Hokeiści GKS-u Tychy wrócili do kraju z medalami. "Niedosyt pozostał. Naprawdę niewiele brakowało"

Poniedziałek, 11 stycznia 2016 (20:57)

Jako pierwszy polski klub w historii sięgnęli po medal Pucharu Kontynentalnego, a mimo to… czują niedosyt. "Proszę mi wierzyć, jesteśmy bardzo zawiedzeni, bo naprawdę niewiele brakowało. Jeśli spojrzeć na te rozgrywki jako całość, to na pewno sprawiliśmy niespodziankę, ale niedosyt pozostał" - tak napastnik GKS-u Tychy Adam Bagiński podsumował w rozmowie z RMF FM wywalczenie brązowych medali Pucharu Kontynentalnego. Po powrocie do kraju z turnieju finałowego, który rozgrywany był we francuskim Rouen, mistrzowie Polski zgodnie przyznawali, że najtrudniejszym przeciwnikiem była ekipa gospodarzy. "Cieszymy się, że jako jedyny zespół w tych dwóch turniejach w Rouen walczyliśmy z tą drużyną jak równy z równym" - podkreślał bramkarz Kamil Kosowski.

Rywalizację w wielkim finale Pucharu Kontynentalnego tyszanie rozpoczęli w piątek od zwycięstwa 2:1 nad duńskim Herning Blue Fox. Dzień później zmierzyli się z gospodarzami turnieju, zespołem Rouen Dragons, który to ostatecznie cieszył się z wywalczenia Pucharu i prawa gry w kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Pojedynek ze "Smokami" rozpoczął się dla tyszan wyśmienicie - Kamil Kalinowski otworzył wynik spotkania już po 42 sekundach gry. Kolejne cztery gole zasiliły jednak konto gospodarzy, a stało się to w ciągu zaledwie 10 minut i 15 sekund. Mistrzowie Polski musieli gonić wynik i byli bliscy sukcesu. 37 sekund przed końcem trzeciej tercji bramkę na 5:6 zdobył Jarosław Rzeszutko. Na doprowadzenie do wyrównania nie wystarczyło już jednak czasu.

Mecz z Rouen to był taki nasz finał. Wiedzieliśmy, że jeśli wygramy ten mecz, to mamy Puchar - podkreślił w rozmowie z RMF FM Adam Bagiński. W pierwszej tercji popełniliśmy kilka błędów w ustawieniu, o których wiedzieliśmy, że nie możemy ich popełnić. Oni to niestety z zimną krwią wykorzystali. Rzadko się zdarza, żeby rywale mogli wykorzystać praktycznie 100 procent błędów, które popełniliśmy - mówił napastnik. Trener uczulał nas na to, żeby bardziej pilnować ich obrońców, bo oni mają dobre strzały, dobrze transportują krążek do bramki, a napastnicy wykonują pracę na bramce - i bramkarzowi jest potem ciężko wybronić strzały. Te (cztery) gole padły w taki sposób, że można powiedzieć, że się spodziewaliśmy, że może to być taka ich broń. I niestety trochę nam odjechali - przyznał.

Po czwartym golu dla Rouen trener Jiří Šejba zdecydował się na zmianę w bramce - Štefana Žigárdy’ego zastąpił Kamil Kosowski. Rezerwowy bramkarz zawsze musi liczyć się z tym, że jeśli wejdzie na mecz, to nie w komfortowej sytuacji, kiedy będziemy wygrywać 8:0 - tylko właśnie w takich nieciekawych momentach - przyznał golkiper w rozmowie z RMF FM, po czym natychmiast zastrzegł: Nie chcę powiedzieć, że ktoś bronił źle, ktoś bronił dobrze, bo ja po tych bramkach tak samo zostałbym zmieniony. Po prostu mecz się źle ułożył.

Jak podkreślił, "szkoda, że nie dało się już tego meczu wyciągnąć, bo szansa była". Ale cieszymy się, że w sumie jako jedyny zespół w tych dwóch turniejach w Rouen walczyliśmy z tą drużyną - gdzie połowa zawodników to sami Kanadyjczycy - jak równy z równym - zaznaczył Kosowski. Spośród wszystkich zespołów, które mierzyły się - i przegrały - w finale ze "Smokami" tyszanie ponieśli porażkę najmniejszych rozmiarów: zdobyli tylko jedną bramkę mniej. Mieliśmy też najwięcej strzelonych (Rouen) bramek. (...) To jest taki dodatkowy aspekt na plus - zauważył golkiper.

Przyznał jednak, że pojedynek z francuską ekipą "kosztował nas sporo sił, było to trochę widać w ostatnim meczu".

