Paweł Dunaj i Marek Klonowski mają już za sobą pierwszy etap podróży pod K2 razem z członkami międzynarodowej zimowej wyprawy, której liderem jest Bask Alex Txikon. Polsko-baskijski zespół wyruszył rano z miasta Skardu do Askole, skąd już jutro himalaiści mają rozpocząć trekking do bazy pod ostatnim niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. "Startowaliśmy z poziomu 0, a baza jest na ponad 5 tysiącach metrów nad poziomem morza, więc aklimatyzację będziemy przeprowadzali wolno. Około tygodnia będziemy szli do bazy - na spokojnie, żeby się zaaklimatyzować" - mówił jeszcze ze Skardu Paweł Dunaj w specjalnym łączeniu z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem.

REKLAMA

Michał Rodak: Za wami droga z Islamabadu do Skardu, teraz ruszacie do Askole. Później czeka was już trekking do bazy pod K2...

Paweł Dunaj: Tak, wyruszamy do Askole. Dotrzemy jeszcze we wtorek, więc najwcześniej wyjdziemy na szlak w środę, a ponieważ idą z nami trekkersi, to tempo nie będzie zabójcze. Poza tym wszyscy praktycznie startowaliśmy z poziomu 0, a baza jest na ponad 5 tysiącach metrów nad poziomem morza, więc aklimatyzację będziemy przeprowadzali wolno. Około tygodnia będziemy szli do bazy - na spokojnie, żeby się zaaklimatyzować.

A jak minęła długa, wielogodzinna podróż do Skardu?

Marek Klonowski: To był taki wstępny sprawdzian ze sztuki cierpienia, ale bez minusowych temperatur... Może bardziej ze sztuki cierpliwości, bo to było 30 godzin jazdy - bardzo przyjemne, po dziurach, ale było parę przystanków. Hiszpanie są bardzo pozytywni, więc podróżuje się super. Mają ukulele, na którym przygrywają. Tak jechaliśmy, jechaliśmy, aż dojechaliśmy już w nocy.

PD: Ekipa jest ogólnie śmieszna. Jest na razie piętnastu Hiszpanów i pięciu porterów, z czego ośmiu lub dziewięciu Hiszpanów wraca, bo to są trekkersi. Tylko dochodzą do bazy spędzają z nami 2-3 dni i wracają. Są też 4 dziewczyny. Jest śmiesznie, sympatycznie, wesoło i myślę, że tak będzie do końca.

Z liderem wyprawy Alexem Txikonem też szybko złapaliście wspólny język? Jak was przyjął?

PD: Z Alexem, naszym szefem i organizatorem wyprawy, jest mega sympatycznie. Wyobraź sobie, że nigdy nie widziałem go na oczy, a Marek widział się z nim tylko na festiwalu górskim w Lądku. Od razu, jak spotkaliśmy się w hotelu w Islamabadzie, rzucił się do nas, zaczął nas przytulać. Wszyscy są otwarci, a Alex to niezły jajcarz.

Mieliście już okazję spotkać się z członkami rosyjsko-kazachsko-kirgiskiej wyprawy, która także pojawi się pod K2. Okazało się, że z jednym z nich - Romanem Abildajewem już się znacie...

PD: Wydaje się, że z nimi też będzie dobrze. Z Romanem poznaliśmy się od razu, bo 9 lat temu wspinaliśmy się na Chan Tengri i nawet ratowaliśmy jednego Polaka, którego łapała choroba wysokościowa. Podczas takiej całodniowej akcji ratunkowej można się nieźle poznać, a potem - ponieważ byłem sam - w bazie była okazja, by spędzić razem rozmawiając, gadając praktycznie 3-4 dni. To bardzo sympatyczne spotkanie po tylu latach. Od razu mnie poznał, nawet Marka kojarzy, a byliśmy wtedy o tyle specyficzni i rozpoznawani, że wszyscy wiedzieli, że przyjechaliśmy do Kirgistanu z Polski motocyklami.

Poznaliśmy się też z Miszą, Saszą, Artiomem i wydaje się, że będzie sympatycznie w bazie. Tym bardziej, że będzie wspólna kuchnia, mesa, a Rosjanie to mega przyjaźni i otwarci ludzie.

Za wami też ostatnie kompletowanie sprzętu...

PD: Tak, byliśmy wczoraj na zakupach. Ze sprzętu, który zostawiliśmy 2 lata temu po wyprawie na Nanga Parbat, dotarły tylko Marka buty, rakiety, czekan, karabinki, ogólnie ciężki sprzęt i Marek miał tylko jeden śpiwór, z którym przyjechał. Biegaliśmy więc po Skardu i kupiliśmy trzy używane śpiwory puchowe armii pakistańskiej i karimaty.

Marek musi jeszcze przed końcem stycznia przelać ostatnią transzę za swój udział w wyprawie. Jeśli nie, będzie musiał wrócić z porterami, którzy przyjdą do bazy z naukowcem odpowiedzialnym za przeprowadzenie badań.