​W tym tygodniu poznaliśmy skuteczny przepis na to, jak w kilka minut podbić internet. Okazuje się, że nie jest to takie trudne. Potrzebujemy tylko dużej pewności siebie, specyficznego poczucia humoru i kilku pięknych kobiet w pobliżu.

REKLAMA

Kiedy myślimy o największych wygranych tegorocznych Oscarów, nie możemy zapomnieć o prowadzącym. Seth MacFarlane nie nakręcił filmu z chłopczykiem, tygryskiem i dużą ilością efektów specjalnych w roli głównej. Nie wystąpił też w inscenizacji najnudniejszej obławy na najbardziej poszukiwanego terrorystę świata. Mimo to zdeklasował wszystkich. Ceremonia ledwo się zaczęła, żadnej statuetki jeszcze nie wręczono, a w internecie już toczyła się dyskusja o tym, co robi, jak się zachowuje i kto w ogóle go wpuścił do Dolby Theatre.

Mimo młodego wieku, MacFarlane zachował się jak weteran estrady. Zaskoczył wszystkich jedną, krótką, maksymalnie wyrazistą i niepozbawioną kontrowersji piosenką. Gdyby po niej wyjął krzyżówkę, albo po prostu poszedł do domu, niczego by nie stracił. I tak zostałby numerem jeden.

Bombą odpaloną przez MacFarlane’a niedługo po rozpoczęciu gali była piosenka "We saw your boobs" (w wolnym i możliwie grzecznym tłumaczeniu "Widzieliśmy Wasze piersi"). Showman przypomniał w niej najsłynniejszym aktorkom, że nie w każdym filmie pokazują się w golfach, a czasem nawet pozwalają sobie na mocno minimalistyczny strój. Chwilę później na twitterowym profilu Akademii pojawiła się notka: Jeśli w ciągu 5 minut to nie będzie hit, to chyba Twitter się zepsuł. To, co stało się później, wyraźnie pokazało, że portal nie był zepsuty.

To było super. Jedna z najlepszych części całej gali - pisali zadowoleni internauci. Seksistowskie, agresywne, żenujące. Wcale nie było śmieszne - odpowiadali sceptycy. Nie trzeba było długo czekać, by w sieci pojawiły się szersze analizy piosenki-fenomenu. Piosenka przebojem wdzierała się na tworzone naprędce listy żenujących żartów prowadzącego. Niektórzy jako koronny przykład nikczemności prowadzącego podawali fakt, że większość wymienionych w utworze aktorek grało ofiary gwałtów.

To była obrzydliwa i nudna noc, rozpoczęta piosenką "Widzieliśmy Wasze piersi". Tańcząc i śpiewając MacFarlane z grupą szczerzących się gości w tle wymieniał siedzące na widowni aktorki, które obnażyły swoje piersi przed kamerą. Większość z filmów, które wspominał, to ambitne produkcje. Aktorki nie pokazywały w nich swojego ciała, żeby rozerwać MacFarlane’a - grzmiała Amy Davidson blogująca dla New Yorkera. On mówił: popatrzcie na nas, facetów. Oglądamy filmy tylko po to, żeby gapić się na nagie piersi - wtórowała jej Sara Hughes z "Guardiana". Swój kamyczek dorzuciła też Claire Hoffman. MacFarlane to odrażający imitator. Możesz pomalować świni usta szminką, ale to nie sprawi, że stanie się kimś innym. On zachowywał się właśnie jak świnia. Śmiał się z kobiet, bo są za stare, za chude albo zbyt nagie. Jakież to wyrafinowane, prawda, nazwać ładne dziewczyny zdzirami? - pytała zaczepnie.

Do radosnego kamienowania prowadzącego galę nie dołączyła autorka bloga Carpetbagger. Trzeba jej przyznać, wpadła na bardzo dobry pomysł. Zamiast pisać o własnych odczuciach, zebrała komentarze uczestników gali na temat MacFarlane’a. Nie były one tak złe, jak mogłoby się wydawać. Był przezabawny - zachwycała się Jennifer Lawrence. Mnie podobała się zwłaszcza piosenka o piersiach - podkreślała. Nie jest to zaskakująca deklaracja, zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie, że Lawrence występuje w piosence jako chwalebny wyjątek - ta, która jeszcze nigdy nie rozebrała się przed kamerą.

Na szczęście w sieci można było znaleźć również nieco chłodniejsze komentarze do całej sprawy. Ameryko, kobiety mają piersi. Przyzwyczaj się - napisała na Twitterze brytyjska dziennikarka Emma Barnett. To dobra i trudna do podważenia pointa całej dyskusji.

