Mimo że większość głosujących w niedzielnym referendum opowiedziała się za jednomandatowymi okręgami wyborczymi, to jednak ciężko orzec, co Polacy tak naprawdę o JOW-ach sądzą - uważają eksperci. Według nich, 50-procentowy próg frekwencji zniechęcił przeciwników JOW-ów do głosowania. Ostatecznie - jak poinformowała Państwowa Komisja Wyborcza - frekwencja wyniosła zaledwie 7,80 procent, co oznacza, że referendum nie jest wiążące. Na pytanie dotyczące wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu "tak" odpowiedziało 78,75 procent głosujących.

REKLAMA

Politolog z Uniwersytetu Warszawskiego Olgierd Annusewicz podkreślił w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że na podstawie wyników referendum trudno tak naprawdę stwierdzić, co Polacy sądzą na temat wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu. A to dlatego, że konstrukcja referendum jest obarczona wadą - jego wynik jest wiążący wtedy, gdy weźmie w nim udział co najmniej połowa uprawnionych do głosowania. To powoduje, że obywatel, który sprzeciwia się jakiemuś rozwiązaniu i głosowałby na "nie" w odpowiedzi na pytanie referendalne, ma większe szanse na osiągnięcie swojego celu nie idąc głosować - wyjaśnił Annusewicz. Można powiedzieć, że jeśli ktoś jest zwolennikiem JOW, to prawdopodobnie wziął udział we wczorajszym referendum i zapewne oddał głos na "tak". Przeciwnicy, w większości, zostali w domach - ocenił i podkreślił: My głosujemy także nie idąc do wyborów. Zastrzegł, że są oczywiście i tacy wyborcy, którzy chodzą do urn z obywatelskiego obowiązku, ale frekwencja w tym referendum pokazała, że są oni w mniejszości.

Annusewicz zauważył również, że z rezultatów referendum wynikałoby, że zwolennicy JOW-ów stanowią od 6 do 7 procent wyborców, ale takie szacunki obarczone są bardzo dużym ryzykiem. Trudno jest powiedzieć, jaka była mobilizacja wśród zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych i jaka ich część poszła zagłosować - zaznaczył.

Socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego dr Jarosław Flis zauważył natomiast, że przeciwko zaangażowaniu obywateli w referendum działał "cały splot okoliczności". Ogólnopolskie partie w tym czasie zainteresowane były układaniem list na wybory parlamentarne, dlatego ich kampania referendalna była żadna. Nie widać było, by ci, którzy mieli zmiany przegłosować w Sejmie, podejmowali inicjatywę i uwiarygadniali swoją aktywnością możliwość wprowadzenia zmian. Wyborcy tych partii widząc, że ich siła polityczna nie angażuje się w referendum, sami stwierdzali, że nie warto się tym interesować - ocenił.

Zdaniem Flisa, nawet stanowiska partii w kwestii jednomandatowych okręgów wyborczych nie były do końca klarowne. Dwie główne partie miały w zasadzie podobne stanowisko: PO była "za", bo opowiadała się za systemem niemieckim, PiS był przeciw, bo opowiadał się za systemem niemieckim - skomentował socjolog. We wspomnianym przez niego systemie niemieckim połowa mandatów przydzielana jest zgodnie z systemem proporcjonalnym, zaś połowa deputowanych pochodzi z wyboru w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Również Flis uważa, że 50-procentowy wymóg frekwencji to "fatalny błąd" w konstrukcji referendum. Ci, którzy zmian nie chcą, nie głosują, bo oddanie głosu mogłoby oznaczać de facto poparcie rozwiązania, któremu się sprzeciwiają - gdyby swoim głosem na "nie" przyczynili się do przekroczenia progu frekwencji w głosowaniu, w którym większość głosowała na "tak". Logiczne jest więc, że przy tej konstrukcji referendum ludzie nie chcą głosować - skomentował socjolog. Zwrócił przy tym uwagę, że przeciwne JOW-om PSL nie agitowało za głosowaniem na "nie", lecz po prostu zniechęcało do udziału w referendum.

(edbie)