Co się dzieje z Pawłem Wojciechowskim?

Środa, 12 lutego 2020 (15:46)

Dwie zepsute próby na 5,30 m, dopiero za drugim razem przeskoczone 5,45 m, zaliczone 5,60 m i wszystkie trzy nieudane próby na wysokości 5,70 m. Tak wyglądały wyniki Pawła Wojciechowskiego na środowym mityngu Orlen Cup. Nasz tyczkarz ma na początku roku i na półmetku sezonu halowego spore kłopoty. To przecież aktualny halowy mistrz Europy i były mistrz świata, ale dziś jego skoki są dużo poniżej oczekiwań kibiców. Z czego to wynika?

Paweł Wojciechowski w tym sezonie skacze na nowym komplecie tyczek, ale narzeka na nowy sprzęt.

Zmiana tyczek wynika z tego, że ostatnio połamałem dwie stare tyczki. To były dosyć ważne tyczki w moim komplecie, na których zaczynałem zawody. Teraz zaczynam je na bardziej miękkich. Postanowiłem mieć jeden cały taki sam komplet, bo tyczki dorobione nigdy nie są takie same, jak te wyprodukowane jakiś czas temu, mimo że są z tego samego materiału, tej samej firmy i może je też robić nawet ta sama osoba. To jest jednak sprzęt indywidualny i nie da się zrobić dwóch takich samych tyczek. Chciałem mieć krok po kroku takie same tyczki. A teraz potrzeba czasu na przełamanie - mówi Paweł Wojciechowski.

Polski czempion nie kryje rozgoryczenia swoją postawą na ostatnich zawodach. Swoje wyniki nazywa degrengoladą. Przyznaje też, że trudno mu się samemu przed sobą wytłumaczyć. Wojciechowski jest teraz na półmetku sezonu i czasu na przełamanie będzie coraz mniej.

Zostało mi Glasgow, zawody we Francji, a później Szczecin, Norwegia i mistrzostwa Polski. Nie ukrywam, że chciałbym wejść w sezon letni z lepszym humorem i mieć trochę lepsze wspomnienia z hali. Zrobię wszystko, żeby się przełamać i pokazać swoje skoki na wysokości chociaż 5,80 - deklaruje Wojciechowski.

Lekkoatleta dodaje, że ważne będą również treningi, ale w jego opinii raczej nie jest to czas na przełamanie, bo na treningach warunki są - jak to ujął - zbyt wygodne. Tymczasem czołówka powoli zaczyna odjeżdżać. Armand Duplantis skoczył na poprzednim mityngu 6,17 m i ustanowił halowy rekord świata. Sam Kendricks skoczył w Łodzi bez problemu 5,80 m i wygrał zawody. Triumfator przyznał jednak, że każde zawody w jego karierze są inne, a te w  Łodzi - mimo słabszej dyspozycji Wojciechowskiego - nie były wcale łatwe. Jak mówił Kendricks, w Wojciechowskim drzemie wciąż ogromny potencjał, ale kibice muszą poczekać, żeby Polak mógł go w pełni zaprezentować.

Kolejna okazja na przełamanie w Glasgow już 15 lutego.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Ekstraklasa strachu, czyli o bandytach w piłce

Artykuł pochodzi z kategorii: Sport

Paweł Pawłowski

Nicole Makarewicz