Osobisty lekarz Michaela Jacksona, oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci piosenkarza, twierdził, że chciał go odzwyczaić od zażywania silnego leku znieczulającego - wynika z upublicznionego nagrania. Król muzyki pop zmarł na skutek "poważnego zatrucia propofolem". Conrad Murray nie przyznaje się do winy. Jego obrońca twierdzi, że piosenkarz sam był winien swojej śmierci.

REKLAMA

Conrad Murray podczas przesłuchania twierdził, że piosenkarz był już uzależniony od propofolu, gdy zaczął się nim zajmować w maju 2009 roku.

Przyznał, że za namową Jacksona zaczął mu podawać lek. Robiłem to prawie codziennie - odpowiedział zapytany o częstotliwość aplikowania propofolu. Dodał, że trzy dni przed śmiercią piosenkarza próbował go odzwyczaić od leku. Chciałem, by zasną w naturalny sposób - mówił.

Wyjaśnił, że zmniejszył dawkę propofolu i zaczął podawać Jacksonowi inne środki uspokajające. Jednak w nocy z 24 na 25 czerwca 2009 r. piosenkarz, który przygotowywał się do występu w Londynie, nie mógł zasnąć. Seria koncertów miała odbudować karierę Jacksona, poważnie nadwerężoną w 2005 r. procesem o molestowanie seksualne dziecka, w którym go uniewinniono.

Powiedział mi: Muszę zasnąć, bo mam próby. Będę musiał je odwołać, bo nie mogę funkcjonować, jeśli nie śpię - relacjonował Murray.

W końcu kardiolog podał Jacksonowi propofol. Po zastrzyku piosenkarz zasnął. Podjąłem wszystkie środki ostrożności. (...) Potem poszedłem do toalety. Nie było mnie dwie minuty - powiedział Murrey. Gdy wróciłem, byłem zdumiony, że już nie oddychał - opowiadał lekarz.

Kochałem Jacksona, był moim przyjacielem. Chciałem mu pomóc - podkreślał.

Zdaniem prokuratury, Murray po podaniu propoful nie monitorował stanu Jacksona we właściwy sposób. Prokuratura, powołując się na opinie biegłych, twierdzi, że lekarz w ogóle nie powinien był podawać propofolu w warunkach domowych, gdyż środek ten można bezpiecznie stosować tylko w szpitalu.

Jeśli Murray zostanie uznany za winnego, będzie mu grozić do czterech lat więzienia.