"Nie trzeba jeździć na K2 i Mount Everest, gdzie są liny rozwieszone od początku do końca. Można jechać na tereny zupełnie dziewicze, gdzie nikogo nie ma. Jest to kwestia wyboru. Ludzie, którzy teraz wchodzą na ośmiotysięczniki w ramach komercyjnych wypraw, już nie piszą historii alpinizmu. Oni piszą swoją historię" – tak o zmianach zachodzących w świecie gór opowiada Krzysztof Wielicki. W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem z nadzieją wypowiada się natomiast o młodych polskich wspinaczach działających w ramach programu Polski Himalaizm Sportowy. "Są świetnie przygotowani, świetnie się wspinają. Mam nadzieję, że pójdą naszymi śladami" – zaznacza.

REKLAMA

Michał Rodak: Podczas ostatniego festiwalu górskiego w Lądku Zdroju wybrał się pan z jego uczestnikami na wspólną wyprawę w góry. Zapisało się na nią prawie 300 osób. Jak pierwsi zimowi zdobywcy Everestu, którzy poprowadzili grupę, czyli pan i Leszek Cichy, spisali się na Śnieżniku?

Krzysztof Wielicki: My spisaliśmy się w miarę dobrze, ale mam dobrą wiadomość, bo bardzo dobrze wypadli prawie wszyscy uczestnicy. Był tylko jeden starszy pan, któremu niestety musiał pomóc GOPR, ale generalnie wszyscy byli w świetnej formie. Udało nam się rozdmuchać chmury i weszliśmy prawie bez deszczu, a miało być bardzo źle. Jak zwykle - to jest moje doświadczenie z wielu wyjazdów - w dół było dłużej. Nie wiem jak to się dzieje. Jak człowiek już jest na dole, to zawsze mówi: "To jest niemożliwe, że to nam zajęło tyle czasu". Dłużyło nam się to zejście, ale wróciliśmy na czas. Takie wspólne wycieczki to są bardzo ważne momenty. Nie chodzi tylko o to, żeby wyjść na ten przykładowy Śnieżnik, ale tam się toczy tysiące rozmów między uczestnikami, między mną i innymi... Każdy się tam dopiero poznaje i padają tysiące pytań, na które trzeba odpowiadać. Do tego 80 zdjęć - przed słupkiem, za słupkiem... Ale ja to bardzo szanuję i nigdy nie odmawiam. Lubię to. Jestem ekstrawertykiem i lubię ludzi. Czasem pytają: "Czy mogę zrobić sobie zdjęcie?", a ja mówię: "Proszę bardzo. Nawe tysiąc. Zróbcie, ile chcecie".

Czyli nie unika pan tego typu kontaktów.

Uważam, że człowiek jest stadną istotą i powinniśmy umieć żyć w tym stadzie. To stado to jest empatia, przyjaźń i idąc dalej - partnerstwo. Właśnie dlatego to wchodzenie na górę nie miało żadnego znaczenia. Znaczenie miało to, że spotkało się kilkadziesiąt osób, które mogły porozmawiać o wszystkim. Ludzie są bardzo ciekawi historii. Niektóre z tych osób rozpoznaję już z wielu poprzednich festiwali w Lądku, bo ciągle przyjeżdżają i ciągle chcą iść ze mną czy innymi na takie wycieczki. Wiedzą, że to okazja na dłuższe spędzenie razem czasu, bo na terenie festiwalu można co najwyżej się przywitać i zrobić zdjęcie. Tam jest natomiast inaczej. Trwało to 5-6 godzin, więc była okazja, by pogadać o wszystkim, ale też posłuchać zwierzeń różnych ludzi. Sam też lubię zapytać: "Skąd jesteś? Co robisz?". To są takie ludzkie zachowania.

Rozmawialiście o najwyższych górach i bieżących wydarzeniach z nimi związanych czy tylko o przeszłości? Jeśli chodzi o ostanie miesiące tych wartych uwagi wydarzeń nie było zbyt wiele i mogliście nie mieć o czym mówić.

