Statystyk fińskich siatkarzy Oskar Kaczmarczyk chce, by jego zespół pokonał Polaków w meczu grupy D mistrzostw świata, ale podczas spotkań rodaków odzywa się w nim sentyment. "Jak wygrają fajną akcję, to się cieszę" - powiedział PAP były drugi trener biało-czerwonych.

REKLAMA

Polska Agencja Prasowa: Do sztabu reprezentacji Finlandii dołączył pan w sierpniu, kiedy od dawna było już wiadomo, że w fazie grupowej mistrzostw świata zmierzy się z Polakami. Były jakieś żarty ze strony znajomych ze środowiska siatkarskiego w związku z tym? Usłyszał pan np., że jest zdrajcą?

Oskar Kaczmarczyk: Ktoś rzucił określenie "saper". Chyba tylko to odnotowałem, poza tym dość neutralnie. Takie jest nasze życie, dziś jesteśmy tu, a czasem musimy być gdzieś indziej.

Wspominał pan w rozmowie z dziennikarzami, że w sobotnim meczu przeciwko biało-czerwonym emocje odłoży na bok i będzie skupiony na swojej pracy. A czy podczas śledzenia wcześniejszych spotkań rodaków serce zabiło mocniej w którymś momencie? Np. podczas hymnu?

Rzeczy związane z podjęciem tej pracy działy się tak szybko, że dopiero w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że będę w tym samym miejscu co Polacy. Sam się zastanawiałem, jak to będzie. Jeśli chodzi o hymn, to dotychczas byłem spokojny. Może trochę inaczej będzie jutro. Co do spotkań, to jestem tak mocno skoncentrowany na swojej pracy, że tych emocji też już jest mało, ale jak chłopaki wygrają jakąś fajną akcję, to się cieszę.

Jak pan ocenia dotychczasową postawę obrońców tytułu?

Wszystkich zmian nie mogę krytykować czy chwalić, ale statystykom rywali na pewno bardzo utrudniają one życie i to jest przy tym całym systemie dodatkowy atut. Podoba mi się postawa Polaków, taki żywioł, ogień. To, że przegrali partię z Kubą - i tu mój apel do wszystkich osób w kraju - prawdopodobnie wszyscy przegraliby takiego seta. Kubańczycy mają po prostu bardzo wysoki potencjał fizyczny i kiedy potrafią utrzymać go na dłużej niż dwie minuty, to zaczynają być naprawdę groźni dla wszystkich. Dlatego wszystkich przeciwników ekipy z Karaibów cieszy to, że nie potrafi ona grać równo przez całe spotkanie, a w tamtym secie naprawdę zagrała dobrze. Podobała mi się reakcja biało-czerwonych - choć czwartego seta przegrywali 4:8, to wygrali go do 14. Podoba mi się ich gra, ale na ocenę trzeba poczekać kiedy zagrają z Finlandią, Iranem i Bułgarią.

Przy opisywaniu gry Polaków jest pan szczególnie cenną postacią w sztabie Finów...

Do tej pory analizowaliśmy wszystkich przeciwników razem, a przy Polsce dostałem kartkę i polecenie "napisz". Koledzy ze sztabu porównywali opisane przeze mnie kierunki ataków biało-czerwonych podczas ich meczu z Kubą i dostałem wiadomość, że się zgadza. Co napisałem na tej kartce? Zajmowałem się indywidualnymi charakterystykami zawodników i było mi łatwo powiedzieć, co potrafią, bo ich dość dobrze znam. Ale ich poziom i jakość są naprawdę wysokie, więc to, że się wie, jak ich można zatrzymać nie znaczy, że to będzie łatwe do zrealizowania.

Jakie są elementy, w których najprędzej da się "ugryźć" Polaków? W kadrze jest trzech młodych przyjmujących...

Jest kilka elementów, np. przyjęcie, ale akurat ze względu na naszych zagrywających nie widzę tutaj aż takich możliwości. Bo Polacy przez wiele ostatnich lat byli bardzo mocni, o ile nie najmocniejsi jeśli chodzi o przyjęcie flota, a moja drużyna w większości zagrywa właśnie w ten sposób, więc już na starcie jest problem. Będziemy próbować różnych wariantów taktycznych. Zobaczymy, w jakim składzie wystąpi zespół Vitala Heynena.

Odgadnięcie wyjściowej "szóstki" w przypadku Belga jest niełatwym zadaniem...

Ja już mniej więcej zaczynam łapać rytm tych wszystkich decyzji, więc myślę, że w 80 procentach co najmniej trafię.

Jakie są mocne strony "Suomich"?

Ciężko je teraz zdefiniować, bo drużyna jest w fazie przejściowej. Mamy bardzo duże zmiany na przyjęciu. Za sprawą kontuzji i rezygnacji z gry w kadrze zespół wygląda inaczej. Na niektórych pozycjach są bardzo doświadczeni zawodnicy, a na innych bardzo młodzi i to powoduje, że mamy mocniejsze strony, ale i dużo braków, które w meczach z drużynami na bardzo wysokim poziomie może być widać.

Polscy siatkarze jako główny atut Finów wymieniają rozegranie...

