"Najazd" dzieci na kancelarię. Złamano procedury?

Wtorek, 18 czerwca 2013 (05:24)

11 tysięcy osób weszło na teren Kancelarii Premiera w Dzień Dziecka. Część z nich zwiedziła siedzibę prezesa Rady Ministrów. Każdy mógł wejść do gabinetu Donalda Tuska, lub na salę posiedzeń Rady Ministrów. Problem w tym, że nikt nie został sprawdzony przez BOR - twierdzi "Rzeczpospolita".

W Dzień Dziecka kancelaria zaprosiła rodziców razem z pociechami na dzień otwarty. Wśród atrakcji było m.in. zwiedzanie parku przy KPRM. Według "Rzeczpospolitej" osoby, które przyszły nie zostały sprawdzone przez BOR, choć samo Biuro było do tego przygotowane. Powstało m.in. specjalne stanowisko wyposażone w urządzenia do kontroli pirotechnicznej. Sprawdzania zaniechano na wyraźne polecenie premiera Donalda Tuska. Z notatek służbowych BOR wynika, że polecenie przekazali przez telefon szefowi ochrony premiera oraz komendantowi ochrony KPRM ministrowie Kancelarii: rzecznik rządu Paweł Graś i Igor Ostachowicz. Szef ochrony premiera odpowiada za jego fizyczne bezpieczeństwo, a komendant za ochronę KPRM.

Doszło do złamania procedur?

Informacji w tej sprawie zażądał minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz. Minister czeka na pełne wyjaśnienia, z oceną musimy się wstrzymać - mówi gazecie  Małgorzata Woźniak, rzeczniczka MSW. Z nieoficjalnych informacji wynika, że po otrzymaniu polecenia szefa rządu oficerowie nie konsultowali decyzji o wpuszczeniu gości bez kontroli ze swoim przełożonym. Stało się to dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli wchodzić do KPRM - twierdzi informator z BOR. To złamanie wszelkich procedur opisanych w dwóch wewnętrznych dokumentach Biura Ochrony Rządu: instrukcji ochrony obiektu i instrukcji działań ochronnych, a także przekroczenie ustawy o BOR.

Dr Bartłomiej Biskup, politolog, przyznaje, że premier postąpił co najmniej lekkomyślnie. Za wszelką cenę chce poprawić wizerunek. Problem w tym, że nie pomyślał o tysiącach ludzi, którym mogło się coś stać. On sam był otoczony ochroną - mówi. Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR, zapewnia, że wchodzących do samej siedziby premiera kontrolowano. Po zakończeniu imprezy cały teren został drobiazgowo przeszukany przez pirotechników - dodaje.

Eksperci podkreślają, że podczas dnia otwartego każdy mógł zobaczyć, jakiego sprzętu telefonii niejawnej używa premier, a podłożenie pluskwy nie byłoby rzeczą trudną - donosi "Rzeczpospolita". 

Rzeczpospolita