Nie tak miał wyglądać ten tekst, te relacje do radia i atmosfera wśród Polaków na ulicach Moskwy. Niestety, po przegranym meczu z Senegalem trzeba było przełknąć gorycz porażki i nastawić się pozytywnie na kolejne mecze. O tym za chwilę. Zacznijmy od początku.

REKLAMA

Dziś porządna kawa. Nie mogło być inaczej - przed nami, Polakami tu w Moskwie bardzo ważny dzień. Nasza reprezentacja zagra pierwszy mecz na mundialu. Będziemy im kibicować i oczywiście liczymy na sukces. Trzeba być w pełni sił. Wtorek w stolicy Rosji był od rana trochę pochmurny. Przed południem nawet trochę pokropiło.


Na ulicy tuż obok hotelu spotykam pierwszych Polaków. Jeszcze ubranych "po cywilnemu". Spało się świetnie! Jesteśmy po śniadaniu, teraz idziemy trochę pozwiedzać. Plac Czerwony jest podobno blisko - mówią mi w krótkiej porannej rozmowie. Pytam też oczywiście o prognozowany wynik wieczornego meczu. Wygramy, o to jesteśmy spokojni. Dwie bramki to minimum. Najlepiej gdyby były trzy. No oczywiście, że Lewandowski strzeli - słyszę na pożegnanie.


Z tą pozytywną myślą ruszam do miasta. Idę razem z Łukaszem, wydawcą programów w RMF FM. Na początek sprawy przyziemne - trzeba kupić karty SIM z rosyjskim internetem. Stawki za usługi polskich operatorów mogą przyprawić o zawał. W kiosku tuż za Arbatem kupujemy rosyjskie gazety sportowe. Chcemy sprawdzić, co piszą o naszych.

Sowietskij Sport poświęca okładkę najważniejszej sprawie dla większości Rosjan - meczowi z Egiptem. Podobnie z resztą Sportowy Ekspres, który na okładce prognozuje porażkę gospodarzy mundialu. Pierwsza z gazet wspomina o Robercie Lewandowskim w rubryce "Anons Dnia". Czytamy w niej, że Lewy, który wystąpi na stadionie Spartaka, to jedna z największych gwiazd całego mundialu. Ekspres pyta z kolei, czy biało-czerwone barwy moskiewskiego stadionu przyniosą naszym szczęście...

Przegląd prasy robimy na schodach przed pomnikiem Fiodora Dostojewskiego, tuż przy budynku Moskiewskiej Biblioteki im. Lenina. Pobliskimi ulicami z każdej strony idą polscy kibice. Za 15 minut skrzyknęli się na nieoficjalnej zbiórce tuż pod murami Kremla, na placu Czerwonym. Przyjechaliśmy z Bojanowa w Wielkopolsce. Jest pięknie! Wypogodziło się, wszystko nam sprzyja! Wygramy dziś mecz - mówi nam Paulina. Ruszamy razem z kibicami.

Plac (Biało)Czerwony

Przed wejściem na plac Czerwony ogromne kolejki. Kibice z całego świata chcą zajrzeć do wnętrz okolicznych muzeów i galerii. Gęsto też pod pomnikiem generała Żukowa, pod którym wczorajszej nocy tańczyli Tunezyjczycy, a dziś skaczą Polacy.

Wejścia na plac Czerwony strzegą dziesiątki policjantek i policjantów. Każdy wchodzący na plac, musi przejść kontrolę bezpieczeństwa. W plecaku mam sprzęt do nawiązywania łączności radiowej. Tłumaczę, że nie żaden ładunek, że jestem dziennikarzem, pokazuję legitymację, ale muszę dać jeszcze policjantce do powąchania butelkę z wodą. Muszę być pewna, że nie ma tam żadnego alkoholu - informuje mnie młoda funkcjonariuszka. Żegnamy się z uśmiechami, a przede mną tłumy Polaków. Słyszę, że gdzieś tam w oddali śpiewają i tańczą nasi. Idę "na słuch" i w końcu trafiam na setki, albo i ze dwa tysiące osób w biało czerwone koszulki i akcesoria. To kibice znad Wisły, którzy skrzyknęli się w internecie. Umówili się na 13:00 miejscowego czasu.

Senegal tu, Senegal tam. Senegal nic nie zrobi nam - śpiewają. Jest mobilizacja świetna, chcemy tutaj być i kibicować. Damy radę. Powinniśmy sobie od początku ten mecz ustawić i powinniśmy trzy punkty wyciągnąć na spokojnie ­- słyszę od kibiców z Andrychowa. Nie trudno odnieść wrażenie, że cały plac Czerwony zapełnił się naszymi. Są pamiątkowe zdjęcia, dwukrotnie odśpiewany hymn narodowy, czas na wywiady dla mediów.

Oprócz nas zauważam też przynajmniej dwie telewizje z Polski, które badają nastroje naszych przed pierwszym meczem reprezentacji w tegorocznym mundialu. Po blisko godzinie kibice ruszają do stacji moskiewskiego metra. Ja tymczasem pędzę do hotelu, by wysłać materiał do redakcji. Internet znów spłatał mi figla. Z kibicami zobaczę się już na stadionie Spartaka.

