Niczego nowego nie dowiedzieliśmy się z meczu polskich piłkarzy z San Marino. To, że wygrają, wiadomo było jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. To, że podtrzymają minimalne szanse na awans do brazylijskiego mundialu - również. Pewną nowością była bramka zdobyta przez amatorów z mikroskopijnej republiki. Nowością, ale nie zaskoczeniem, bo przy obecnym stanie polskiej reprezentacji, a w szczególności obrony, wszystko jest możliwe.

REKLAMA

"Fakty są takie, a nie inne. Dopóki nie straci bramki, broni się bardzo umiejętnie. Jest to bardzo dobrze zorganizowana drużyna, jeśli chodzi o grę w defensywie". To o Polakach? Nie, to polski selekcjoner o drużynie z San Marino. Trenerska dyplomacja posunięta do granic możliwości, czy raczej absurdu. San Marino drużyną BARDZO DOBRZE zorganizowaną w defensywie? Zespół, który traci po kilka bramek w każdym spotkaniu, a sam ich właściwie nie zdobywa?! A propos: "nie można zapominać, że to zespół, który od czasu do czasu potrafi wyprowadzić kontratak". To znów Waldemar Fornalik. Jeszcze przed meczem.

Mecze z San Marino są z gatunku najmniej potrzebnych meczów świata. Motywacji piłkarze nie mają żadnej, skoncentrować się też trudno, kiedy po boisku biegają ludzie, z którymi konkretniej można rozmawiać o kredytach, niż o piłce. Zwycięstwa są obowiązkiem, każdy poprawia sobie bilans bramkowy, a raz na kilka lat San Marino samo strzeli gola. A to, że Paweł Brożek nie jest w formie reprezentacyjnej, wiadomo było przed meczem. To, że Sebastian Boenisch jest najsłabszym ogniwem i tak słabej defensywy również było jasne.

Paradoksalne jest to, że mimo słabej gry w tych eliminacjach i fatalnych wyników, Polacy ciągle zachowują szanse na awans. Są one oczywiście minimalne, ale są. Trzy punkty straty do lidera, to wcale nie tak dużo. I właśnie ten fakt boli najbardziej, bo pokazuje, jak niewiele trzeba było zrobić, by ten awans był w zasięgu ręki. Remisowy mecz z Anglią, po którym wielu było zadowolonych, a który trzeba było wygrać. Katastrofa z Ukrainą, kiedy Stadion Narodowy przestał wierzyć po kilku minutach gry. Czy wreszcie nieudolne obijanie bramki Mołdawii w Kiszyniowie oraz Czarnogóry znów w Warszawie. Dziewięć punktów, które diametralnie zmieniłyby obraz sytuacji.

Wcale nie czekam z nadzieją i emocjami na październikowe mecze z Ukrainą i Anglią. Przed spotkaniem w Kijowie znów rozpocznie się bicie w bęben i pisanie o kolejnym meczu o wszystko. A patrząc obiektywnie na kończące się eliminacje trzeba szczerze powiedzieć - w żaden sposób nie zasłużyliśmy na awans. I to w grupie, w której lider zdobył zaledwie szesnaście punktów w ośmiu meczach. Optymiści powiedzą, że to grupa tak wyrównana, a według mnie po prostu słaba. I tylko z powodu ciągle możemy się łudzić, że zobaczymy Polaków w Brazylii.