał boks i był oddany tej dyscyplinie w pełni - wspominał. Obchodziliśmy wszystkie święta razem, imieniny. Mieliśmy co wspominać - wspólne obozy, wyjazdy na zawody. Będzie mi tego strasznie brakować. Każdy z nas kiedyś odejdzie, ale to dzieje się wszystko zbyt wcześnie. Wydawałoby się, że jako sportowiec miał tak silny organizm i tu nagle go nie ma - stwierdził.

Rudkowski zapamięta Kuleja jako otwartego, serdecznego, lubiącego ludzi człowieka. Mogę mówić o nim w samych superlatywach. Jako kolega był niezwykle oddany. Był wyśmienitym sportowcem, nieustępliwym, twardym, wyróżniał się znakomitą techniką. Będzie mi go bardzo brakowało - przyznał.

Po raz ostatni widział Kuleja przed dwoma tygodniami w stołecznym szpitalu przy Banacha. Nie poznałem go. Niezmiernie się zmienił. Był wychudzony, zapadnięty. Nie ten Jurek, którego pamiętałem. Tak źle nie wyglądał nawet po zawale. Wyszedł ze szpitala na własną prośbę. Trochę się zdziwiłem, ale miałem iskierkę nadziei, że może to znak, iż lepiej się poczuł - mówił Rudkowski.

Rybicki: Specjalnie dla niego mieliśmy zapas malinowej herbaty

Razem z Rudkowskim Kuleja odwiedził mistrz olimpijski z Montrealu, a obecnie prezes Polskiego Związku Bokserskiego Jerzy Rybicki. Czuł się ostatnio źle. Byłem u niego dwa tygodnie temu razem z Wieśkiem Rudkowskim w szpitalu na Banacha. Wizyta trwała krótko, nie więcej niż pół godziny. Już wtedy było widać, że to nie jest ten sam Jurek. Bardzo schudł - wspomniał Rybicki.

Daj Boże, by jeszcze komuś udało się w sporcie tyle osiągnąć. Przede wszystkim jednak był wspaniałym człowiekiem. Zawsze uśmiechnięty, ciekawie i fajnie opowiadał. W jego towarzystwie nie sposób się było nudzić. Do końca życia zapamiętam ostatnią podróż samochodem z Jurkiem, do Grudziądza na mecze bokserskie - dodał prezes PZB.

Zdradził, że istniał specjalny rytuał, gdy Jerzy Kulej gościł w siedzibie Polskiego Związku Bokserskiego. Zawsze, gdy przychodził już od drzwi pytał się, czy jest owocowa herbata. To był jego rytuał. Dlatego specjalnie dla niego jedna z pań pracująca w związku miała zawsze zapas malinowej herbaty, bo tę najbardziej lubił - opowiadał Rybicki.

Kosedowski: Ciągle wszystkich rozśmieszał

Nie mogę znaleźć słów. To wielka szkoda, wielki żal. Takiego człowieka już nie będzie - stwierdził na wieść o śmierci Kuleja brązowy medalista olimpijski z Moskwy (1980) Krzysztof Kosedowski. Dwukrotnego mistrza olimpijskiego zapamięta jako wesołego, pełnego humoru człowieka. Ciągle wszystkich rozśmieszał. Miał niezwykłe poczucie humoru. Przy każdej okazji opowiadał anegdoty, sypał dowcipami z rękawa. Czasami słuchałem jego kawałów setki razy, a za każdym razem śmiałem się niemal do łez - opowiadał. Przez rok widywaliśmy się każdego dnia, jednak nie zabrakło nam nigdy tematów do rozmowy. Rozweselał mnie na każdym kroku. Był wspaniałym mówcą - dodał.

Po raz ostatni Kulej i Kosedowski widzieli się 26 maja na Pikniku Olimpijskim w Warszawie. Uścisnęliśmy się serdecznie, a przez głowę przeleciała mi myśl, że może po raz ostatni się widzieliśmy. Między sobą, bokserami, rozmawialiśmy, że nie jest z Jurkiem najlepiej. Kiepsko wyglądał i myślę, że po zawale nie wszystko nam powiedziano - przyznał Kosedowski.

Adamek: Był moim autorytetem

Wielki przyjaciel, wspaniały człowiek. Jeżeli osiągasz sukces w życiu, tak jak Jurek Kulej, który był mistrzem olimpijskim, to młodzi wpatrują się w ciebie i patrząc na ciebie widzą, że mogą coś osiągnąć w życiu. To był też dla mnie autorytet, którego starałem się naśladować. Wielka strata - wspominał z kolei mistrza polski bokser Tomasz Adamek.

