„Od "Szeregowca Ryana" nie widziałem filmu, który tak realnie i wiernie odtwarzałby sceny batalistyczne i to wszystko, co się dzieje podczas operacji” – mówi o nominowanym do Oscara „Snajperze” Clinta Eastwooda Tomek, były snajper GROM-u i szef szkolenia Grom Group. „W tym filmie każdy snajper może zobaczyć siebie” – podkreśla w rozmowie z RMF FM. "To nie jest laurka. Wiadomo, że podstawą filmu była książka napisana przez Chrisa Kyle'a. Nie możemy zapominać o jego podejściu. On w sposób jednoznaczny określał, że to, co robił, było dobre" - tłumaczy.

REKLAMA

Tomek poznał Chrisa Kyle'a podczas jego pobytu w Polsce. Główny bohater filmu Eastwooda, w którego rolę brawurowo wcielił się Bradley Cooper, promował wtedy nad Wisłą swoją książkę "Cel snajpera". Byłych GROM-owców poproszono o wsparcie tej akcji i towarzyszenie amerykańskiemu koledze w spotkaniach z czytelnikami. Warto zauważyć, że Kyle miał na swoim koncie współpracę z Polakami. Podczas jednej z misji był przydzielony do polskiego kontyngentu. Zajmował się nie tym, w czym był najlepszy, ale nawigowaniem, naprowadzaniem pododdziałów na wyznaczone miejsce - wyjaśnia Tomek.

W rozmowach, które prowadziliśmy z kolegami, byliśmy zdziwieni, że Kyle wyszedł z otwartą przyłbicą i zaczął mówić o tym, co robił. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że w tym momencie jego bezpieczeństwo było naruszone - przyznaje polski snajper. Dodaje, że trudno mu jednoznacznie ocenić postępowanie Kyle’a, który w pewnym momencie stał się rozchwytywaną przez media gwiazdą. Może mieć pan trochę racji w tym, że to była jakaś forma odreagowanie tego, w czym brał udział. On 4 tury w Iraku przesłużył. To jest szmat czasu. Był ranny. Za jego głowę została wyznaczona nagroda - wylicza. Ujawnianie wszystkiego nie do końca służy dalszemu funkcjonowaniu sił specjalnych. Musimy sobie zdawać sprawę, że przeciwnicy to nie banda idiotów, która biega w krótkich spodenkach. Potrafią czytać, analizować i wyciągać wnioski z tego wszystkiego, o czym się mówi - dodaje.

Gdy pytam Tomka o wrażenia po obejrzeniu filmu, w pierwszej kolejności zwraca uwagę na Bradleya Coopera. Przypomina Kyle'a praktycznie w 100 procentach. Nawet akcent ma bardzo podobny. Aparycja, to jak on się zmienił do tej roli, do tego sposób zachowania, mimika, gesty... - wylicza. Nie wiem, kto go przygotowywał, ale wyglądało to tak, jakby Kyle był tam obecny cały czas - zauważa.

Polski kolega po fachu amerykańskiego bohatera podkreśla, że ukazana w filmie dwoistość natury Kyle’a, który z jednej strony był morderczo skutecznym, budzącym respekt snajperem, a z drugiej sympatycznym kolegą oraz czułym mężem i ojcem, nie jest w tej "branży" niczym szczególnym. Każda osoba, która wykonuje zawód z dużą dawką adrenaliny musi umieć rozgraniczyć to, co robi zawodowo od tego, co robi prywatnie. Generalnie snajperzy to osoby bardzo stonowane, bardzo spokojne, bardzo ciche, nierzucające się w ogóle w oczy. Ale w trakcie operacji potrafią dać z siebie wszystko - tłumaczy Tomek. W tym filmie każdy snajper może zobaczyć siebie - dodaje, gdy pytam go, czy odnalazł w historii Kyle’a własne emocje i przeżycia z czasów służby.

Czy w takim razie film Eastwooda ma jakieś słabsze strony, elementy rażące profesjonalistę? Sceny batalistyczne związane z tym, co się dzieje na misjach, są rewelacyjnie nakręcone. Ale kilka osób, z którymi rozmawiałem, zauważyło jedną rzecz - opowiada Tomek. W jednej ze scen Kyle jest na dachu i zmienia stanowisko na inne - bierze zbiornik na wodę, kładzie się na nim... On jest bardzo niestabilny. To jest chyba jedyna rzecz, do której mógłbym mieć zastrzeżenia - przyznaje. Ale Kyle był niesamowitym strzelcem, więc nawet w tak trudnej pozycji mógł wykonać to, co do niego należało w sposób bezbłędny - zauważa. Zwraca też uwagę na inną scenę - kiedy Kyle i jego koledzy wycofują się z pola walki praktycznie nic nie widząc, bo wszystko przysłania unoszący się w powietrzu pył po bombardowaniu pobliskiego budynku. To było niesamowite - podkreśla mój rozmówca. Zastanawia się też, jak mógłby wyglądać "Snajper" w wersji 3D.

Pytam Tomka, czy wyobraża sobie polski film o bohaterskim żołnierzy sił specjalnych - z pewnością wielu jego kolegów z GROM-u nadawałoby się na kinowych bohaterów niemniej niż Chris Kyle. Byłaby to niesamowicie inspirująca i fajna sprawa - odpowiada entuzjastycznie. A czy nauczymy się opowiadać swoją historię z dumą podobną do tej, którą mają Amerykanie? Bez tego w ogóle nie ma o czym mówić - zauważa mój rozmówca. Podkreśla, że chodzi o coś zupełnie innego niż ślepe kopiowanie amerykańskiego wzorca. Chodzi o to, żeby odnaleźć w sobie dumę narodową, radość z tego, że się jest członkiem polskiego społeczeństwa - tłumaczy.