Tak, było parę takich pytań, ale skracam wtedy moją wypowiedź do tego, że czasy się zmieniły. Nie trzeba jeździć na K2 i Everest, gdzie są liny od początku do końca. Można jechać na tereny zupełnie dziewicze, gdzie nikogo nie ma. Jest to kwestia wyboru. Oczywiście, jest teraz inaczej niż kiedyś, ale czasu nie zatrzymamy. Jest pewna różnica i starałem się to niektórym pytającym wyjaśnić, że ci ludzie, którzy teraz - może nie wszyscy, ale większość - wchodzą na K2 czy Everest w ramach komercyjnych wypraw, już nie piszą historii alpinizmu. Oni piszą swoją historię. Ktoś z nich wszedł na szczyt i zrobił sobie zdjęcie, ktoś nie, a ktoś inny zginął... To jest ich historia prywatna, a w naszych mediach górskich w ogóle takich rzeczy się nie odnotowuje, bo to nic nie wnosi do alpinizmu. To samo dotyczy także innych dyscyplin - nie tylko sportu, ale w ogóle życia,. Jeśli nie wnosi się nic nowego, to się nie pisze tej nowej historii. My, czyli moje pokolenie, byliśmy uprzywilejowani, że mogliśmy jeszcze tę historię pisać, aczkolwiek już byliśmy spóźnieni. Załapaliśmy się na końcówkę, ale z sukcesem.

Jakiś górski wyczyn zrobił na panu wrażenie w ostatnim roku czy czuje pan, że możemy mówić o takim momencie przestoju?

Nie, nie widziałem ostatnio takich sportowych osiągnięć - poza szybkimi wejściami na Broad Peak, gdzie szczyt zdobył chłopak z Francji (Francuz Benjamin Vedrines w lipcu wszedł na szczyt w 7 godzin i 28 minut - przyp. red.). Oczywiście to fakt, że miał tam wszystko przygotowane, ale jednak wszedł w 7,5 godziny. Ja się tam wspinałem 16 godzin, ale to było dawno, dawno temu. W tej kategorii rekordów można powiedzieć, że ludzie je biją, bo są lepsi, mają lepiej przygotowaną logistykę i te czasy wejść potrafią skracać, ale to też nie wnosi nic wielkiego. To tylko pokazuje, że można i że ktoś jest zdolny do tego, żeby tak szybko się wspinać. Nie zauważyłem więc, by ktoś w ostatnim roku wniósł coś wielkiego do alpinizmu światowego.

A jakie pana emocje wzbudziło bicie rekordu czasowego na K2, gdzie dwaj Nepalczycy - wspomagając się tlenem z butli - urządzili sobie wyścig z bazy na szczyt?

Myślę, że to nie powinno mieć miejsca. Pan jest z mediów, ale niestety muszę powiedzieć, że to jest trochę ich wina, bo uwypuklają takie sytuacje, które dla nas - dla ludzi wspinających się - są zupełnie nieważne. Takie są media i trzeba się z tym pogodzić, że szukają one takich informacji, które trochę zaszokują, a trochę wprowadzą coś nowego. Przeciętny słuchacz i widz chce dostać coś ciekawego i tego typu wejścia na tym się opierają. Tego typu wyścigi są różne, a dla alpinizmu nie mają żadnego znaczenia.

A jeśli chodzi o Polaków, możemy powiedzieć, że w ostatnich miesiącach coś się ruszyło? Trzeba na pewno docenić ubiegłoroczną, jesienną wyprawę eksploracyjną do Pakistanu, gdzie Adam Bielecki, Janusz Gołąb, Wadim Jabłoński, Michał Czech i Maciej Kimel zdobyli kilka sześciotysięczników.

Jest potencjał w tej grupie Polskiego Himalaizmu Sportowego, czyli młodych ludzi, którzy się wspinają. Ja im życzę jak najlepiej. Chciałbym, żeby jeszcze troszeczkę podwyższyli sobie poprzeczkę. Na razie to Andy, Peru i Hunza w Pakistanie, ale mam nadzieję, że pójdą dalej. Są świetnie przygotowani, świetnie się wspinają i są naprawdę świetnymi alpinistami, ale muszą jeszcze trochę utrudnić sobie wyzwania i mam nadzieję, że pójdą naszymi śladami. Teraz nie jest już tak łatwo pisać tę nową historię. Będzie im dosyć trudno, ale wierzę, że jeszcze kilka stron dołożą.

