Nie chciał jechać do Afganistanu, miał dość Iraku

Niedziela, 18 marca 2012 (07:42)

Amerykańska prasa ujawnia coraz więcej szczegółów dotyczących sierżanta sztabowego Roberta Balesa. Wojskowy tydzień temu wymknął się z bazy w Afganistanie i w pobliskiej wiosce zastrzelił 16 osób: w tym dzieci i kobiety.

Bales służył również w Iraku, trzy razy był w tym kraju na misji. W wyniku eksplozji miny podłożonej przy drodze, został ciężko ranny. Stracił część stopy, doznał również poważnego urazu głowy.

W zamachu zginęli jego koledzy. Jak wspominał, widział ich porozrywane ciała. Nie chciał jechać do Afganistanu.

Coraz więcej osób twierdzi, że wojskowi lekarze nie rozpoznali u niego zespołu stresu bojowego. Co więcej, na terenie bazy w Afganistanie, krótko przed atakiem na cywilów, pił alkohol z kolegami.

Musisz jechać na wojnę, to twoja praca

Amerykańscy wojskowi niechętnie wypowiadają się na temat masakry. W komentarzach podkreślają, że są zmęczeni trwająca ponad 10 lat wojną. Ale kiedy przychodzi rozkaz do wyjazdu - muszą jechać. Nie ma wyboru. Jeśli twój oddział jedzie, ty też. To wszystko. Ponieważ to twoja praca. Pod tym się podpisałeś. W tej chwili moja praca polega na tym, że uczę innych żołnierzy jak działać w Iraku i w Afganistanie. Ale kiedy to skończę, armia może powiedzieć, ok teraz twoja kolej żeby wrócić. I wtedy prawdopodobnie wyślą mnie znów, do Afganistanu - opowiada korespondentowi RMF FM jeden z żołnierzy.

Robert Bales został przewieziony z Kuwejtu do więzienia wojskowego w bazie Fort Leavenworth w stanie Kansas. Został umieszczony w pojedynczej celi. W Afganistanie nie mamy odpowiedniego obiektu, w którym można przetrzymywać amerykańskiego żołnierza w takiej sprawie - tłumaczył jeden z wojskowych.

Paweł Żuchowski