Pokonanie trasy wokół dziesiątego szczytu Ziemi, czyli Annapurny (8091 m) w Himalajach na specjalnych, elektrycznych łazikach dla osób z niepełnosprawnościami - to cel poruszających się na wózkach Michała Worocha i Bartosza Mrozka. Do jego realizacji przygotowywali się 2,5 roku. Do Nepalu wylecą już pod koniec października, a swoje marzenie chcą zrealizować w 35 dni. Wielkim wyzwaniem będzie między innymi pokonanie przełęczy Thorung La (5416 m). "Pamiętam, że dla mnie na początku trudne było wyjechanie na studia do Poznania, ale krok po kroku kolejne rzeczy sprawiły, że teraz przygotowanie tej wyprawy traktowałem jako wyzwanie logistyczne, a nie walkę ze sobą, bo wiem, że jestem w stanie to zrealizować" - opowiada w RMF FM Michał Woroch. To podróżnik chorujący na rdzeniowy zanik mięśni (SMA). Za nim wyjazdy do Mongolii, Indii i na Spitsbergen, ale największe doświadczenie zdobył podczas wyprawy przez dwie Ameryki z Ziemi Ognistej na Alaskę. Wspólnie z także poruszającym się na wózku Maciejem Kamińskim przejechał tę trasę w 371 dni samodzielnie przebudowanym landroverem defenderem. "Pomysł na Himalaje powstał natomiast podczas urodzin Andrzeja Bargiela" - zdradza Woroch w rozmowie z Michałem Rodakiem.

REKLAMA

Michał Rodak: Jak zrodził się pomysł na twoją najbliższą wyprawę? To fascynująca historia, więc musisz ją opowiedzieć. Przez całe życie marzyłeś o tym, by wybrać się w Himalaje, czy też wydarzyło się to trochę przez przypadek?

Michał Woroch: Rzeczywiście nie jest tak, że przez całe życie marzyłem o Himalajach. Myślałem o tym, żeby kiedyś tam się znaleźć, ale na pewno nie projektowałem tego, że to się wydarzy jakoś szybko albo że w ogóle się wydarzy. W sumie tak zawsze było, że jak czegoś bardzo chciałem, to dochodziło do tych wypraw, a tym razem jest to po prostu przypadek. Po wyprawie przez dwie Ameryki zacząłem opowiadać o różnych podróżach - między innymi o tej ostatniej, amerykańskiej, ale też o Mongolii. Na jednym z festiwali podróżniczych spotkałem Andrzeja Bargiela, który powiedział, że mam wpaść do niego na urodziny. Pamiętam dobrze, że bardzo nie chciałem. Próbowałem mu jakoś odmówić. Powiedział mu: "Stary, my się w ogóle nie znamy", a na to: "Przyjedź, przyjedź. Tam spotkasz osoby, które musisz poznać". I nagle na tych urodzinach odwracam się od swojego stolika, patrzę na inny stolik i widzę mojego kolegę, którego znam od czasów, kiedy siadałem na wózek, czyli można powiedzieć 14-15 lat wstecz. Bartek mówi: "Co tutaj robisz?", a ja mówię: "Jestem na urodzinach. A co ty tutaj robisz?". Bartek też porusza się na wózku i on na to: "Jak jeszcze chodziłem, poznałem Andrzeja, więc przyjechałem mu złożyć życzenia". I tak od słowa do słowa, aż powiedział: "Dobrze, że jesteś. Ja zbudowałem takie łaziki elektryczne, którymi chodzę po górach"... Bartek jest z Zakopanego i zawsze się denerwował, że ktoś musi go ciągnąć po szlakach. Więc powiedział: "Zbudowałem takie łaziki. Zróbmy coś na tych łazikach. Skoro ty przejechałeś z Maćkiem dwie Ameryki, to może razem pojedziemy gdzieś w jakieś ekstremalne miejsce". Odpowiedziałem: "Skoro powietrze tutaj przesiąknięte jest Himalajami, bo w końcu jesteśmy na urodzinach u Andrzeja, który zjechał z K2 i jest pełno himalaistów, to spróbujmy w te Himalaje". Tak się urodził pomysł. Zaczęliśmy sprawdzać czy jesteśmy w stanie to zrobić i jaki szlak musimy wybrać. Tak krok po kroku dochodzimy do dzisiaj i jak wszystko dobrze pójdzie, to wkrótce zrobimy trekking dookoła Annapurny.

Dystans pełnej pętli wynosi około 230 kilometrów. Cały czas chodzi mi po głowie jedno pytanie i wam zapewne też: czy da się to na tych łazikach zrobić?

Tego nie wiemy. To są dosyć duże jednostki. Musieliśmy je zrobić na tyle szerokie, żeby się nie przewracały na trawersach. To są elektryczne jednostki, więc też wszystko zależy od tego, jak one się będą zachowywać w górach i w zimnie oraz od tego, jaką w ogóle spotkamy trasę po drodze. Ogólnie dla chodzącej osoby przejście trekkingu dookoła Annapurny nie jest jakimś dużym, nie wiadomo jakim wyzwaniem. Można się przygotować i to zrobić. W naszym przypadku trudnością są koła i niepełnosprawność, ale chcemy podjąć to wyzwanie. Długo się przygotowywaliśmy do tego, bo ponad 2,5 roku. Zbudowaliśmy mocniejsze jednostki niż te, które Bartek mi pokazał na początku.

