Śledztwo ws. spalenia budki przy ambasadzie? Decyzja za kilkanaście dni

Środa, 20 maja 2015 (16:48)

Za kilkanaście dni zapadnie decyzja, czy będzie śledztwo w sprawie ujawnionych treści z podsłuchu rozmowy Elżbiety Bieńkowskiej z Pawłem Wojtunikiem. Nagrania z zeszłorocznego spotkania ówczesnej wicepremier z szefem CBA w stołecznej restauracji Sowa i Przyjaciele opublikował tygodnik „Do Rzeczy”.

Rozstrzygnie się los śledztwa w sprawie rzekomego zlecenia przez byłego szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza spalenia budki strażniczej przy rosyjskiej ambasadzie, ale także między innymi tego, czy były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski działał zgodnie z prawem, żądając od szefa CBA akceptacji dla zakupu z wolnej ręki dla MSZ.

Ja się nie chce wypowiadać przedwcześnie, najpierw trzeba oczywiście zbadać autentyczność tych wypowiedzi, ale każda wypowiedź, która może rodzić takie podejrzenie musi być przyjęta do analizy - mówi prokurator generalny Andrzej Seremet.

Teraz prokuratorzy sporządzają stenogramy z tego nagrania. Na ich podstawie ocenią, którym wątkiem śledczy powinni się zająć.

Nagranie trwa ponad dwie godziny. Z całości nagrania wynika, że były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski domagał się od szefa CBA Pawła Wojtunika, by wystawił mu akceptację kupna z wolnej ręki sprzętu do bezpiecznej łączności obsługującej polską prezydencję w Unii. Nie jestem prezesem Urzędem Zamówień Publicznych, ja panu tego nie wystawię - miał odpowiedzieć Sikorskiemu Wojtunik. Dodał, że ma wątpliwości, czy to jest legalne.

Podczas rozmowy w restauracji duży fragment dotyczy afery korupcyjnej w MSZ. Jak mówi Bieńkowska, z jej informacji wynika, że tam mają bardzo duży chaos w zamówieniach. Tam jest po prostu burdel - stwierdza Bieńkowska. Dodaje, że oni, czyli MSZ jest przyzwyczajony do zamówień z wolnej ręki.

Z kolei Wojtunik mówi, że Sikorski miał do niego żal, że szef CBA nie ostrzegł go o niejasnych działaniach urzędniczki, która usłyszała zarzuty, a w MSZ awansowała. Szef CBA tłumaczyć miał potem, że nie mógł ujawniać takich informacji podczas śledztwa. Podał też Bieńkowskiej przykłady nieprawidłowości po kontroli w MSZ - nieuzasadniony tryb preferencyjnych zamówień, wolna ręka. Cateringi, wszystko. Tam chyba tylko krawaty sami kupowali - wyliczał Wojtunik. Szef CBA mówi nawet o fałszerstwach w komisji przetargowej. Tam dopisywali zera - mówił Wojtunik. Firma podawała wartość kontraktu 90 tysięcy złotych, a oni pisali 900. Jaja po prostu - kwituje szef CBA.

Dzień wcześniej w sieci pojawił się pierwszy fragment rozmowy. Trwał zaledwie minutę. Zawiera te fragmenty rozmowy, które wcześniej można było przeczytać w tygodniku "Do Rzeczy". Paweł Wojtunik opowiada wicepremier Elżbiecie Bieńkowskiej o swoich relacjach z ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych Bartłomiejem Sienkiewiczem. To jego głos głównie słychać - Bieńkowska albo milczy, albo śmieje się i rzuca dopowiedzenia w rodzaju "Ale jaja, ale jaja".

Bartek się nauczył zarządzać wszystkim przez telefon - mówi szef CBA Paweł Wojtunik. On dzwoni i on im rozkazuje. i tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką... wiesz z takiego... - dodaje. Taką koncepcję, tak, tak - dopowiada Bieńkowska. Później Wojtunik zauważa, że "z takiego zarządzania ręcznego są same problemy". Tym bardziej dla ministra, który nie ma takich uprawnień, on nie ma uprawnień - podkreśla.

O tym, że w jednej ze stołecznych restauracji podsłuchano rozmowę Bieńkowskiej i Wojtunika wiadomo było już od prawie roku - od opublikowania tzw. taśm "Wprost". Dziennikarze twierdzili wtedy, że mieli dostęp do tego nagrania albo relacji o jego zawartości, ale sam plik się nie zachował. Nazwisko Bartłomieja Sienkiewicza pojawiło się też w innym wątku afery taśmowej. "Wprost" opublikował stenogramy i nagrania jego rozmowy z szefem NBP Markiem Belką. Właśnie w jej trakcie padły słynne słowa, że polskie państwo istnieje tylko teoretycznie.

(j.)

Artykuł pochodzi z kategorii: Raport: Afera podsłuchowa

Krzysztof Zasada