"Cały czas wszyscy piszą i zastanawiają się nad tym, kto wybiera się na K2. Wszystko to tworzy atmosferę wyścigu. Nie chcę być częścią takiej rywalizacji. Myślę, że teraz lepiej jest zająć ostatnie miejsce w kolejce" - mówi RMF FM himalaista Alex Txikon. Komentuje w ten sposób swoją decyzję o rezygnacji z wyprawy na K2 najbliższej zimy. Bask próbował dokonać pierwszego zimowego wejścia na ten ośmiotysięcznik w ostatnim sezonie - na przełomie 2018 i 2019 roku. Dotarł wtedy na wysokość 7150 metrów. "Staram się teraz oczyścić swój umysł i wyrzucić zimowe K2 z mojej głowy. To cel, do którego realizacji mocno się zmotywowałem. Próbuję to teraz odwrócić, próbuję się zdemotywować, nie myśleć o tym i zacząć się skupiać na innych celach. To trudne, ale myślę, że podjąłem słuszną decyzję. Moje serce było po stronie K2, ale głowa się sprzeciwiła" - wyjaśnia w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem.

REKLAMA

Michał Rodak: Mieliśmy jesienią dwie okazje, by zobaczyć w Polsce film "Pumori. Córka góry" z twoim udziałem. Upamiętnia pięciu wspinaczy z Kraju Basków, którzy zginęli podczas wyprawy na Pumori w Himalajach w 2001 roku, ale też opowiada historię nepalskiej dziewczynki i jej związków z rodziną jednej z ofiar. To dla ciebie bardzo osobista opowieść?

Alex Txikon: Myślę, że to bardzo głęboka historia, bo tak naprawdę sięga jeszcze mocniej wstecz. Wtedy doszło do pierwszego wypadku, gdy w lawinie na Pumori zginęło czterech Hiszpanów (w 1989 roku - przyp. red.). Później wydarzyła się ta wielka tragedia z 2001 roku, a w 2007 roku zginął też Nepalczyk. To bardzo rozbudowana opowieść. Uważam, że to dobry film, z pięknymi zdjęciami. Wydaje mi się tylko, że to nie to samo, gdy oglądasz go z tłumaczonymi napisami. Gdybyś rozumiał oryginalne wypowiedzi w języku baskijskim, odbiór filmu mógłby być dla ciebie jeszcze o 30-40 procent lepszy. Dobrze pokazuje, co wydarzyło się w 2001 roku, jak przebiegała akcja ratunkowa i zwraca uwagę, że udało się znaleźć aparat jednej z ofiar. Po kilku miesiącach trafia on do matki tego wspinacza, która znajduje zdjęcie syna - Benata Arrue - z małą dziewczynką o imieniu Suku. Zrobiono je w Nepalu podczas wędrówki wyprawy pod Pumori. Po roku rodzinie zmarłego Benata udaje się odnaleźć to dziecko i zaczynają utrzymywać ze sobą kontakt. Po kolejnych dwóch latach znajdują dziewczynkę, już nastolatkę, w jej nepalskim domu w bardzo ciężkim stanie, jest bardzo chora. Oni płacą więc ogromną kwotę, by można było ją zabrać śmigłowcem do Katmandu, a stamtąd przetransportować do Madrytu i Kraju Basków. Ostatecznie przechodzi operację ratującą jej życie i zostaje z tą rodziną, która uchroniła ją przed śmiercią.

Ten film pokazuje coś ważnego. Sam pamiętam swoje dzieciństwo i pewnie inni, w innych europejskich krajach mieli podobnie. Gdy umierali bliscy lub sąsiedzi, mówiono mi: "Nie patrz, zostań. Jesteś jeszcze za mały". Wszyscy najpierw się rodzimy, a później umieramy. Taka jest ludzka natura. Historia opowiedziana w tym filmie to przybliża i jest to dla mnie bardzo ważne.

Baskowie dobrze ją znają? Pamiętają o niej?

Tak. Ofiary z 2001 roku mieszkały w różnych miejscowościach. Tego samego dnia zorganizowano tam premierowe pokazy tego filmu. Sprzedano na nie wszystkie bilety, więc trzeba było zorganizować projekcje po raz drugi, trzeci... Za każdym razem frekwencja wynosiła 100 procent. To było coś niesamowitego.

