Dawid Bratko - właściciel jednej z największych sieci sklepów z dopalaczami - został przewieziony do łódzkiej prokuratury, gdzie ma być jeszcze raz przesłuchiwany. Prokuratura ma czas do popołudnia, by wystąpić z wnioskiem o jego tymczasowe aresztowanie.

REKLAMA

Dawid Bratko, nazwany "królem dopalaczy", usłyszał zarzuty popełnienia dwóch przestępstw przewidzianych w ustawie o Państwowym Inspektoracie Sanitarnym. Chodzi o wprowadzenia do obrotu w dniach 3 i 6 października substancji określonych w sobotniej decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego. Prokuratura nie informuje, czy Dawid Bratko przyznał się do zarzucanych czynów.

Policja zabezpieczyła wczoraj towary w niektórych sklepach i magazynach należących do zatrzymanego.

Po południu minie 48 godzin od zatrzymania Dawida Bratki i do tego czasu prokuratura musi zdecydować, czy wystąpi do sądu o jego aresztowanie, czy też zostanie on zwolniony przy zastosowaniu tzw. wolnościowych środków zapobiegawczych.

Dawid Bratko został zatrzymany przez policję w środę po południu, gdy otworzył, zamknięty i zaplombowany wcześniej przez sanepid, jeden ze swoich sklepów w centrum Łodzi i zaczął sprzedaż. Został przesłuchany przez policję, która wniosła także o jego aresztowanie, a następnie przewieziony do śródmiejskiej prokuratury.

Ta zdecydowała, po przesłuchaniu, o przedstawieniu mu dwóch zarzutów z jednego z artykułów ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, który mówi, że "kto wbrew decyzji Państwowego Inspektora Sanitarnego produkuje, wprowadza do obrotu lub nie wycofa z rynku substancji, preparatu lub wyrobu, podlega karze grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do dwóch lat".

Dawid Bratko już we wtorek zapowiadał, że nie zgadza się z decyzją o zamknięciu sklepów i że w środę zacznie ponownie handlować dopalaczami. Utrzymuje, że jego straty z powodu zamknięcia sklepów wynoszą ok. 1 mln zł.

Pełnomocnik Dawida Bratko, mec. Bronisław Muszyński, we wtorek zapowiedział, że jeszcze w tym tygodniu złoży odwołanie od decyzji do Głównego Inspektora Sanitarnego, który w sobotę zadecydował o wycofaniu produktu o nazwie "Tajfun" i wszystkich podobnych do niego środków oraz o natychmiastowym zamknięciu wszystkich punktów, które je oferują.

Zapowiedział, że jeśli GIS nie uwzględni odwołania, na co będzie miał 30 dni, to sprawa zostanie skierowana do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Jeśli WSA uzna naszą rację, będziemy domagać się od Skarbu Państwa kilkunastu milionów złotych odszkodowania - powiedział.