"Grecja bankrutem może być do końca tego tygodnia. Takim bankrutem fizycznie bez pieniędzy. Nie mówię, że w ogóle bez pieniędzy, ale z niewystarczającą ilością. Wtedy pojawia się tylko pytanie, jak szybko rząd jest w stanie wydrukować nowe drachmy i czy bank centralny puści je do obiegu jako równoległą walutę" - uważa ekonomista prof. Witold Orłowski. "W sensie finansowym, to rzecz nie wygląda dramatycznie dla polskich turystów - tak długo, jak mają gotówkę. Natomiast czy kartą kredytową będzie można w hotelu zapłacić, tego już nie jestem pewien" - przyznaje.

REKLAMA

Konrad Piasecki: Panie profesorze, kto najmocniej odpokutuje to greckie „ochi”, czyli „nie”? Grecja czy Europa?

Witold Orłowski: Myślę, że Grecja. Oczywiście nie znamy dokładnych scenariuszy, dlatego że grecki rząd traktuje referendum jako kartę przetargową rzuconą na stół, licząc na to, że to bardzo zmieni sytuację. Na pewno jest to ostatnia karta, która mają. Czy ona jest faktycznie kartą atutową, czy blotką bez znaczenia - to się dopiero okaże.

Pytanie, czy to nie jest „Czarny Piotruś” , który de facto eliminuje Grecję i ze strefy euro i z jakichkolwiek negocjacji.

Bardzo możliwe, że tak jest. Ale zakładając nawet, że to jest karta, która jakąś tam rolę odegra, to przed Grecją jest scenariusz albo zły, albo gorszy. Przy czym nawet trudno jest powiedzieć, który jest zły albo gorszy. Albo jest sytuacja, w której Grecy zrywają negocjacje i w tym momencie dochodzi do bankructwa Grecji i wyjścia ze strefy euro, albo jeszcze raz do stołu zasiądą. Gdyby doszło jednak do porozumienia, co oczywiście nie jest wykluczone, chociaż mało prawdopodobne, to Grecy zapłacą za to bardzo powolnym wzrostem jeszcze przez długi czas. Trzeba będzie oszczędzać – ale nie stracą, utrzymają obecny poziom życia. Jeśli natomiast dojdzie do bankructwa Grecji, wtedy poziom życia Greków gwałtownie się obniży - wejdzie drachma, wybuchnie inflacja, krótko mówiąc spadną realne dochody. Natomiast prawdopodobnie po roku bałaganu gospodarka się ustabilizuje i zacznie szybko rosnąć. Pytanie, który scenariusz jest gorszy dla Grecji. Z punktu widzenia obecnego poziomu dochodów, lepiej jest za wszelką cenę trzymać się strefy euro, mieć jeszcze 5 lat braku wzrostu, czy może małej recesji, czy bardzo powolnego wzrostu, mozolnego spłacania długów, częściowego przynajmniej, żeby utrzymać to, co się ma. Natomiast z punktu widzenia czysto ekonomicznego lepiej jest raz oddać to, co jest nie do utrzymania i potem na nowo zacząć na czysto odbudowywać swój dochód. Grecja odzyskałaby swoją konkurencyjność, gospodarka by rosła. Ale i to, i to ma swoje wady. Tak czy owak Grecy oczywiście zapłacą główny rachunek, niezależnie od tego, którą z tych ścieżek pójdą. Powiedziałbym nawet na 90 procent, że do porozumienia z Grecją nie dojdzie i wtedy Grecja zbankrutuje. Kluczowy jest ten moment, w którym Europejski Bank Centralny faktycznie przestanie udzielać kredytów dla banków greckich. Póki rząd nie dostaje pieniędzy, to zaciąga sobie kredyt w bankach, a banki ciągną pieniądze z Europejskiego Banku Centralnego i to cały czas się kręci. Słyszałem takie głosy Greków, że w porządku, nie zapłaciliśmy raty do Funduszu Walutowego no to co? Nic się nie stało. No nic się nie stało, bo to nie Fundusz Walutowy zasila Grecję w gotówkę na bieżące potrzeby, tylko Europejski Bank Centralny. Jeśli Europejski Bank Centralny wstrzyma finansowanie, to oczywiście w tym momencie fizycznie zabraknie euro, które rząd mógłby wypłacać w formie pensji, a jeśli wypłaci w formie kredytu, na konto, to wtedy w bankomatach nie będzie można podjąć tych pieniędzy. Tak czy owak fizycznie tych pieniędzy nie będzie i wtedy Grecja nie będzie miała innego wyjścia, jak wprowadzić swoją walutę - pewnie najpierw jako tzw. równoległą obok euro, a potem już na stałe.