Ja byłem akurat na swojej wyprawie, gdy twórcy kończyli prace nad filmem. Jestem zadowolony z pracy wykonanej przez reżysera Ibana Gonzaleza, który odpowiadał też za montaż, choć są pewne elementy, które można byłoby poprawić. Historia jest opowiedziana po baskijsku. Myślę, że powinniśmy przygotować także wersję po hiszpańsku.

Przejdźmy do twoich górskich planów. Dlaczego najbliższej zimy nie wybierasz się na kolejną wyprawę na K2? Czujesz, że mamy już do czynienia z wyścigiem, niezdrową rywalizacją?

W 2011 roku liderem polskiej zimowej wyprawy na Broad Peak był Artur Hajzer. W tym samym roku latem byłem w Pakistanie na wyprawie z Gerfriedem Goeschlem i Louisem Rousseau. Spotkaliśmy się wtedy z Arturem w Skardu, ale też w Islamabadzie, gdzie zjedliśmy razem kolację przed naszym wylotem. Wtedy Hajzer zapytał, czy w związku z naszymi planami, o których wiedział, dotyczącymi wyjazdu zimą na przełomie 2011 i 2012 roku na Gaszerbruma I, nie będzie dla nas problemem, że pojawi się tam także polska wyprawa. To wielka postać, to wielki człowiek. Był wspaniałym himalaistą, ale właśnie jako człowiek był kimś jeszcze o wiele lepszym. Analizował, wymieniał się informacjami, zastanawiał się nad wyborem szczytów. Dzięki Arturowi i jego pracy Janusz Gołąb i Adam Bielecki jako pierwsi zimą zdobyli Gaszerbruma I w marcu 2012 roku. Teraz takie sytuacje się nie zdarzają. Rok temu zimą dotarliśmy do bazy pod K2. Nie było żadnej komunikacji z drugą, obecną tam wyprawą rosyjską, a oni cały czas wypowiadali się na nasz temat. Atmosfera była zła. To przeniosło się do mediów - do "Desnivel" i innych...

Cały czas wszyscy piszą i zastanawiają się nad tym, kto wybiera się na K2. Wszystko to tworzy atmosferę wyścigu. Nie chcę być częścią takiej rywalizacji. Myślę, że teraz lepiej jest zająć ostatnie miejsce w kolejce. Będziemy obserwować, co wydarzy się tej zimy.

Ale temat zimowego zdobycia K2 nie jest chyba jeszcze dla ciebie sprawą zamkniętą? Wyprawa za rok jest możliwa?

Tak, to sprawa wciąż otwarta. Muszę ci szczerze powiedzieć, że staram się teraz oczyścić swój umysł i wyrzucić zimowe K2 z mojej głowy. To cel, do którego realizacji mocno się zmotywowałem. Próbuję to teraz odwrócić, próbuję się zdemotywować, nie myśleć o tym i zacząć się skupiać na innych celach. To trudne, ale myślę, że podjąłem słuszną decyzję.

Na razie jedynym, który wprost powiedział, że chciałby tej zimy wybrać się na K2, jest Denis Urubko...

...a jego partnerem ma być Don Bowie...

...ale główny plan Denisa to wejście zimą na Broad Peak. W razie sukcesu mają przenieść się na K2. Właśnie dlatego myślę, że są jedynymi, którzy mogą tam w tym roku coś zdziałać. W mediach pojawiają się natomiast różne nazwiska, staram się śledzić te doniesienia. To osoby bez zimowego doświadczenia. Oczywiście, że każdy z nas odbył kiedyś swoją pierwszą zimową wyprawę i trzeba to szanować, ale myślę, że to, co się dzieje w tym temacie nie jest poważne, a zima na ośmiotysięczniku to naprawdę coś poważnego. Polacy kilkadziesiąt lat temu rozpoczęli historię himalaizmu zimowego i to jest proces, to coś więcej niż wyjście i powiedzenie: "Mam szansę, mogę zdobyć trochę sławy. Powiem, że się tam wybieram i pojawi się tutaj moje nazwisko". Moim zdaniem w zimowym himalaizmie chodzi o coś więcej. Będę oczywiście się cieszył, jeśli któryś z tych wspinaczy, o których mówię, zdobędzie szczyt. Pogratuluję mu. Zostanie częścią historii... Ja natomiast nie myślę o K2 w kontekście pierwszego zimowego wejścia. Myślę po prostu o wejściu na K2 zimą. Jeśli to będzie możliwe, to to zrobię, ale jeśli nie - nadal będę w życiu szczęśliwy, wierz mi.