Zainteresowanie też na pewno będzie mniejsze, biorąc pod uwagę, że niższe szczyty nie przyciągają tak wielkiej uwagi.

Wracamy do mediów. Informacja, że ktoś wszedł na 6933 metry - czyli na szczyt, który z nazwy jest trudny do wymówienia - to przeciętnemu odbiorcy, który oczywiście interesuje się górami, mówi niewiele. Nadal pokutuje ta magia 8000 metrów, ale takie są media i moim zdaniem nie da się tego zmienić.

Śledzi pan trwającą wyprawę Andrzeja Bargiela i jego kolejną próbę zjazdu na nartach z Mount Everestu?

Śledzę go cały czas. Andrzej ma jeden problem - zaczął z górnej półki. Teraz mu jest trudno przebić ten pierwszy zjazd z K2. On powinien na końcu to K2 robić, a nie na początku. Mam nadzieję, że teraz mu się powiedzie, bo to już druga próba, jeśli chodzi o Everest. Ta góra nie jest jednak ciekawa do jazdy. Jest najwyższa, to prawda, ale pod względem zjazdowym jest gorzej. Trzeba to robić partiami, a później jest Icefall i trudno nim zjeżdżać, bo tam są szczeliny i drabiny. Nie wiem tylko, co będzie następne po tym, jak już zjedzie z Everestu. Chyba na Księżyc będzie musiał Jędrek pojechać albo zjechać na jednej narcie. To wszystko oczywiście żarty. Nie chcę umniejszać jego sukcesów i możliwości. Jest świetnym facetem.

W zeszłym roku rozmawialiśmy po premierze filmu "TO_BE" o pana historii, a jak się pan czuje teraz, kiedy ktoś gra Krzysztofa Wielickiego w produkcji fabularnej? Mam oczywiście na myśli "Broad Peak".

Właśnie podobno pan Łukasz Simlat dobrze mnie zagrał. Widziałem ten film na takim wczesnym pokazie...

I co pan o nim sądzi?

Można na to różnie spojrzeć. Miałem parę krytycznych uwag, ale zawsze, gdy w czymś brało się udział, to szuka się sytuacji, które mogą się nie zgadzać. Pierwsza, która mnie zaskoczyła, to ta, która pokazuje, że ja próbuję odwieść kolegów od pójścia na Broad Peak. Prawda jest taka, że mnie nie było wtedy w ogóle w bazie. Byliśmy w górach, gdy się dowiedzieliśmy, że Andrzej Zawada wysłał tam dwójkę ludzi. To jednak nie ma znaczenia, bo w filmie nie o to chodziło. To że ja wskazuję jakieś szczegóły i mówię, że tak nie było, się nie liczy. Film się broni i moim zdaniem będzie w szerokiej publiczności odebrany bardzo dobrze.

Ale pan też go tak odebrał, mimo tych drobnych zmian?

Na tym polega fabularyzacja. Scenarzyście pasowało, żeby pokazać tam taki mały konflikt. Powkładał trochę tych konfliktów, bo wtedy film staje się bardziej interesujący. To jest normalne. To nie jest dokument, a film fabularny powstały w oparciu o pewną prawdę. To nie jest film dla mnie, dla kolegów, którzy byli na tych wyprawach. To jest film dla szerokiej publiczności i myślę, że będzie dobrze przyjęty.

A wracając do Łukasza Simlata. Jak w takim razie odebrał pan jego rolę?

Ja odebrałem dobrze. Dobrze mnie zagrał. Ireneusz Czop grający Maćka Berbekę też dobrze wypadł.

Film na pewno odbije się na świecie szerokim echem. To może być dobre dla środowiska, że znowu będzie się mówić więcej o górach?

Myślę, że tak. Podobnie jak było po filmie "Everest" o Robie Hallu i tragedii z 1996 roku. Ta produkcja też się szerokim echem odbiła. Podobnie było też później z Alexem Honnoldem (dokument "Free solo" o jego wspinaczce zdobył Oscara w 2018 roku - przyp. red.). Dobrze, że taki film się pojawił.