Powstanie Warszawskie było straszną tragedią, przykładową lekcją, jak wojny się nie prowadzi, a Polska zapłaciła cenę, na którą jej nie było stać. Niesłuszną decyzję podjęto też w złym czasie - ocenia powstaniec, dziś 84-letni, prof. Jan Ciechanowski. "Gdy zaczęło się powstanie dowódca powiedział: ‘Będziemy nacierać plutonem’, ale ponieważ nie wszyscy mieli broń, wyłoniono grupę szturmową - 23 ludzi. Ja też byłem w niej, ale miałem tylko opaskę, opatrunek osobisty i jeden granat" - wspomina.

REKLAMA

Profesor zwraca uwagę "druzgocącą wymowę cyfr": około 16 tysięcy powstańców zginęło, 6 tysięcy odniosło rany, 17 tysięcy dostało się do niewoli, z czego większość do Polski nie wróciła. 200 tysięcy cywilnych mieszkańców miasta wymordowano, 70 tysięcy wywieziono do obozów koncentracyjnych, 165 tysięcy na roboty do Rzeszy, 350 tysięcy wypędzono, a stolicę Polski obrócono w perzynę.

Tego dzieła zniszczenia Niemcy dokonali kosztem 1570 zabitych, w tym 73 oficerów, i 8374 rannych, w tym 242 oficerów, co daje ogólne niemieckie straty na 9940 osób (dane Heinricha Himmlera). W przeliczeniu na każdego zabitego Niemca przypada 130 zabitych Polaków.

Wymowa tych cyfr jest wstrząsająca. Polskie i niemieckie straty są niewspółmierne. Powstanie to przykład, jak wojny się nie prowadzi - mówi prof. Ciechanowski, w powstaniu dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, autor wydanej w Londynie w 1971 roku głośnej książki "Powstanie Warszawskie", która w PRL ukazała się dopiero w 1984 roku.

Przytacza też inne dane: 1 sierpnia 1944 roku około 20 tysięcy powstańców, przeważnie poniżej lat 20, z których zaledwie nie więcej niż 3,5 tysiąca posiadało jakąkolwiek broń palną, uderzyło na świetnie uzbrojoną armię przygotowaną na atak.

Powstańcy posiadali siedem CKM-ów (ciężkich karabinów maszynowych), 60 RKM-ów (ręcznych), tysiąc KB (karabinów), 20 KB ppanc (karabinów przeciwpancernych), 300 PM-ów (pistoletów maszynowych), 1700 pistoletów (Parabellum, Vis, Walter itp.), mało przydatnych w szturmowaniu ufortyfikowanych budynków, 25 tysięcy granatów i 15 PIAT-ów (rusznic przeciwpancernych).

Pogrzeb powstańca / PAP/PAI / PAP
Mały powstaniec rozlepiający plakaty na ulicach / Reprodukcja Jakub Grelowski (PAP) / PAP
Po zakończeniu walk powstańczych Niemcy wypędzili ze stolicy wszystkich mieszkańców. Większość trafiła do obozu w Pruszkowie, stąd część wywieziono do Oświęcimia, do Niemiec, niektórych puszczono wolno / PAP/CAF / PAP
Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego. Nz. patrol porucznika Stanisława Jankowskiego ps. Agaton (idzie pierwszy) z batalionu Pięść na pl. Kazimierza Wielkiego w drodze do Śródmieścia. / PAP/PAI / PAP
/ PAP/CTK / PAP
Oddziały powstańców w drodze na pozycje / PAP/CAF / PAP
Jedna z setek powstańczych barykad jakie wznieśli mieszkańcy podczas powstania / PAP/CAF / PAP
Opustoszały Plac Zamkowy przy rogu Krakowskiego Przedmieścia / PAP/ CAF / PAP
/ PAP/CTK / PAP
Kobiety Powstania Warszawskiego / PAP/Photoshot / PAP

28 lipca płk Antoni Chruściel ps. Monter bez porozumienia z dowódcą AK gen. Tadeuszem Borem Komorowskim na własną rękę zarządził alarm. Pokazano nam broń, jaką miał nasz oddział: 7 pistoletów, 3 karabiny, 40 granatów. Wówczas jakiś chłopak z Czerniakowa spytał: "Panie komendancie, z czym do gościa?" - wspomina emerytowany profesor University College (części Uniwersytetu Londyńskiego), w czasie powstania w zgrupowaniu "Siekiera".

Ciechanowski pamięta też, jak po pierwszym alarmie dowódca wysłał go po broń do współpracującego z AK XIII Komisariatu (granatowej) Policji na Hożej 30. Komendant komisariatu wytłumaczył mu, że nie może dać broni, ponieważ w razie kontroli Gestapo nie będzie mógł się z niej rozliczyć. Dał tylko swój osobisty pistolet kalibru 7 mm i na odchodne powiedział: "Szczęść Boże".

