Do wybrzeży północno-zachodniej Florydy dotarły bryły kleistej mazi, które fale oderwały od wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej. Przewiduje się, że wyciek może zagrozić także wybrzeżom Kuby i Meksyku. Na razie jednak spędza sen z powiek hotelarzom i restauratorom z Florydy, którzy obawiają się, że ekologiczna katastrofa odstraszy turystów w nadchodzącym sezonie.

W czwartek późnym wieczorem czasu lokalnego koncernowi BP udało się umieścić specjalną metalową kopułę nad uszkodzonym odwiertem w dnie Zatoki Meksykańskiej. Jednak to, czy uda się w ten sposób zatamować wyciek, okaże się dopiero po pewnym czasie.

Za katastrofę odpowiedzialny jest głównie koncern BP - dzierżawca szybu naftowego, który uległ uszkodzeniu po wybuchu na platformie wiertniczej. Do eksplozji i pożaru doszło 20 kwietnia. Zginęło wówczas 11 pracowników BP. Obecnie do Zatoki Meksykańskiej wydostaje się około 3 milionów litrów ropy dziennie.

Obama chłodno przyjęty w Luizjanie

Sytuację w Zatoce Meksykańskiej na bieżąco śledzi nasz korespondent Paweł Żuchowski

Jestem zły i zirytowany z powodu przeciągającej się akcji ratunkowej - mówił Barack Obama, który drugi raz w ciągu tygodnia pojawił się w Luizjanie, by na własne oczy zobaczyć rozmiar katastrofy ekologicznej. Amerykański prezydent domaga się od koncernu British Petroleum natychmiastowego zatamowania wycieku i zwrotu pieniędzy, jakie na usuwanie ropy wydała jego administracja.

Obama nie ukrywał gniewu, mówiąc, że wyciek sparaliżował dotychczasowe życie mieszkańców Luizjany i być może zahamował rozwój regionu na wiele lat. Miejscowi przyjęli jednak jego słowa dość chłodno - chcą konkretnych działań, a nie gestów w postaci kolejnych odwiedzin prezydenta i zwoływanych konferencji.