"Wiem, jak wyglądają wydmy, mam dużą wiedzę, jak się ścigać po pustyni - mogę to wykorzystać w samochodzie" - mówi w rozmowie z RMF FM Jakub Przygoński. Doświadczony motocyklista w zbliżającym się Rajdzie Dakar zadebiutuje za kierownicą samochodu. Początek pustynnego klasyka 2 stycznia.

REKLAMA

Maciej Jermakow: Podczas przygotowań do Dakaru ani razu nie żałowałeś, że wybrałeś samochód?

Jakub Przygoński: Musiałem wybrać: albo będę dalej aktywnym sportowcem i będę walczył o czołowe lokaty, albo zostanę przy motocyklu, na którym nie czułem się już tak pewnie. Moja kontuzja, złamany kręgosłup, trochę mnie niestety spowolniła. A na takim poziomie każde zawahanie oznacza wolniejszą jazdę, a to przekłada się na gorszy wynik. Więc nie miałem wyboru. A że wiem, jak wyglądają wydmy, mam dużą wiedzę, jak się ścigać po pustyni, to mogę to wykorzystać w samochodzie.

W aucie kontuzji nie odczuwasz?

Miałem duży stres w związku z tym, ale na szczęście pozycja za kierownicą jest na tyle wygodna, że plecy mnie w ogóle nie bolą. Bałem się, że będzie inaczej...i co ja bym wtedy zrobił.

Boisz się trochę tego nowego dakarowego wyzwania?

Jadąc na Dakar jako motocyklista wiedziałem czego się spodziewać, wiedziałem jaką mam prędkość. Teraz do tego dochodzi duża niewiedza. Wiele rzeczy będzie mnie zaskakiwało, bo nie mam wyszkolonych wszystkich elementów - tego się po prostu nie da zrobić.

Jest jakaś jedna, największa niewiadoma?

Współpraca z pilotem. Bo tego najtrudniej się nauczyć, nie da się tego przećwiczyć na sucho na treningu, tak naprawdę musimy uczyć się w stresie, na zawodach

Ile przejechaliście już razem kilometrów?

Ok. 2500 kilometrów. Dakar ma jednak 9 tysięcy, więc jeszcze potrzebujemy tego wspólnego doświadczenia.

Z pilotem trzeba się lubić?

Na pewno trzeba się szanować i lubić, ale znam różnych zawodników, którzy mają na różnych poziomach to połączenie. Można być przyjaciółmi i profesjonalistami, ale można też tylko wsiadając do samochodu się zazębiać. Ja ciągle się tego uczę i nie wiem, co jest idealną drogą.

Ale już w pełni zaufałeś pilotowi?

Tak, muszę mu ufać. Jedziemy prawie 200 kilometrów na godzinę po pustyni. Jego błąd może spowodować, że w złym momencie zahamuję i będzie niebezpiecznie. Jeżeli on mówi w prawo - nie mogę jechać prosto, muszę się go posłuchać.

Musiałeś się też uczyć budowy samochodu...

Byłem na takim szkoleniu z moim zespołem. Uczyliśmy się wymiany podstawowych elementów, jakie mamy w samochodzie. Na przykład koła zapasowego, bo gdy złapiemy kapcia, trzeba to szybko zmienić. To współpraca dwóch osób: Andriej (pilot - przyp. red.) musi odkręcić koło, ja wyciągam zapasowe, wymieniamy się, ja pakuję koło, on przykręca nowe i ruszamy. To da się zrobić w 1,5 minuty.

Czyli normalnie ze stoperem robiliście te próby?

Wiele, wiele testów ze stoperem. Wymiana półosi zajęła nam chyba 6 minut, więc to dobry wynik. Ale tam były sterylne warunki, było czysto, był garaż bez piasku, pustyni i rozgrzanego samochodu. W boju to jest oczywiście dużo trudniejsze.

Stawiasz sobie jakiś konkretny cel na ten rajd?

Celem rozsądnym jest próba wygrania w klasie debiutantów. Chociaż mamy mocnych przeciwników, bo pierwszy raz w Dakarze jadą też Loeb czy Hirvonen - to są gwiazdy rajdów płaskich. Ale oni pustynnego doświadczenia mają dużo mniej. Liczę na to, że ja łatwiej się zaadoptuje w jeździe samochodem, niż oni zdobędą wiedzę "pustynną".

Twoi bliscy w związku z debiutem w samochodzie będą mieli więcej nerwów? Czy wręcz przeciwnie?

Cała moja rodzina w tej chwili stresu będzie miała dużo mniej, bo motocykl jest dużo bardziej niebezpieczny niż samochód. Dakarowe auta są takimi "czołgami", choć oczywiście to są zawody ekstremalne, jedziemy bardzo szybko i też na dużej granicy. Ale jednak trochę wszyscy odetchnęli.

(j.)