Czarne chmury

Pech spotyka mnie zaraz po wyjściu z autokaru, którym docieram na Spartak Arenę zwaną też Otkrytje Areną. Z północnego zachodu nadciągają granatowe chmury. Wiem już, że nie wróżą nic dobrego. Przemakam do suchej nitki. Kontrolę bezpieczeństwa przechodzę w mokrym ubraniu i szukam bramy, którą wejdę na swój sektor.


Kibice zauważają żółto-niebieski mikrofon i sami chcą się podzielić pozytywnymi myślami. Dotarliśmy na stadion w dobrych nastrojach, idziemy teraz na trybuny. Panowie, to jest coś niesamowitego, cała ta atmosfera, całe te mistrzostwa - mówią zanim się pożegnamy. Czas zaczyna gonić. Do pierwszego gwizdka zostało 10 minut, wiem już, że na to, by cokolwiek przekąsić przed meczem, nie będzie czasu.

Nad przebiegiem meczu nie będę się rozwodził, bo niespecjalnie znam się piłkarskiej taktyce i technice. Doskonali są w tym moi koledzy z redakcji sportowej RMF FM, których relacji nie tylko dotyczących futbolu słucham z zaciekawieniem i podziwem. Zagorzali kibice sami z resztą wiedzą, co poszło nie tak...

W pamięci mam za to kilka czysto ludzkich obserwacji. Tak się złożyło, że siedziałem obok młodej mamy, której synek wyprowadzał jednego z polskich piłkarzy na murawę. Nie zapomnę jej szklących się od łez wzruszenia oczu, kiedy zobaczyła uśmiechniętego syna na wielkim telebimie. Nie zapomnę też taty, który bardzo przeżywał mecz, ale za każdym razem kiedy coś krzyknął w emocjach - tłumaczył swojej córeczce ze stoickim spokojem, co stało się na boisku i dlaczego trochę się uniósł. Dziewczyna za kilka lat będzie mogła pewnie każdemu wytłumaczyć, czym jest spalony.

Młoda mama, spokojny tata, ich dzieci i tysiące polskich kibiców krótko potem opuszczą stadion w smutnych nastrojach. W ataku nic nie pokazaliśmy. W pierwszej połowie w ogóle nic nie pokazaliśmy. Lewandowski w ogóle chyba ani razu nie był przy piłce - mówi rozczarowany kibic przy stadionie.


Jest też jednak nadzieja, że na kolejnym meczu, z Kolumbią - będzie lepiej. Z Kolumbią będzie bardzo ciężko, bo przegrała z Japonią. I dla nich i dla nas będzie to więc mecz o wszystko. Chciałbym, żebyśmy uniknęli naszego tradycyjnego trio, czyli mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor, ale zobaczymy. Na pewno będzie piekielnie ciężko - mówi kibic Łukasz, którego spotykam przy bramie. Czas wracać do centrum. Kierunek - stacja metra Kijevskaja.

Druga storna medalu

W metrze zauważam, że wbrew temu, co myślałem dotychczas - nie wszyscy w Moskwie żyją mundialem. We fioletowej linii metra widzę ludzi zafrasowanych swoimi codziennymi sprawami. Wracają z pracy, z uczelni, z zakupów. Słuchają muzyki albo czytają książki. Na czytnikach ebooków, żeby była jasność. Myślą pewnie o tym, co czeka ich jutro i o tym, czy mają cokolwiek w lodówce.

Wysiadam z metra i moją uwagę przykuwa zapach z ulicznego baru. Mają doskonale wyglądający kebab. Nie mogę sobie odmówić. Siadam w środku, na ścianie wisi telewizor, co poniektórzy w ogóle nie są zainteresowani grą. Starsza kobieta, która siedzi obok mnie, pyta: Synku, a kto to w ogóle dzisiaj gra w tę piłkę? Wszystko zmienia się po pierwszej i drugiej bramce. Ci, którzy byli zajęci tylko jedzeniem - wlepiają wzrok w ekran.

Po drugiej stronie ulicy, tutejszy dom handlowy wystawił dwa ogromne telebimy. Mecz Rosji z Egiptem ogląda na nich tłum moskwian. Nie mogę sobie odmówić rozmowy z nimi. Pytam, jak się im podoba mecz. Chwilę potem orientuję się, że trójka przyjaciół, do których podszedłem, bardziej niż futbolem jest zafascynowana fenomenem mundialu.


Jak są u nas te mistrzostwa, to ludzie się w końcu zaczęli uśmiechać. Nareszcie. Ja w ogóle się nie interesuję piłką, ale jak widzę to, jak dobrze oni grają, to naprawdę coraz mocniej trzymam kciuki i chcę, żeby wygrywali. Wierzę w to, że dojdą do finału - mówi mi młoda, filigranowa Rosjanka siedząca na murku. Jest z nią brodaty chłopak. Jak nasi dzisiaj wygrają, to Moskwa chyba pęknie ze szczęścia! My jesteśmy gotowi na świętowanie. Jedziemy zaraz potem na imprezę i będziemy się bawić do rana. Jutro trzeba do pracy, ale trudno. Takie mistrzostwa mogą się już więcej nie zdarzyć. No czegoś takiego to nikt się nie spodziewał. Jeśli oni strzelą jeszcze ze dwa gole, to już w ogóle będzie jak w bajce - mówi mi przy wyniku 2:1.


Rozmawiamy chwilę dłużej. Już poza mikrofonem słyszę jednak retoryczne pytanie, przesiąknięte obawą: Czy tak samo będzie, jak już wszyscy stąd wyjedziecie?