Ekstraklasa: Pogoń wygrała w Lubinie na inaugurację sezonu

Piątek, 19 lipca 2013 (20:10)

Pogoń Szczecin pokonała na wyjeździe Zagłębie Lubin 2:0 w pierwszym meczu nowego sezonu T-Mobile Ekstraklasy. Bohaterem spotkania został Takafumi Akahoshi. Japończyk zaliczył asystę przy pierwszej bramce, a drugą zdobył już sam.

Zagłębie Lubin to jeden z najlepiej zorganizowanych polskich klubów. Latem z drużyny odszedł jeden z liderów Szymon Pawłowski, ale zamiast niego do Lubina przyjechali młody i zdolny Miłosz Przybecki, Łukasz Piątek, Boris Guldan czy Aleksander Kwiek, a z wypożyczenia wrócił Paweł Oleksy, który ma za sobą dobrą wiosnę w Piaście Gliwice.

Pogoń o takich wzmocnieniach mogła tylko pomarzyć. Jednak zespół, który do ostatnich chwil musiał bronić się w poprzednim sezonie przed spadkiem z ekstraklasy zaskoczył Lubinian. Już w 6. minucie dośrodkowanie Takafumiego Akahoshiego na bramkę zamienił środkowy obrońca "Portowców" Maciej Dąbrowski. W 26. minucie było już 2:0 - tym razem Japończyk sam zakończył akcję dobijając piłkę po tym, jak Michał Gliwa wybił ją po dośrodkowaniu. Zagłębie w pierwszej połowie miało właściwie tylko jedną okazję, ale Przybecki uderzył i lekko, i niecelnie.

W drugiej części gry piłkarze z Lubina próbowali zdobyć choć kontaktową bramkę, ale bili głową w mur. Robert Jeż, Kwiek, czy Przybecki nie potrafili dokładnie dograć do jedynego napastnika Zagłębia Michala Papadopoulosa. Czech nie miał właściwie ani jednej okazji do pokonania Radosława Janukiewicza.

Zagłębie co prawda miało przewagę, Pogoń pod koniec meczu ograniczyła się do kontrataków, ale dobrych sytuacji cały czas brakowało. Za to szczecinianie mieli kilka okazji do zdobycia gola. Bliski szczęścia po strzale zza pola karnego był na przykład Adam Frączczak.

Pogoń pokazała, że może w tym sezonie być groźna, a Zagłębie tradycyjnie zaczyna od falstartu i udowadnia, że dobrą drużyną jest na razie tylko na papierze. Warto przypomnieć, że te same drużyny zainaugurowały także sezon 2012/2013. Wtedy w Szczecinie Pogoń wygrała jeszcze wyżej bo aż 4:0.

Artykuł pochodzi z kategorii: Sport

Patryk Serwański