Mike i Carol Bruno z Chicago, którzy byli małżeństwem przez 59 lat, zmarli na Covid-19 w odstępie 10 dni. Jak mówi ich syn Joseph, życie odebrało im jedno strzyżenie włosów w domu. Ma nadzieję, że ich historia posłuży jako ostrzeżenie dla innych - podało CNN.

REKLAMA

Carol Bruno w czasie pandemii prawie w ogóle nie wychodziła z domu. Pod koniec listopada wybrała się jednak do mieszkania syna razem z córką, która miała go ostrzyc. Siostra Josepha pracuje w salonie fryzjerskim; przed wizytą wykonała test na Covid-19, który okazał się negatywny, poddała się też kwarantannie trwającej trzy-cztery dni. Rodzina uznała więc, że może z nią bezpiecznie przebywać.

Podczas wizyty, która trwała około 40 minut, wszyscy nosili maski i unikali uścisków, a Carol siedziała przy oknie, które było otwarte - jako dodatkowe zabezpieczenie.

Dzień po spotkaniu siostra Josepha zaczęła mieć objawy Covid-19. Wkrótce potem matka i syn także zaczęli źle się czuć.

Carol została przyjęta do szpitala w Święto Dziękczynienia (26 listopada), ale wypisano ją w tym samym tygodniu, gdy jej stan się poprawił. Dwa dni później wróciła do szpitala, gdzie została podłączona do respiratora.

Mike Bruno, który nie towarzyszył żonie i córce podczas wizyty u Josepha, także zaczął odczuwać objawy i został przyjęty do szpitala dwa tygodnie po Święcie Dziękczynienia. Dzień po tym, jak jej mąż został podłączony do respiratora, Carol zmarła. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem zmarł Mike.

Myślę, że to, co daje nam spokój, to świadomość, że tata nie wiedział, że mama zmarła - powiedział Bruno w rozmowie z ABC7. Gdybym się poświęcił i nie spędził 30-40 minut z mamą, nadal by tu byli - stwierdził.

Ten wirus jest naprawdę bezlitosny i atakuje w naprawdę okrutny sposób - dodał syn pary.