Jakub Przygoński, który po ośmiu etapach rajdu Dakar zajmuje siódme miejsce, zwrócił uwagę na wielką euforię boliwijskich kibiców. Z zadowoleniem powiedział też, że nie miał problemów z motocyklem, jak również dobrze zniósł jazdę na wysokości powyżej 3500 m.

REKLAMA

Poprzednią noc motocykliści spędzili na boliwijskim biwaku usytuowanym na wysokości aż 3600 m w miejscowości Uyuni. Po pierwszym z dwóch odcinków specjalnych etapu, na których zabronione jest korzystanie z serwisu, kilku zawodników miało problemy ze swoimi maszynami. Napraw musieli dokonywać na własną rękę. Nie dotyczyło to jednak Przygońskiego, który bardzo rozsądnie eksploatował swój pojazd.

Poniedziałkowy odcinek miał 462 kilometry ciągnące się po solnym płaskowyżu, cały czas powyżej 3,5 tysiąca metrów. Trasa nie była zbytnio skomplikowana więc "dawaliśmy" tyle, na ile pozwoliły nam nasze motocykle. Rzadko odpuszczaliśmy manetki gazu i stąd też tak niewielkie różnice czasowe pomiędzy zawodnikami. Tym razem nie miałem żadnych problemów z oponą. Jechaliśmy po znacznie miększym terenie niż ostatnio i od hamowania bardziej zużywało się przednie koło, niż tylne - powiedział Przygoński.

Zawodnik Orlen Teamu był pod wrażeniem entuzjastycznego przyjęcia ze strony mieszkańców Boliwii. Po raz pierwszy w historii rajdu, datującej się od 1979 roku, impreza zawitała do tego ubogiego kraju.

Boliwia przywitała nas niesamowitą euforią kibiców, którzy byli właściwie wszędzie. Oni żyli tą imprezą niezwykle emocjonalnie. Etap kończyliśmy po błocie, cali oblepieni gliną. Najważniejsze jednak, że nie miałem żadnej awarii. Niektórzy motocykliści mieli problemy z bólem głowy, ja na szczęście dobrze znoszę wysokość i nic nie odczuwałem - zaznaczył warszawiak.

(j.)