Jakie więc informacje do ciebie dotarły? Kto - poza Denisem - rozważa spędzenie zimy pod K2?

Słyszałem o Francuzach. W niektórych mediach pojawiały się wieści, że takie plany ma też Nirmal Purja. Kontaktowaliśmy się ze sobą, bo mamy wspólnych przyjaciół, ale on planuje wyprawę na przełom 2020 i 2021 roku. Poza Francuzami słyszałem też o Rosjanach, także o kilku Polakach. Przewija się wiele nazwisk. Jest też Mingma Gyalje z jednym Chińczykiem oraz wspinaczem z Islandii...

W takim razie, skoro odpuszczasz K2, robisz sobie przerwę i zimę spędzisz w domu?

Na początku grudnia wybieram się na Antarktydę i wrócę na początku stycznia. Jest tam wiele możliwości eksploracji. Byłem tam już w 2006 roku. Jest tam sporo trudnych technicznie gór, ale zobaczymy, co się wydarzy. Tak, jak już mówiłem - ciągle pracuję nad tym, by pozbyć się tej motywacji związanej z K2 i zająć czymś innym... To nie jest łatwe, kiedy masz pomysł, wizję, plany. Mój cały sprzęt wciąż jest w bazie pod K2, został tam po poprzedniej wyprawie, więc nie jest łatwo o tym zapomnieć.

To może być twoja pierwsza zima bez wyprawy od 2011 roku?

Tak, od 2011 roku, ale ciągle nie jestem całkiem pewien. Naprawdę chciałbym coś zrobić, ale jeszcze jest za wcześnie. Dopiero kilka tygodni temu podjąłem decyzję w sprawie K2 i o niej napisałem. Była masa wątpliwości. W mojej głowie cały czas walczyło "tak" z nie". W końcu wygrało "nie". Moje serce było po stronie K2, ale głowa się sprzeciwiła.

Rozmawiamy już kilkanaście minut i nie tylko słyszę, ale też widzę, jak trudna to była dla ciebie decyzja.

Tak, bardzo trudna. Mam wielką motywację, a mój zespół ma dużą wiedzę i możliwości, by stworzyć dobrą atmosferę w bazie, ale to nie zależy tylko ode mnie i członków mojej ekipy. Rok temu w sumie było tam 20 wspinaczy. Powinniśmy kreować, tworzyć coś razem. Jeśli tam jesteś i ukrywasz swoje propozycje, swoje pomysły, to nie zdobędziesz K2 zimą...

Masz własną filozofię, swoje podejście do himalaizmu. K2 zimą nie jest warte pełnego poświęcenia?

Nie, dla mnie nie. W Kraju Basków, kilkadziesiąt kilometrów od mojego domu, też mamy festiwal. Ludzie zareagowali tam bardzo emocjonalnie na tę decyzję, nawet płakali. U mnie nie pojawia się takie uczucie. Traktuję to zawsze jako szansę. Wyprawa to czas, który mogę spędzić z przyjaciółmi. Nie zamierzam oddać swojego życia, by zdobyć szczyt K2 zimą. Natomiast tutaj, w Polsce, macie wielką historię himalaizmu. To wielka tradycja związana z "lodowymi wojownikami"...

Polski zespół szykuje się do wyprawy planowanej na przełom 2020 i 2021 roku.

Wiem, że trwają przygotowania i odbywa się selekcja kandydatów do składu wyprawy. To dobrze. Wymieniliśmy się swoimi opiniami razem z Krzysztofem Wielickim podczas festiwalu w Zakopanem na początku września. Kto wie, co wydarzy się w przyszłości?

Krzysztof Wielicki nie wyklucza, że zaproszenia do udziału w wyprawie mogą zostać wysłane także do himalaistów z zagranicy. To nie byłaby już polska, ale międzynarodowa ekspedycja. Co sądzisz o tym pomyśle?