Musimy częściej grać takie mecze i wtedy na pewno nasz poziom pójdzie do góry - podkreślił z kolei napastnik Marcin Kolusz. Podobnie jak jego koledzy z zespołu ocenił, że Rouen Dragons było w finale najtrudniejszym przeciwnikiem. Mieli najmocniejszą drużynę i grali naprawdę bardzo fajny hokej. Ale każda z tych drużyn była bardzo dobra, na wysokim poziomie - fajnie zagrać takie mecze - zaznaczył.

Dzień po przegranej z gospodarzami, w swoim ostatnim występie w turnieju, tyszanie zmierzyli się z włoskim Asiago Hockey. Do meczu z Asiago podchodziliśmy tak, że jest jeszcze szansa na wygranie, ale przede wszystkim tak, że chcemy zapewnić sobie drugie miejsce i nie martwić się później o inne wyniki. Bardzo chcieliśmy wygrać, ale zrobiliśmy kilka niepotrzebnych kar i oni to wykorzystali. Drużyny na tym poziomie naprawdę potrafią wykorzystać momenty gry w przewadze. Tak się tutaj stało, niestety nie byliśmy w stanie tego wybronić - przyznał Adam Bagiński. Tego meczu również bardzo żałujemy, bo Włosi naprawdę byli w zasięgu. Myślę, że mieliśmy nad nimi przewagę, mieliśmy więcej strzałów (34 do 22 na korzyść tyszan - red.). Szkoda, nie wykorzystaliśmy swoich sytuacji - dodał.

Ostatecznie mistrzowie Polski ulegli włoskiej ekipie 2:4, ale mimo to wciąż mieli szansę na medal - wszystko zależało od rozstrzygnięcia w ostatnim meczu turnieju pomiędzy Rouen Dragons i Herning Blue Fox. A ten ułożył się po myśli polskiej drużyny - gospodarze pokonali zespół "Niebieskich Lisów" 4:0 i tyszanie mogli się cieszyć z medalu. Są pierwszym polskim zespołem, który stanął na podium Pucharu Kontynentalnego.

Mimo to po powrocie do kraju mniej lub bardziej dobitnie wspominali w rozmowie z RMF FM o niedosycie.

Myślę, że po wszystkich naszych występach w Pucharze Kontynentalnym powinniśmy być zadowoleni. Oczywiście zaraz po meczu z Asiago czuliśmy duży niedosyt, bo była ogromna szansa na srebro. Niestety zdobyliśmy brąz. Ale patrząc z perspektywy czasu na to, jaką drogę przemierzył polski zespół - jesteśmy zadowoleni - mówił Kamil Kosowski.

Teraz jest już w sumie radość. Tak od razu po meczach było trochę niedosytu, ale ogólnie rzecz biorąc, mamy się z czego cieszyć. Jest to na pewno pozytywny wynik i mało kto się tego spodziewał - stwierdził z kolei Marcin Kolusz.

Również Adam Bagiński przyznał, że zespół osiągnął wynik powyżej oczekiwań, ale też podkreślał, że Puchar był bardzo blisko. Jeśli spojrzeć na te rozgrywki jako całość, to jest to na pewno niespodzianka z naszej strony, ale niedosyt jednak pozostał - mówił. W zasadzie mogło nas już nie być po turnieju w Tychach, bo z Coventry Blaze mieliśmy bardzo ciężką sytuację, z której wyszliśmy (w tym decydującym o awansie do III rundy Pucharu meczu tyszanie przegrywali 0:2, by ostatecznie wygrać 3:2 - red.). Patrząc z tej strony, to faktycznie można się cieszyć. Ale proszę mi wierzyć: my jesteśmy bardzo zawiedzeni, bo naprawdę niewiele brakowało - przyznał Bagiński. To tak całkiem fajnie wygląda, ale mieliśmy naprawdę ogromną szansę. Mamy duży niedosyt - powiedział.

Myślę jednak, że naszą ligę zaprezentowaliśmy fajnie, obroniliśmy ją i pokazaliśmy się tutaj z bardzo dobrej strony - to jest dla nas jedyne pocieszenie - dodał.

Napastnik podkreślił postawę fanów GKS-u, którzy stawili się w Rouen mocną grupą. Kibice dopisali, przyjechali za nami taki kawał drogi - naprawdę szacunek dla nich. Widać, że bardzo zależy im na tym klubie, starają się nas dopingować wszędzie, gdzie tylko mogą - mówił. Zauważył także wyrazy wsparcia ze strony fanów innych klubów - również tych, którzy na co dzień nie pałają miłością do tyskiego GKS-u. Reprezentowaliśmy Polskę i na pewno dla kibiców innych klubów to również było ciekawe - bo fajnie jest kibicować polskiemu klubowi, szczególnie, jeśli dochodzi gdzieś wyżej - podsumował.


Artykuł pochodzi z kategorii: Zimowe zmagania Polaków

Edyta Bieńczak