"Wprowadzamy ograniczenia, bo chcemy by liczba zachorowań spłaszczyła się jak najszybciej; wierzymy w odpowiedzialność obywateli; nie chodzi o to, żeby nakładać sankcje, tylko by niwelować zagrożenie epidemiczne" - powiedział w TVN24 rzecznik rządu Piotr Müller.

REKLAMA

Rzecznik rządu pytany o kolejne ograniczenia wprowadzone przez rząd w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa podkreślał, że są one wprowadzane "od razu gdy jest taka konieczność". Dlatego faktycznie chcemy, by ta liczba zachorowań spłaszczyła się, a tym sposobem jest m.in. ograniczenie przemieszczania się. To wszyscy epidemiolodzy, wirusolodzy wskazują, że najłatwiejszym sposobem zarażenia się jest właśnie duża częstotliwość kontaktu, dlatego chcemy ją ograniczyć - tłumaczył.

Na uwagę, że rząd wprowadzając wcześniejsze ograniczenia przekonywał, że ich efekty będą widoczne po ok. 10 dniach, a teraz wprowadza kolejne, rzecznik odpowiedział: one przyniosły bez wątpienia efekt, dlatego że inaczej ta krzywa zachorowań byłaby wiele większa, to znaczy więcej osób by zachorowało. Natomiast widzimy rozwój sytuacji w Europie Zachodniej i dzięki temu możemy też reagować z pewnym wyprzedzeniem - przekonywał Piotr Müller.

Do kiedy ograniczenia?

Rzecznik rządu pytany czy ograniczenia mogą trwać dłużej niż do świąt wielkanocnych, odpowiedział: "takie założenia zawsze trzeba czynić, ale z wyprzedzeniem blisko trzech tygodni trudno powiedzieć, jak będzie wyglądała sytuacja w kraju".

Pamiętajmy o tym, że nam wszystkim zależy, aby powoli wracać do normalności, ale oczywiście takiej gwarancji w tej chwili nie damy. Natomiast chcielibyśmy, żeby tak się stało, żeby ta krzywa zachorowań zmalała. Żeby w tym czasie też te nawyki dotyczące mniejszej liczby kontraktów były nie tylko formalne, ale również faktyczne i żeby to dało efekt - powiedział.

Müller zaznaczył, że nikt "odpowiedzialny nie jest w stanie tej chwili jednoznacznie na pewno powiedzieć, czy da to taki efekt, jaki byśmy chcieli, czyli od razu zmniejszenie całościowe krzywej zachorowań". Na pewno zmniejszy się liczba osób, która byłaby zakażona w porównaniu do tego, jakby tych ograniczeń nie było - podkreślił rzecznik rządu.


Piotr Müller był też pytany o ewentualną weryfikację przez służby stosowania się do nowych ograniczeń. To jest zagrożenie śmiertelne dla nas, dla naszych rodzin, bliskich, dla tych których spotykamy na ulicy. Po to jest to wprowadzone - odpowiedział.

Te przepisy są wprowadzone nie dlatego, żeby kogoś karać, tylko dlatego żebyśmy my wspólnie podjęli odpowiedzialność za siebie i za innych. Liczymy, że policja nie będzie musiała podejmować interwencji, a jeżeli będzie podejmowała, to głównie wobec przypadków zbiorowego gromadzenia się, a nie pojedynczo spacerujących osób, bo to zagrożenia nie stanowi, dopóki nie ma bliskiej odległości, dopóki nie pojawiamy się w grupach - mówił Müller.

Dlatego też nie spodziewajmy się tego, że będziemy teraz legitymowani na ulicy i pytani o to, czy idziemy do pracy czy nie, bo wierzymy w odpowiedzialność obywateli. To nie chodzi o to, żeby nakładać sankcje, tylko chodzi o to, żeby niwelować zagrożenie epidemiczne, a to zagrożenie jest niwelowane jeżeli się nie gromadzimy w grupach, jeżeli zachowujemy odpowiednie odległości - dodał.

Rzecznik rządu był też pytany o kwestię zbliżających się świat powiedział, że w związku z sytuacją "apelujemy o to, aby w okresie świątecznym, jeżeli to możliwe, nie gromadzić się w większych skupiskach". Nie jeździć do rodziny, której się nie widziało wiele miesięcy, dlatego że my możemy tę rodzinę w ten sposób narazić. Możemy narazić swoich dziadków, rodziców na to, że zostaną zarażeni - mówił.

Piotr Müller odniósł się też do pytanie jak samorządy mają egzekwować nowego ograniczenia, m.in. jeśli chodzi o liczbę osób w komunikacji miejskiej. Oczekiwałbym - i myślę, że wszyscy obywatele, wszyscy mieszkańcy poszczególnych miast - że i bez tego rozporządzenia takie restrykcje byłyby wprowadzone - stwierdził.

Są ogólne wytyczne, więc zakładam, że samorządowcy są odpowiedzialni i już wcześniej - przynajmniej część z nich - wprowadziła takie rozkłady jazdy, żeby nie było tłoku w autobusach i że to nie jest zaskoczeniem, że takie wymogi wprowadzamy. Wynika to po prostu z sytuacji, która panuje, czyli odpowiedzialność nawet bez wytycznych rządu powinna być taka, żeby zapewnić jak najlepsze warunki transportu publicznego, aby nie narażać ludzi na zakażenie - ocenił Müller.