Moim zdaniem, by tworzyć przyszłość, musisz też czerpać z tego, co już się wydarzyło - z przeszłości. Musisz patrzeć do przodu, ale też za plecy - zobaczyć, co robili inni. Edmund Hillary był z Nowej Zelandii i jako pierwszy wszedł na Mount Everest w 1953 roku, ale tam byli też Nepalczycy... 2 lata temu razem z Polakami byli pod K2 także trzej czy czterej pakistańscy wspinacze, ale publicznie niewiele o nich mówiono. Nie ma potrzeby, by to kryć. Ja mówię wprost: "Tak, jadę na wyprawę z Nepalczykami, ale oni są wspinaczami i to o wiele lepszymi niż wielu znanych himalaistów". Czasem ludzie się tego boją.

Jeśli jest szansa na stworzenie wystarczająco dobrego i mocnego zespołu, to czemu nie połączyć się z innymi wspinaczami? Myślę, że wątpliwości mogą się wiązać z finansowaniem, sponsorami i tym, by pojawiła się tam polska flaga. Ja nie miałbym tego samego poczucia patriotyzmu z powodu obecności polskiej flagi, ale czuję się tak dobrze, kiedy przyjeżdżam do Polski, gdy spotykam się tutaj z ludźmi, że szanowałbym polską flagę podczas takiej wyprawy tak samo, jak szanuję własną i wszystkie inne na świecie. Myślę, że to byłoby dobre, gdyby zagraniczni wspinacze zostali włączeni do składu. Różnice w grupie także dają pewne szanse.

Uważasz, że himalaiści z innych krajów chcieliby dołączyć do takiego składu tworzonego przez Polaków?

Ja jestem jednym z nich. Myślę, że mam wystarczające doświadczenie zimowe. To sukcesy zimą na Laila Peak, Gaszerbrumie I South, Nanga Parbat, Pumori oraz dodatkowe próby na Gaszerbrumie I, na K2, na Evereście... Gdyby była taka możliwość, byłbym dumny biorąc udział w polskiej ekspedycji. Dlaczego nie? To byłoby ciekawe rozwiązanie.

Najlepszą opcją byłoby stworzenie jednego, wielkiego, mocnego międzynarodowego składu?

Tak, oczywiście, ale dla mnie cel takiej wyprawy powinien być jasny. Nie może się powtórzyć sytuacja sprzed dwóch lat, gdy doszło do rozłamów i jeden chciał robić jedno, a inni coś innego. To musi być działanie w zespole. Jeśli w ekipie jest dobra harmonia, motywacja, to nawet bez człowieka "z papierem" lidera, można działać i ustalać wspólny plan. Jest wiele możliwości, są na to sposoby.

Znów zobaczymy się za rok tutaj, w Polsce, na festiwalu górskim w Lądku-Zdroju?

Może będę tutaj właśnie z polską flagą?

Dlaczego nie!

Znam historię i wiem, co wydarzyło się tu w relacjach z Niemcami. Domyślam się jak to wpłynęło na ludzką świadomość. Raz jeszcze powtórzę - by tworzyć przyszłość, musisz znać przeszłość. Nie można zapominać o tym, co kiedyś się wydarzyło, ale z drugiej strony - teraz jesteśmy już w innej rzeczywistości. Musimy stawiać kroki w dobrym kierunku, a niestety czasem mieszamy to, co dzieje się w zwykłym życiu ze światem alpinizmu. Wystarczy spojrzeć na media. Choć wszyscy jesteśmy tacy sami, ja - przykładowo - gdy jako Bask pracuję z hiszpańską telewizją, dla niektórych jestem "pieprzonym draniem", a gdy publikuję coś w języku baskijskim, dla kolejnych jestem "pieprzonym terrorystą". Muszę zwracać uwagę nawet na kolor kurtki, jaką ubieram, bo w naszym regionie wszystko może zostać zinterpretowane politycznie.

Najważniejsza jest rzecz, o której mówiłem ci na początku - Artur Hajzer był silnym himalaistą z ogromnym doświadczeniem, ale kluczowe jest to, że był człowiekiem, dobrym człowiekiem... Nie jest ważne, czy masz takie czy inne poglądy. Jestem osobą, która przywiązuje wagę do tego, jak wartościowym ktoś jest człowiekiem. Nie patrzę na nikogo przez pryzmat polityki. Ważni są ludzie.