Zgłaszałem się rano na zbiórki po zadania. Dostawaliśmy do roznoszenia listy i gazety. Nasza poczta była na ulicy Wilczej, stamtąd (...) roznosiłem je od Placu Zbawiciela do Alej Jerozolimskich, po drodze była Wilcza i Hoża - wspomina w rozmowie z RMF FM Wojciech Niesłuchowski.
Ale harcerze w czasie Powstania Warszawskiego mieli też inne zadania. W drukarni pan Wojciech pomagał przy napędzaniu maszyny drukarskiej, nosił wodę do kuchni wojskowej, opowiada też o wyprawach po zboże do Browarów Haberbuscha. Zboże mielone było w ręcznych młynkach do kawy, a potem pieczono z niego chleb.
Chleb w foremkach to był nasz największy przysmak - wspomina pan Wojciech.
Wojciech Niesłuchowski opowiada nam, jak na wysokości Placu Zbawiciela, gdy był tylko ze swoim rodzeństwem, Niemcy otworzyli ogień.
Ludzie zaczęli padać jak muchy (...) Ja z tym wózkiem jakoś manewrowałem, ale zgubiłem walizkę, a to był nasz jedyny majątek. I to jest odpowiedź na pani pytanie, czy ja się bałem. Ja się wróciłem po tę walizkę - opowiada pan Wojciech. Wracam z walizką, ale rodzeństwa już nie ma - dodaje.
Szczęśliwe matka pana Wojciecha odnalazła syna i resztę jego rodzeństwa w mieszkaniu nauczycielki. A potem chłopiec został przeprowadzony przez nią do punktu noclegowego, który podlegał Kwaterze Głównej Szarych Szeregów „Pasieka”.
Tam dostałem miejsce, pryczę taką wyżej, bo byłem młody i mogłem skakać. I tam mieszkałem. Stamtąd chodziłem na zbiórki. (...) Zastępy miały swoje piwniczki. Tam żeśmy się zbierali. Śpiewy jakieś harcerskie były, zabawy, gry (...) Moment był bardzo trudny, ale próbowano nas w tym bardzo trudnym momencie jakoś ucywilizować - opowiada w RMF FM Wojciech Niesłuchowski.
Dziś, jak mówi, lubi spotykać się z młodymi ludźmi.
Szukam w grupie tych jedenasto-dwunastoletnich i mówię, że wtedy byłem taki sam jak oni. Bo łatwiej mi się wtedy rozmawia - mówi nam powstaniec. O co go pytają młodzi? Czy się nie bał. A on im opowiada o zdarzeniu, gdy niosąc pocztę zatrzymał się na rogu Wilczej i Marszałkowskiej. I w tym czasie usłyszał strzał.
Podobno strzału, który ma zabić, się nie słyszy. Ja to usłyszałem (...) i w tym samym momencie odskoczył przed moją głową narożnik budynku, kawał ściany. (...) To byli Niemcy, o których się mówiło „gołębiarze”. Chodzili po dachach. Ich „gołębiarz” tym razem nie trafił (...) ale to były centymetry - wspomina pan Wojciech.
Co odpowiada, kiedy słyszy pytanie „dlaczego poszedł pan do powstania”?
Był impuls ze strony mamy (...) Ja się poczułem też wolny w jakiś sposób. Byłem do dyspozycji, w jedną stronę niosłem gazety i listy, a wracałem z torbą pełną jedzenia dla rodzeństwa, więc czułem się potrzebny.
Pod koniec Powstania Warszawskiego w okolicach Placu Konstytucji i Marszałkowskiej Wojciech Niesłuchowski zakopał swój aparat fotograficzny i biało-czerwoną opaskę z lilijką. Niestety do dziś nie udało mu się ich odnaleźć.