Dwaj rozgrywający to najbardziej doświadczeni zawodnicy w tym zespole. Eemi Tervaportti poprzedni rok spędził w Polsce, więc jest dobrze znany. Jest też 40-letni Mikko Esko, który powoli kończy karierę. To są kluczowi siatkarze, ale mamy bardzo młodych graczy na przyjęciu. W meczu z Bułgarami wystąpili 19- i 22-latek. Widać było, że brakuje im ogrania i dojrzałości boiskowej. Ale z drugiej strony to pozytywny aspekt w kontekście przyszłości - za dwa-cztery lata będą oni bogatsi o te doświadczenia.

- Usłyszałem, że obecna drużyna to najsłabiej grająca reprezentacja Finlandii od wielu lat. Może tak jest, ciężko mi ocenić, bo za mocno jestem zaangażowany w proces jej szkolenia i budowania taktyki. Finowie może nie są czołówką światową i może nigdy nią nie będą, choćby ze względu na problem z populacją. Jest ich pięć milionów, z czego trzy mln gra w hokeja na lodzie albo biega na nartach, a siatkówka jest gdzieś na dalszym planie. Ale bardzo mi się podoba ich idea rozwoju. Brali udział w czterech ostatnich mistrzostwach Europy z rzędu, więc to nie pierwszy szereg, ale też nie jest anonimowa drużyna.

Gdyby udało im się pokonać w sobotę obrońców tytułu, to w kraju zapanowałoby święto?

Finowie bardzo twardo stąpają po ziemi i nawet zwycięstwo nad Polską 3:0 w każdym secie do 15 nie zmieni ich postawy. Będzie wielka radość, ale bez przesady. Naszym celem jest awans do drugiej rundy, a zwycięstwo z Polską chyba by nam to gwarantowało, więc tym bardziej byłoby to "coś".

Smaczku sobotniemu spotkaniu dodaje fakt, że jeszcze rok temu był pan asystentem Ferdinando De Giorgiego. Włoch oraz cały jego sztab został zwolniony przez PZPS po słabym występie w mistrzostwach Europy. Zwycięstwo Finów dałoby panu ze względu na to dodatkową satysfakcję?

Wiele o tym myślę, bo byłem o to już nieraz pytany. Tak najbardziej po ludzku byłoby pomyśleć: "Pokazałbym im, że się mylili". Ale to jest moja rodzina, ta drużyna przez dziewięć lat była częścią mojego życia. I mimo że teraz jestem po drugiej stronie barykady, to życzę im jak najlepiej. Chciałbym ich pokonać, bo każdy mecz chciałbym wygrać. Więc są tu dwa skrajne bieguny. Jest mi żal, że nie mogliśmy kontynuować naszej pracy z zeszłego roku, ale nie jestem zły na reprezentację Polski. To nie jest jakaś zadra w moim sercu, że teraz będę rzucać jej kłody pod nogi, żeby jej się nie udało.

Wszystkie zespoły z grupy D mieszkają w jednym hotelu. Mija się pan często z Polakami?

Hotel jest tak przeogromny, że ciężko o to, ale zdarzy się, że się spotkamy na korytarzu. Życie na turnieju polega na tym, że każdy żyje swoim rytmem. Ze dwa razy się spotkaliśmy, ja szedłem, a chłopaki albo trenerzy byli na kawie. Staram się umówić na kawę z Michałem Gogolem (drugim trenerem Polaków - PAP), ale jeszcze się nam nie udało i podejrzewam, że już się nie uda, bo albo ja mam wolną chwilę, a chłopaki są na treningu, albo odwrotnie.

Finowie udział w MŚ zaczęli w niedzielę, a na kolejne spotkanie czekali aż do piątku. Niełatwo chyba było z wypełnieniem czasu przez tyle dni oczekiwania?

Ja akurat miałem dużo roboty, a co do zawodników to jest taki trochę absurd całej sytuacji. Jesteśmy w hotelu nad morzem, z 10 basenami, zjeżdżalniami i mieliśmy mnóstwo czasu, którego tak naprawdę nie mogliśmy spożytkować. Chłopaki chyba chodzili po ścianach i zastanawiali się "za jakie grzechy?". To beznadziejne czekać praktycznie cały tydzień na drugie spotkanie. Zwłaszcza że pierwsze przegraliśmy i nastroje były średnie. Można powiedzieć, że teraz ponownie zaczęliśmy turniej, bo już nie pamiętam właściwie, co się wydarzyło w meczu z Bułgarią.

W minionym sezonie klubowym, przyjmując ofertę pracy w greckim Foinikas Siros, zadebiutował pan w roli pierwszego trenera. Podobno elementem drogi na mecze była 3,5-godzinna podróż promem...

Samo miejsce jest dość specyficzne, bo wyspa na środku Morza Egejskiego i te podróże promami to była rzecz wyjątkowa. Z jednej strony to było fajne, ale z drugiej bardzo uciążliwe, bo często musiałem rezygnować z treningu na rzecz podróży promem. Ciężko się chwalić samemu, ale jestem zadowolony z wyniku. Zajęliśmy trzecie miejsce, co było celem klubu. Przyszedłem w bardzo trudnym momencie, ale udało się to wszystko poukładać, więc debiut zaliczam do udanych.

W Warnie rozmawiała Agnieszka Niedziałek.


(nm)