Opowiedz o nich trochę więcej. Jak wyglądają te pojazdy?

Konstrukcja jest trochę jak z łazików marsjańskich. Mają cztery koła, każde napędzane elektrycznie. Mają bardzo dużą baterię, którą stworzyliśmy sami i w sumie to jest chyba najtrudniejszy element do przewiezienia do Katmandu. Teraz jest coraz więcej obostrzeń, które sprawiają, że ciężko wysłać jakiekolwiek baterie, ale jakoś udało nam się to rozwiązać.

By łatwiej było to sobie wyobrazić, wyjaśnijmy. To jest podobny napęd jak na przykład w rowerze elektrycznym?

Tak, na takich silnikach jak w rowerze elektrycznym, ale razy cztery i razy sześć albo osiem ilość prądu podawanego na te koła, więc to jest dosyć duża moc. Mają w sumie 10 kW, czyli dużo, dużo mocy. Robiliśmy testy. Udało nam się dotrzeć na tych łazikach szlakiem pod kolejkę do Pięciu Stawów, czyli pod tę metalową linę, która wwozi cały asortyment do schroniska. To był chyba taki największy test, jaki robiliśmy w Polsce. Dostaliśmy tam niezłe lanie, ale też zrozumieliśmy, że jesteśmy w stanie dużo zrobić. Mamy też jakieś alternatywy. Jeśli tam nie uda się przejechać przez pewne wąskie fragmenty trasy, to łaziki są tak zaprojektowane, że będziemy je rozkładać, a my się będziemy po prostu przesuwać czy też przejeżdżać w trochę inny sposób. Zaprojektowaliśmy takie, jak ja to nazywam, taczko-nosze z kołem. To też nam może pomóc przejechać przez wąskie ścieżki albo wąskie gardła, których nie da się pokonać na tych naszych łazikach himalajskich.

Jak wygląda cały wasz zespół? To nie będą tylko dwie osoby, czyli ty i Bartek. Będzie was więcej.

Tak. Poprzednie dwa takie duże wyjazdy robiłem z Maciejem Kamińskim - z moim przyjacielem, z którym przejechałem dwie Ameryki. To był taki wyjazd, że tylko we dwójkę to robiliśmy. Teraz z Bartkiem Mrozkiem stwierdziliśmy, że po prostu fizycznie nie jesteśmy w stanie zrobić tego tylko na dwa wózki, więc zaprosiliśmy do projektu jeszcze kilka osób. Pierwsza to Vytautas, z którym studiowałem na intermediach. Jest operatorem z Litwy. Jest Łukasz Lisowski - mój przyjaciel, który pracuje na wysokościach i jest konstruktorem, spawaczem, więc wiem, że jak nam odpadnie koło, to na końcu świata po prostu je przyczepimy razem. Jest też Bartosz Malinowski, który przeszedł Himalaje pieszo. Jest takim supportem logistycznym i też zna teren. Wie, którą ścieżkę wybrać i w jakim domu spać. Niedawno do projektu dołączyła też Eliza Kubarska, bo chcemy nakręcić film o naszej wyprawie. Oprócz Elizy będzie jeszcze operator, więc chcemy tam wyruszyć dosyć dużą grupą.

Trasę macie sprawdzoną bardzo dokładnie - metr po metrze i centymetr po centymetrze?

Oj tak, to jest dobre pytanie. Mamy wspaniałą sytuację. Proszę sobie wyobrazić, że przygotowujemy się do wyprawy 2,5 roku, a ja nie wiem jak wyglądają Himalaje, bo nigdy nie byłem w wysokich górach. Nagle sobie wyobrażam, że przejadę tam łazikiem elektrycznym i dostaję prezent od mojej przyjaciółki, od Magdaleny Jończyk, która kończy oprowadzać swoją grupę w Himalajach. Magda nagle idzie na nasz szlak, robi go w dwie strony, kładąc linijkę na ziemi i fotografując tę linijkę. Mamy więc sfotografowaną całą trasę w dwie strony. Jesteśmy dzięki temu bardzo dobrze przygotowani do tego, co chcemy zrobić, żeby po prostu zwiększyć bezpieczeństwo i prawdopodobieństwo sukcesu.

Wiadomo, że trudno to ocenić i wiele okaże się na miejscu, ale ile może Wam zająć realizacja tego planu? Ile spędzicie tam czasu i ile pochłonie najtrudniejszy moment na trasie, czyli wyjście na ponad 5000 metrów?