Biorąc pod uwagę ten czarny, aczkolwiek bardzo prawdopodobny scenariusz, dość dramatycznego wychodzenia Grecji ze strefy euro - jak bardzo odczuliby to polscy turyści?

Tak naprawdę, w sensie finansowym, to rzecz nie wygląda dramatycznie dla polskich turystów - tak długo, jak mają gotówkę. Natomiast czy kartą kredytową będzie można w hotelu zapłacić, tego już nie jestem pewien. Może się zdarzyć, że nie. Problemy by się zaczęły dopiero, gdyby w Grecji w związku z tym nastąpiła jakaś poważna fala społecznych niepokojów. Pamiętajmy, że dzisiaj Grecy są zachwyceni, uważają, że ich rząd pokazał Niemcom, gdzie ich miejsce, natomiast jeśli za tydzień okażę się, że Grecja bankrutuje, w bankomatach nie ma pieniędzy, itd., to wtedy wściekłość tych samych ludzi skieruje się przeciwko rządowi, który dzisiaj sławią jako zwycięzców, którzy pognębili Niemcy. Wtedy oczywiście mogą się zdarzyć poważne strajki, zakłócenia w komunikacji. Na stacjach może zabraknąć benzyny - jeśli Grecja będzie miała kłopoty ze zdobyciem pieniędzy na bieżące funkcjonowanie. To wszystko nie jest koniec świata. Wydaje mi się, że posiadanie gotówki jest absolutnie wystarczającym zabezpieczeniem przed 90 proc. możliwych rzeczy, które mogą się zdarzyć. MSZ ma teraz dobry zwyczaj informowania turystów, czy są jakieś zagrożenia związane z podróżą do różnych krajów. Trzeba będzie patrzeć, czy przypadkiem coś się nie dzieje poważniejszego w Grecji. Myślę, że jednak turyści polscy nie mają powodów do obaw - tylko pod warunkiem, że zabiorą ze sobą gotówkę.

Jak szybko mogłaby się pojawić taka dwuwalutowość, kiedy pierwsza drachma mogłaby ujrzeć światło dzienne?

Podejrzewam, że może to być sprawa tygodni, niewielu tygodni.

Czyli jeszcze podczas tych wakacji możemy zobaczyć drachmę?

Tak, wyobrażam to sobie. Jeśli rzeczywiście strefa euro będzie zdecydowana podjąć decyzję, choć można sobie wyobrazić, że przeciąganie liny jeszcze potrwa, to Grecja bankrutem może być do końca tego tygodnia. Takim bankrutem fizycznie bez pieniędzy. Nie mówię, że w ogóle bez pieniędzy, ale z niewystarczającą ilością. Wtedy pojawia się tylko pytanie, jak szybko rząd jest w stanie wydrukować nowe drachmy i czy bank centralny puści je do obiegu jako równoległą walutę. Nie wiadomo, ile, dlatego, że nie przerabialiśmy jeszcze nigdy takiej operacji z dnia na dzień. Myślę, że jeśli zamówią w dobrej firmie drukarskiej, np. w Niemczech, to pewnie, płacąc odpowiednio dużo, w krótkim czasie mogliby te banknoty dostać.