Komisja Europejska wstrzymuje oddech przed brytyjskim referendum. Jak donosi dziennikarka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon, Bruksela dosłownie została sparaliżowana obawą przed wygraną zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W razie brytyjskiego „nie” dla UE planowane jest nadzwyczajne, kryzysowe posiedzenie Komisji Europejskiej.

REKLAMA

Unijni komisarze mają odgórny zakaz wypowiadania się na temat Brexitu i nie będą mogli komentować wyników referendum aż do ogłoszenia w piątek przed południem oficjalnego rezultatu.

Samo słowo Brexit jest w KE zakazane. Rzecznicy nie mogą go wymawiać publicznie. Używane są więc zamienniki jak "referendum w Wielkiej Brytanii", czy "sytuacja na Wyspach".

Ostrożności słownej towarzyszy także decyzyjny paraliż. Odwołuje się niektóre imprezy czy spotkania mogące sugerować, że Bruksela zbytnio miesza się w wewnętrzne sprawy unijnych krajów. Chodzi o to, żeby nie dać dodatkowych argumentów przeciwnikom członkostwa Wielkiej Brytanii we Wspólnocie (z tego powodu KE nie zajmie się w najbliższych dniach kwestią Trybunału Konstytucyjnego w Polsce).

"Nie mogłem mówić o turystyce, bo niedobrze by było gdyby Brytyjczycy dowiedzieli się, że zajmujemy się także turystyką" - jeden z urzędników KE ilustruje w ten sposób histerię, która zapanowała w Brukseli.

W razie negatywnego wyniku brytyjskiego referendum Komisja Europejska szykuje nadzwyczajne, kryzysowe posiedzenie w niedzielę.

Początkowo planowano je na piątek, jednak KE chce mieć jednak więcej czasu na refleksję. Dwa dni później, we wtorek odbędzie się - planowany już wcześniej - szczyt przywódców Unii, który w wypadku brytyjskiego "nie" poświęcony będzie pytaniu "co dalej".

W przypadku brytyjskiego "nie" Bruksela najpierw będzie chciała uspokoić rynki finansowe, bo najbardziej KE obawia się ekonomicznych konsekwencji Brexitu. Tak więc po ogłoszeniu oficjalnych wyników referendum w piątek przed południem planowana jest wspólna konferencja prasowa Tuska, Schulza i Junckera, podczas której zaprezentowane zostanie oficjalne stanowisko trzech instytucji europejskich: Rady, europarlamentu i Komisji.

Następnie Bruksela będzie musiała negocjować w Londynem warunki opuszczenia Unii. Na razie trudno powiedzieć, jak długo takie negocjacje będą trwały. Tusk mówił, że dwa lata, jednak w KE nikt tego terminu nie potwierdza.

W końcu Bruksela będzie musiała przejść do analizy przyczyn Brexitu, a nawet dokonać samokrytyki. Już w radzie UE odzywają się głosy oskarżające Komisję za to, że oderwała się od problemów zwykłych ludzi, nie umiała rozwiązać problemu migracji i znaleźć języka, by rozmawiać o coraz silniejszych tendencjach narodowych w krajach UE. Unijne instytucje będą więc musiały wyciągnąć wnioski z ewentualnego Brexitu i zacząć reformy.

Potem Unia nigdy nie będzie już taka sama.

(j.)