Ministrów radosne ćwierkanie

Na tle oscarowo-biustowych emocji ten tydzień w polskiej blogosferze wygląda wyjątkowo blado. Próbując znaleźć w niej - nieco na siłę - coś pozytywnego, można dojść do wniosku, że wiosna idzie, bo ministrowie zaczęli głośniej ćwierkać. Na Twitterze oczywiście. Niektórym wychodzi to świetnie, a innym wychodzi to bokiem.

Na zaskakujący brak szczęścia cierpi ostatnio stary twitterowy wyjadacz Radosław Sikorski. Minister spraw zagranicznych znany jest w sieci m.in. z promowania książek swojej żony, komentowania bieżących wydarzeń politycznych, promowania książek swojej żony, opisywania służbowych podróży, a także, co może zaskakiwać, promowania książek swojej żony. W ostatnich dniach zdecydował się na radykalny zwrot - zamiast swojej małżonki zaczął promować samego siebie. Pretekstem do tego był fakt, że liczba osób śledzących jego wpisy przekroczyła 100 000. Minister chciał być jak dobry car i poświętować razem z innymi. Dlatego zaprosił internautów do zadawania mu pytań o politykę zagraniczną i dyplomację cyfrową. Obiecał też, że autorów najlepszych wpisów zaprosi na spotkanie.

Jubileuszowa akcja ministra prawie się udała. Prawie, bo internauci z niewiadomych przyczyn nie stanęli na wysokości zadania. Zamiast pytać: "Kto jest najlepszym szefem MSZ po 1989 roku i dlaczego właśnie pan?" woleli zająć się kwestią Smoleńska, relacji z Rosją czy choćby specyficznej netykiety Radosława Sikorskiego, znanego, jak wieść w sieci niesie, z bezpardonowego blokowania wszelkich nieprzychylnych mu internautów i jednoczesnego nawoływania do kulturalnej debaty. Po paru dniach minister poszedł więc po rozum do głowy i postanowił pokonać nieżyczliwych mu internautów ich własną bronią. Ogłosił czas amnestii. Stwierdził, że wszyscy, którzy chcą zostać przez niego odblokowani, powinni po spełnieniu odpowiednich warunków zwrócić się do niego z prośbą o akt łaski. To też nie wypaliło. Zaczęły się pytania o to, jaki sens ma amnestia, gdy nie było winy. Amnestia to chyba dla przestępców jest. Czy to znaczy, że mieć inne zdanie od ministra jest przestępstwem? - pytał, zamiast cieszyć się wielkopańskim gestem ministra internauta x.s. Spoko - tysiące ludzi w tym politycy z zagranicy, którym się chciało użyć translatora - przeczytało ze MSZ - 40 mln kraju robi amnestię - podkreślał Obywatel D.C. Po co drążyć? Po co dołować ministra zamiast cieszyć się jego radością? - chciałoby się zapytać. Ale może lepiej tego nie robić. Mając konto na Twitterze, jest się w końcu narażonym na ministerialną blokadę tak samo jak każdy śmiertelnik.

Zdecydowanie lepiej radził sobie w tym tygodniu w sieci minister Jarosław Gowin. Choć nad jego polityczną karierą wiszą czarne chmury, a wszyscy prorokują, że w poniedziałek pożegna się z partią i resortem, minister sprawiedliwości nie stracił dobrego humoru. Najpierw zaskoczył internautów filuternym "Nie lubię poniedziałków" w odpowiedzi na informację o tym, kiedy pozna partyjne wyroki. Później zwrócił uwagę także opublikowanym dementi. Dementuję plotkę, że w środę zakładamy partię z @RyszardKalisz. Panie Ryśku, Pan potwierdzi! ;-)- napisał, pokazując, jak absurdalna stała się dyskusja na temat jego przyszłości.

Pierwszorzędna propozycja

Wśród politycznego gwaru, ironii, złośliwości, docinków, przytyków i innych brzydkich rzeczy na Twitterze można spotkać też przykłady pięknej ludzkiej życzliwości. Są tacy, którzy wykorzystują ten portal nie tylko do krytyki, ale także do wyrażania swojego uznania. Niekwestionowany lider w tej kategorii to w tym tygodniu europoseł Marek Migalski, który przypomniał, że to nasza redakcyjna koleżanka ujawniła kompromitującą wpadkę resortu rolnictwa, która może nas wszystkich słono kosztować. Dzięki K. Szymańskiej-Borginion z @rmf_fm urzędnicy ministerstwa rolnictwa skapnęli się, że można walczyć o 400 mln. Powinna dostać 5% znaleźnego - napisał. Ciekawa koncepcja, dość powiedzieć, bardzo ciekawa. Kto wie, może gdyby tak innowacyjne rozwiązania pojawiały się w głowie pana europosła, to wkrótce nazywalibyśmy go już panem ministrem albo premierem?