Anders Hoegstroem, podejrzany o zlecenie kradzieży napisu z muzeum Auschwitz, mógł uniknąć aresztowania. Stałoby się tak, gdyby Szwed sam stawił się przed polskimi organami ścigania, złożył wyczerpujące wyjaśnienia i wpłacił 100 tysięcy złotych poręczenia majątkowego. Propozycję taką usłyszał na początku stycznia podczas telefonicznej rozmowy z prokuratorem prowadzącym śledztwo.

REKLAMA

Nie odpowiedział jednak na propozycję i wbrew ustaleniom nie skontaktował się ze śledczymi tydzień później. Dopiero wtedy prokuratura wystąpiła do sądu o jego aresztowanie na 14 dni, wydała za nim list gończy i na tej podstawie uzyskała od sądu Europejski Nakaz Aresztowania.

Potwierdzam, że taka rozmowa była, natomiast ze względu na dobro śledztwa odmawiam podania bliższych szczegółów - przyznał prowadzący śledztwo prokurator Piotr Kosmaty.

Tablica z historycznym napisem "Arbeit macht frei" znad bramy byłego obozu zagłady została skradziona nad ranem 18 grudnia 2009 roku. Napis odnaleziono kilkadziesiąt godzin później we wsi koło Torunia. Przestępcy pocięli go na trzy części. O udział w kradzieży podejrzanych jest pięciu Polaków. Z ustaleń prokuratury wynika, że działali na zlecenie pośrednika ze Szwecji, Andersa Hoegstroema. Krakowska prokuratura wydała postanowienie o przedstawieniu mu zarzutu podżegania do kradzieży napisu. Po uzyskaniu z sądu decyzji o zastosowaniu 14-dniowego aresztu śledczy wydali za mężczyzną list gończy, który jest podstawą do ENA.