Tak, miejsce do którego chcemy dojść to jest przełęcz Thorung La - 5416 metrów nad poziomem morza. Przygotowujemy się fizycznie, żeby nie zapaść w chorobę wysokościową, ale tak naprawdę to się wszystko okaże na miejscu. Mamy zaplanowaną wyprawę na 35 dni od wylotu do powrotu do Polski. Jest to dużo czasu. Gdybyś ty albo ktoś z czytających, kto nie porusza się na wózku, wybrał się na tę pętlę wokół Annapurny, to możesz ją przejść w 16 dni, przy takim spokojnym przyzwyczajaniu się do wysokości, by nie przekraczać wyznaczonych pułapów i by aklimatyzacja przechodziła książkowo. My wyznaczyliśmy sobie trochę więcej czasu z racji tych łazików i tego, że czasami musimy po prostu wyjść wcześniej, by gdzieś dojść, a tam też dłużej zostać, by odpocząć. Całość wyliczyliśmy na 35 dni, więc długo.

Wspomnieliśmy już wcześniej, że to nie jest twoja pierwsza długa wyprawa. Najważniejszą, wymagającą najwięcej była podróż przez dwie Ameryki samochodem specjalnie przystosowanym dla dwóch osób poruszających się na wózkach. Jak ta twoja pasja się zaczęła?

Było tak, że jak usiadłem na wózek, to się załamałem. Chyba większość osób, która traci możliwości życiowe i funkcjonalne, może złapać jakiś problem. W moim przypadku jest tak, że mam wspaniałą rodzinę, wspaniałych przyjaciół, którzy pchali mnie do różnych rzeczy. Przyjaciele stwierdzili, że zabiorą mnie na krańce świata. Zaczęło się od Mongolii w 2008 roku. Ja jako niepogodzony wózkowicz nagle trafiam pod granicę z Rosją, gdzie muszę dotrzeć koleją transsyberyjską, a później samochodem, dalej konno i nagle jestem na jakimś płaskowyżu trzy dni drogi konno od najbliższego sklepu albo od najbliższej drogi, bo żaden samochód tam nie dojeżdżał. Tam zrozumiałem, że podróże i wyzwania, które sobie sami stawiamy, mogą naprawdę poszerzyć chęć życia i chęć do realizacji siebie. Tak się zaczęło. Po Mongolii był Spitsbergen, a później stwierdziłem, że fajnie byłoby pojechać z moim przyjacielem Maciejem Kamińskim, też poruszającym się na wózku, w trasę dookoła Europy. Później także było nam mało i 2,5 roku przygotowywaliśmy wyprawę, gdzie udało nam się przejechać z Ziemi Ognistej na Alaskę, a nawet trochę więcej, bo w sumie z Buenos Aires dojechaliśmy do Ushuaia, czyli najbardziej wysuniętego miejsca w Ameryce Południowej na południu i ruszyliśmy z Ushuaia w stronę Alaski, a z Alaski do Nowego Jorku. Ta podróż zajęła nam 371 dni. To było takie marzenie, żeby znaleźć się rok w drodze.

Byłem na gali Kolosów (jedne z najbardziej prestiżowych nagród podróżniczych w Polsce - przyp. red.) w Gdyni w 2019 roku, na której - właśnie za tę wyprawę - odebraliście nagrodę za Wyczyn Roku. Gdy oglądałem wtedy film z waszej podróży, nie mogłem uwierzyć, że dwóch facetów na wózkach, którzy specjalnie dostosowali do swoich potrzeb samochód, mogło zrealizować coś takiego. Ta wyprawa nie była dla was łatwa. To była nauka, która może zaprocentować podczas wyprawy wokół Annapurny? Wiele kryzysowych sytuacji, które teraz mogą się wydarzyć, już przeżyłeś i będziesz wiedział jak sobie z nimi poradzić.

Zdecydowanie. To działa krok po kroku. Nie da się od razu zdobyć jakiegoś bardzo wysokiego szczytu. Trzeba się do tego przygotować i nastroić tak, że jesteśmy w stanie to zrobić. Pamiętam, że dla mnie na początku trudne było wyjechanie na studia do Poznania, ale krok po kroku kolejne rzeczy sprawiły, że teraz przygotowanie tej wyprawy traktowałem jako wyzwanie logistyczne, a nie walkę ze sobą, bo wiem, że jestem w stanie to zrealizować. Wiem na co stać mój organizm i wiem co może być problemem. Po prostu wykonuję stopniowo cały plan, który sobie założyliśmy z Bartkiem i całą ekipą.

Robisz to przede wszystkim dla siebie, czy chcesz też pokazać innym niepełnosprawnym, że - mimo ograniczeń - można spełniać marzenia?

To jest trudne pytanie. Na pewno zaczęło się od tego, żeby uciec od niepełnosprawności. Później jak zacząłem się orientować, że to naprawdę potrafi dać niezłego kopa, to robiłem to już dla siebie. Teraz, jeśli mam okazję, to opowiadam wszystkim - nie tylko osobom z niepełnosprawnościami - o tym, że jeżeli naprawdę w coś wierzą, to warto w to pójść i robić to.

Kiedy czeka was wylot do Nepalu?

Bilety kupione, więc pod koniec października.