Polski klub w starciu z Europą po raz kolejny odbija się od ściany. Tym razem padło na Legię. A nie tak dawno mistrz Polski stał u wrót Ligi Mistrzów. Wystarczyło nie dać plamy w rewanżu ze Steauą. Legia dała. I ruszyła lawina niepowodzeń.

REKLAMA

Piłkarze i trener Legii żyją w wirtualnym świecie. Po każdym przegranym meczu w LE z drużyny dochodziły głosy mówiące, że jesteśmy lepsi, potrafimy grać w piłkę, brakuje szczęścia, ale w końcu strzelimy gola, powalczymy o punkty. Rozumiem, że można tak mówić przed spotkaniem, bo w sporcie wszystko jest możliwe i nie można się dołować przed wyjściem na boisko. Ale jak można po czwartym z rzędu przegranym meczu powtarzać te same słowa?!

Z całym szacunkiem: kogo obchodzi, że Legia była lepsza? Piłkarska prawda jest bolesna - na boisku nie trzeba być lepszym, trzeba wygrywać. Tymczasem Jan Urban z lekkością stwierdza, że "nie można być tylko wynikowcem". Rozumiałbym, gdyby powiedział to trener Brazylii, która po efektownym meczu przegrała z Argentyną, dajmy na to, 4:5. Mógłby tak powiedzieć trener Hiszpanii, która mimo bajecznej gry uległa Niemcom 2:4. Ale trenera zespołu, który w czterech meczach nie zdobył żadnego punktu i żadnej bramki, nie rozumiem.

Od dawna uważam, że polska ekstraklasa jest tworem mocno przereklamowanym. Pozytywne rzeczy, które dzieją się w warstwie marketingowej i wizualnej, nie pociągnęły za sobą zmian merytorycznych, piłkarskich. Przynajmniej dostrzegalnych. Co z tego, że ekscytujemy się efektownym ligowym spotkaniem (bywają takie), skoro mając poważny punkt odniesienia w postaci rywali z Europy, czujemy się bezsilni... Fakty mówią same za siebie. Legia, najlepsza obecnie polska drużyna, mistrz kraju, w tym sezonie potrafiła pokonać tylko półamatorski zespół z Walii. Nie udało się pokonać Molde, nie udało się wygrać ze Steauą. A w LE lepsi od Legii są nie tylko Włosi, ale też Turcy i Cypryjczycy!!! O pardon, nie lepsi - właśnie gorsi, tyle że wygrywają...

Można czarować, że Legia dominowała, ale w dwumeczu jest 4:0 dla nas - podsumował Adrian Mierzejewski. Nic dodać, nic ująć.