Gdy zaczęło się powstanie dowódca powiedział: "Będziemy nacierać plutonem", ale ponieważ nie wszyscy mieli broń, wyłoniono grupę szturmową - 23 ludzi. Ja też byłem w niej, ale miałem tylko opaskę, opatrunek osobisty i 1 granat. Gdy go rzuciłem byłem bezbronny. Potem byłem uzbrojony w pistolet i karabin zdobyty 1 września w ataku na YMCĘ na Placu Trzech Krzyży - opowiada.

1 sierpnia 1944 roku grupa szturmowa bezskutecznie nacierała na Sejm uzbrojona w 3 karabiny, 7 pistoletów i 40 granatów. Zginęło 10 powstańców, w tym dowódca kompanii.

Już w pierwszych godzinach okazało się, że byliśmy za słabi, by pobić Niemców, bo niby czym mielibyśmy ich pobić? Tylko natychmiastowe wejście Armii Czerwonej mogło uratować Warszawę i jej mieszkańców od nieuchronnej zagłady. Nam udało się opanować słabo obsadzone czy w ogóle przez Niemców niebronione dzielnice, w sumie jedną trzecią miasta, ale ani jednego obiektu o strategicznym znaczeniu: mostu, lotniska, dworca kolejowego, koszar itp. - podkreśla prof. Ciechanowski.

Powstanie było wielką tragedią, choć dla mnie osobiście było też przygodą połączoną ze strzelaniem ostrą amunicją. Na powstańczych kwaterach było wesoło. Ktoś na czymś grał - instrumencie lub patefonie. Śpiewano. Ale stosunek ludności cywilnej z czasem stawał się jawnie wrogi. "Sami giniecie, a jeszcze nam zabieracie mężczyzn" - powiedziała mi kobieta, gdy szukałem ochotników do kopania rowów dobiegowych. Widziałem białe flagi na Powiślu 8 września. Wtedy zrozumiałem, że nic z tego nie będzie - mówi.

Rząd w Londynie stale łudził się, że Polska otrzyma pomoc od zachodnich aliantów, podczas gdy oni opuścili nas już w Teheranie (koniec 1943 roku). Postanowiono tam, że inwazja z zachodu nastąpi na północną Francję, a Polska będzie "oswobadzana" od wschodu przez Armię Czerwoną. Od tego czasu było jasne, że współpraca polityczna i militarna Wielkiej Trójki podporządkowana jest nadrzędnemu dla wszystkich celowi - rozgromieniu Rzeszy - wyjaśnia.

Prof. Ciechanowski nie podziela opinii, że to młodzież parła do walki. Decyzję podjęło trzech generałów: Tadeusz Bór Komorowski, Tadeusz Pełczyński i Leopold Okulicki za namową płk. Chruściela ostrzegającego, że trzeba zacząć teraz, bo może być za późno, w obecności delegata rządu, który nie był wojskowym, bez wysłuchania opinii innych członków KG AK: płk. Pluty-Czchowskiego i płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego - podkreśla.

Bór Komorowski i Okulicki nie znali się na polityce wielkich mocarstw, czego właściwie trudno było od nich oczekiwać. Na polityce znał się Pełczyński jako długoletni szef wywiadu przed wojną. Bór Komorowski wspaniale nadawał się, ale na komendanta Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, a Okulicki był znany w wojsku jako zabijaka. Bór mówił o nim, że był człowiekiem do wypitki i wybitki. To był "chojrak" - ocenia prof. Ciechanowski.

Zaznacza, że gen. Bór zdecydował się na powstanie, gdy wiedział już, że niemieckie kontrnatarcie przeciwko Armii Czerwonej w okolicach Modlina nie tylko zaczęło się, ale odniosło sukces. Wiedział o tym od płk. Pluty-Czachowskiego, ale twierdził, że już za późno, by się wycofać, a wiadomości nie uznał za pewną.

Emerytowany profesor sądzi, że nie bez znaczenia były też nieporozumienia na linii Warszawa - Londyn. Naczelny Wódz PSZ gen. Kazimierz Sosnkowski w depeszy do gen. Bora z 7 lipca 1944 roku nie wykluczał przejściowego zajęcia w ramach operacji "Burza" Wilna i Lwowa oraz "innego większego centrum", jeśli okoliczności będą temu sprzyjać. Borowi zdawało się, że gdy była mowa o "centrum", to chodzi o Warszawę. On stale mówił, że robi "Burzę" w Warszawie, ale Sosnkowski wyraźnie zaznaczał, żeby nie robić powstania. Było nieporozumienie - ocenia prof. Ciechanowski.

(edbie)