„Trzymała ją na rękach, próbowała wyłączyć światło i wtedy Madzia jej wypadła” – tak według Bartłomieja W. jego żona relacjonowała mu moment, w którym zginęła mała Magda z Sosnowca. Mężczyzna przez kilka godzin zeznawał we wtorek przed katowickim sądem w procesie Katarzyny W. Przesłuchani zostali także inni świadkowie – szwagierka oskarżonej, a także babcia i dziadek Bartłomieja W.

REKLAMA

Mąż Katarzyny W., któremu jako bliskiemu oskarżonej przysługiwało prawo do odmowy zeznań, powiedział przed sądem, że chce zostać przesłuchany. Podobną decyzję podjęła jego siostra, czyli szwagierka Katarzyny W., Paulina B. Zeznając przed sądem w Katowicach ojciec półrocznej Magdy stwierdził, że rzeczywiście wchodził z żoną na strony internetowe dotyczące zatrucia tlenkiem węgla. Mieliśmy zły system wentylacyjno-grzewczy w mieszkaniu. Były problemy z rozpalaniem w piecach i dym wydostawał się do pokoju. Piece owszem, były tam wcześniej remontowane, ale zrobiono to nieudolnie i były szczeliny między kaflami - wyjaśniał. Jednocześnie zaprzeczył, że szukał w internecie informacji pod hasłem: "jak cicho zabić" czy też dotyczących policyjnych śledztw lub związanych z zacieraniem śladów.

Jak powiedział Bartłomiej W., w dniu rzekomego porwania małej Magdy wyszedł z mieszkania na zakupy, a jego żona poszła z córką do swoich rodziców. Rozmawiałem przez chwilę z Katarzyną przez telefon. Nic niepokojącego w jej zachowaniu nie zauważyłem. Pytałem tylko, dlaczego jeszcze nie doszła, powiedziała mi wtedy, że musiała wrócić do mieszkania po pampersy - zeznał przed sądem ojciec małej Magdy. Później Bartłomiej W. miał czekać w mieszkaniu na powrót żony. Wtedy znowu zadzwoniłem. Usłyszałem, że jest gdzieś w karetce. Była mocno rozhisteryzowana. I wtedy powiedziała mi, że ktoś porwał naszą małą - mówił Bartłomiej. Mąż Katarzyny szybko dotarł na miejsce, gdzie miało dojść do porwania. Niebawem dotarli tam też jego i jej rodzice. Zaczęli się zjeżdżać też moi znajomi. Zawiadomił ich mój kolega. I wtedy na własną rękę, nie czekając aż zrobi to policja, zaczęliśmy na własną rękę szukać Madzi w najbliższej okolicy - mówił ojciec dziecka.

"Nie widziałem, by żona była agresywna w stosunku do dziecka"

Nigdy nie widziałem wybuchu agresji mojej żony w stosunku do naszej Madzi - mówił w sądzie Bartłomiej W. Dodał tylko, że kobieta czasami bywała zmęczona z powodu płaczu córki. Wyjaśnił też, że od żony dowiedział się, jak zginęło dziecko. Trzymała ją na rękach, próbowała wyłączyć światło i wtedy Madzia jej wypadła - tłumaczył wyraźnie wzruszony ojciec dziewczynki.

Przesłuchanie Bartłomieja trwało kilka godzin. Późnym popołudniem we wtorek sąd przerwał rozprawę. Bartłomiej W. ponownie stanie przed katowickim sądem za dwa miesiące.

"Tak nie zachowuje się kobieta, która straciła dziecko"

Wcześniej w sądzie zeznawała też babcia ojca malej Magdy. Nie widziałam w niej smutku. Tak nie zachowuje się kobieta, która straciła właśnie dziecko w wypadku - mówiła kobieta. Jak dodała, strata Madzi to dla jej rodziny wielka tragedia. Skoro nie chciała dziecka, mogła oddać je na wychowanie - podkreśliła. Kolejną przesłuchaną osobą był dziadek Bartłomieja W. Mężczyzna mówił niewiele. Mieliśmy już wszyscy dość tego, co wokół naszej rodziny działo się po tym wypadku - wyjaśnił.

"Po porwaniu Madzi to ona nas pocieszała"

W czasie naszej znajomości nigdy nie widziałam, żeby Katarzyna płakała. Po rzekomym porwaniu zachowywała się nad wyraz spokojnie. To ona nas wtedy bardziej pocieszała niż my ją - zeznała z kolei siostra Bartłomieja W. Opowiedziała też o kłótni, do jakiej doszło między kobietami, kiedy Katarzyna W. zostawiła swoją córkę na dwa tygodnie w mieszkaniu teściów.

/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /
/ Andrzej Grygiel (PAP) /

Pokłóciłam się wtedy z Katarzyną. Któregoś dnia Bartek był bardzo zmęczony, praktycznie nie spał przez trzy doby. Kiedy wreszcie usnął, obudziła go, żeby wykąpał Madzię. Mówiła, że sama tego nie zrobi, bo się boi. Ale w czasie kąpieli nie pomagała mu wcale. Wtedy się pokłóciłyśmy. Ona demonstracyjnie wyszła wtedy z mieszkania. Wiem, że widywała się z Bartkiem, bo remontowali nowe mieszkanie. Ale do Madzi przyszła tylko raz. Nakarmiła ją i wyszła. I przez cały ten czas praktycznie to ja opiekowałam się dziewczynką - zeznała szwagierka Katarzyny W.

Nigdy nie widziałam przejawów agresji Katarzyny do swojej córki Magdy. Muszę też powiedzieć, że dziecko zawsze było zadbane - dodała kobieta, która podkreśliła, że nawet w czasie konfliktowych sytuacji w domu, żona jej brata zachowywała się bardzo spokojnie i nie reagowała na żadne słowa. Jej jedyna reakcja to było spoglądanie w oczy i lekki - moim zdaniem - lekceważący uśmiech na twarzy - powiedziała szwagierka Katarzyny W.

Mama, czyli teściowa Katarzyny często skarżyła się, że synowa niewiele robi w domu. Nie pomaga w domowych pracach i sprawia wrażenie, jakby niewiele z tego, co dzieje się w domu ją obchodziło - twierdzi kobieta. Siostra Bartłomieja W. skończyła już składanie zeznań.

Twierdziła, że to był wypadek

Sprawa Katarzyny W. zaczęła się 24 stycznia 2012 roku, gdy policja przekazała informację o zaginięciu półrocznej dziewczynki z Sosnowca. Według relacji matki, dziecko miało zostać porwane z wózka w centrum miasta. Na początku lutego ciało dziecka znaleziono w zrujnowanym budynku w parku przy torach kolejowych w Sosnowcu. Zdaniem prokuratury Katarzyna W. plan zabójstwa przygotowywała co najmniej od 19 stycznia. Wcześniej próbowała zatruć córkę tlenkiem węgla. 24 stycznia miała rzucić dzieckiem o podłogę, a kiedy okazało się, że mimo to niemowlę przeżyło, miała je dusić je przez kilka minut. Katarzyna W. twierdzi, że powodem śmierci dziecka był wypadek. Według niej dziewczynka wypadła jej z rąk na podłogę i zmarła po kilku nieudanych próbach nabrania powietrza.