Tusk: Był wielkim bokserem i bardzo mądrym, dobrym człowiekiem

Jerzy Kulej był wielkim bokserem i bardzo mądrym, dobrym człowiekiem. Jego złoty medal w Meksyku to dla mnie jedne z pierwszych sportowych emocji i niezapomniany szał radości. Wszyscy pamiętamy jego genialne występy, ale też genialne powiedzenie: "Nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni" - wspominał Jerzego Kuleja w oświadczeniu premier Donald Tusk.

Miałem szczęście znać Jerzego osobiście. Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce piętnaście lat temu w programie telewizyjnym, w którym uczył boksu mnie i nieżyjącego już też Krzysztofa Kolbergera. Pełne życiowej mądrości były jego opowieści o tym, ile razy upadał i za każdym razem się podnosił. Będzie nam brakowało nie tylko sportowca i kompetentnego komentatora, ale przede wszystkim wspaniałego człowieka - podkreślił.

Imponował energią i walecznością

Jerzy Kulej urodził się w 1940 roku w Częstochowie. Boks zaczął trenować w wieku niespełna 15 lat. Był niższy i wątlejszy od większości swoich rówieśników. Jego pierwszym szkoleniowcem był Wincenty Szyiński. Traktował swych podopiecznych bardzo ciepło, serdecznie. Wszyscy byliśmy mu potrzebni - wspominał Kulej. W podobny sposób mówił o Feliksie Stammie - trenerze, pod opieką którego odnosił największe sukcesy. Był naszym najlepszym przyjacielem, opiekunem - mówił. Stamm był w jego narożniku w 1964 w Tokio i w 1968 roku w Meksyku, gdy dwukrotnie zdobywał olimpijskie złoto w wadze lekkopółśredniej. Za pierwszym razem Polak pokonał reprezentanta ZSRR Jewgienija Frołowa. Cztery lata później obronił tytuł po zwycięstwie nad Kubańczykiem Enrique Regueiferosem.

Pojedynek o złoty medal z Frołowem był rewanżem za przegraną stosunkiem głosów w styczniu 1964 r. w meczu ZSRR - Polska. Stamm widząc moje zdenerwowanie w Tokio wziął mnie za rękę i spytał: "Coś taki spięty? Chodź na spacer". Mówił mi, że to moja wielka szansa, że w Moskwie nie przegrałem i trzeba Frołowa zaskoczyć. "Zmieniamy twój styl walki. Tym razem nie zaatakujesz, a poczekasz na jego ofensywę" - wyjaśniał Papa. Byłem znany z tego, że idę do przodu, a tymczasem miałem udawać kogoś, kto się boi - wspominał Kulej.

W decydującej potyczce igrzysk w Meksyku Polak pokonał zaś Regueiferosa 3:2. W drugiej rundzie dostałem taką lufę, że zapomniałem, gdzie jestem, widziałem jedynie czarną plamę. Udało się przetrwać kryzys, dotrwać do gongu oznaczającego koniec walki i w napięciu czekaliśmy na werdykt. Siedzący obok sędziego głównego zawodów polski działacz Roman Lisowski miał umówiony ze Stamem znak - jeśli Polak przegrał, to pochylał się nad papierami, a jeśli wygrał, wówczas siedział wyprostowany. I... siedział wyprostowany - wspominał pięściarz.

Kulej zawsze imponował walecznością i niespożytą energią w ringu. Stosował ofensywny styl walki, "zamęczał tempem swych rywali". Jego bokserska energia dawała o sobie znać także poza ringiem. W 1968 roku, po zakończeniu zgrupowania przedolimpijskiego w Zakopanem, brał udział w głośnej na cały kraj bójce z góralami pod kinem Giewont.

Najwybitniejszy polski bokser amatorski

Oprócz dwóch złotych medali igrzysk olimpijskich Kulej miał też w dorobku tytuły mistrza (1963, 1965) i wicemistrza Europy (1967). Osiem razy wywalczył mistrzostwo kraju (1961-1970). W sumie stoczył w swojej karierze 348 walk - 317 z nich wygrał, 6 zremisował, 25 przegrał.

W ostatnim czasie pracował jako komentator telewizyjny.

Artykuł pochodzi z kategorii: Sport

Paweł Żuchowski

Edyta Bieńczak

Maciej Nycz

RMF FM/PAP