"Miałem grypę. Temperatura, źle się czułem, ale chodziłem do pracy. Potem okazało się, że mam zapalenie mięśnia sercowego" - mówi Jarosław Cyrynger, gość Popołudniowej rozmowy w RMF FM, prezes Stowarzyszenia Transplantacji Serca. Od 10 lat żyje z nowym sercem. Jak dodaje, pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, pojawiły się podczas koncertu U2 w Chorzowie.

W Chorzowie, nie mogłem dojść do stadionu. Miałem ból w nogach. Zgłosiłem się do karetki. Potem wysłuchałem koncertu, ale po powrocie do Warszawy trafiłem do szpitala - opisuje gość Marcina Zaborskiego.

Byłem pogodzony ze wszystkim. Że może się nie udać, że serce może się nie znaleźć - opowiada.

Miałem godzinę na decyzję. Pierwszy oddech z nowym sercem? Bezcenny - mówi gość RMF FM. Nie da się tego z niczym porównać - zaznacza.

Zaprzyjaźniłem się z moim sercem. Dostałem serce 32-letniego mężczyzny. Ono jest już moje - opowiada Jarosław Cyrynger, prezes Stowarzyszenia Transplantacji Serca.

W pierwszych miesiącach, czy latach ma się problem z akceptacją nowego życia. Z tym, ze ma się w sobie kawałek kogoś - podkreśla.

POSŁUCHAJ ROZMOWY MARCINA ZABORSKIEGO

Gość: Jarosław Cyrynger

Marcin Zaborski, RMF FM: 14 lutego, Walentynki, idealny dzień, idealny moment, żeby porozmawiać o sercu. Zaprzyjaźnił pan się ze swoim nowym sercem?

Jarosław Cyrynger: No tak, to już 10 lat...

Tak szybko to poszło? 

Także po 10 latach można powiedzieć, że to moje, chociaż w wypisie ze szpitala mam, że to 32-letnie serce jakiegoś innego mężczyzny.

Ta przyjaźń z nowym sercem nie wszystkim się udaje, nie wszyscy są w stanie zaakceptować to, że je mają.

Tak, w naszym stowarzyszeniu są osoby, które w pierwszych przynajmniej miesiącach, latach - jest pewien problem z akceptacją takiego nowego życia, kawałka kogoś innego w sobie. Ułatwiają to leki, jak się nie bierze ich codziennie, dwa razy dziennie, to niestety serce potrafi się odrzucić, następuje odrzut. 

Dlaczego pan potrzebował nowego serca?

Prozaiczna sytuacja każdego z nas, szczególnie teraz, kiedy szaleje ten wirus, a w Polsce - grypa. Ja też miałem grypę, grypę przechodzoną, miałem dużą temperaturę, źle się czułem, ale chodziłem do pracy, chodziłem... I okazało się, że jest to zapalenie mięśnia sercowego, od wirusów grypy. 

Czyli przechodził pan grypę, a często lekarze mówią, żeby uważać na to i żeby ją lepiej przeleżeć niż przechodzić, nie wszyscy chcą słuchać.

Tak, grypa to nie przeziębienie, tutaj wiele audycji, uwag lekarskich na temat różnic miedzy grypą a przeziębieniem zwykłym... Grypa gwałtownie zwala z nóg, duża temperatura, bolesność itd. A to da się przechodzić czy jeździć do pracy, natomiast potem zostawia ślady w różnych miejscach.

Panu serce odmówiło posłuszeństwa podczas koncertu U2 w Chorzowie.

Tak, było to w 2005 roku i pierwsze objawy miałem właśnie na tym koncercie, gdzie nie mogłem dojść do stadionu, bo był taki rodzaj wycieczki z Warszawy autokarami... Nie mogłem dojść do stadionu chorzowskiego, już wtedy starego, był to rodzaj bólu w nogach. Zgłosiłem się do karetki, państwo stwierdzili, że mam po prostu bardzo słabą wydolność. No i tego koncertu co prawda wysłuchałem, ale po powrocie do Warszawy trafiłem do szpitala od razu.

Średnio w Polsce na pilne przeszczepienie serca czeka 50 pacjentów, to znaczy, że powinni zostać zoperowani jak najszybciej, ale są tacy, którzy czekają nawet kilka miesięcy. Pan długo czekał na nowe serce?

Moja choroba rozpoczęła się w 2005 roku, natomiast w 2009 następowało powolne - najpierw poprawa, potem powolne pogorszenie... Także w 2009 roku lekarze stwierdzili, że jest już akceptacja czy decyzja o tym, że w zasadzie jedynym ratunkiem jest ten przeszczep, i trafiłem 8 marca, w tym dniu, kiedy umarł Zbigniew Religa, nestor polskiej chirurgii serca - to ja trafiłem do Instytutu Kardiologii w Aninie już z taka diagnozą - albo wyjdę z nowym sercem albo nie wiadomo co będzie...

I od marca czekał pan do?

12 września była transplantacja. Ja byłem dosyć dużym mężczyzną wtedy, wysokim, ciężkim i takie serce - oprócz właśnie zgodności tkankowej - musi być również sporym narządem.  

Czego się pan najbardziej wtedy bał?

Powiem szczerze, że byłem pogodzony ze wszystkim, już uspokojony, wszystko zostawiłem i opisałem, co tam ewentualnie miałoby się...


Pogodzony z tym, że może się nie udać?

Że może się nie znaleźć to serce, tak. I w momencie, kiedy chirurg, ten, który wykonywał ten zabieg, powiedział: jest dla pana serce, wszystko pasuje, ma pan godzinkę na decyzję. Ma pan tutaj papierki do podpisania, wszystkie zgody, i proszę się przygotowywać. Mycie i inne zabiegi jakby przed samą operacją... I w sumie z radością, aczkolwiek w tyle głowy to nie jest to zastrzyk. To jest po prostu wielka operacja.

Jaki to był dzień: ten, w którym dostał pan nowe serce?

Dzień tygodnia?

Na przykład. 

Piątek.

A za oknem jaka była pogoda?

Trudno mi powiedzieć powiem szczerze. Nie ruszałem się zbytnio z oddziału, bo już nie miałem siły. Człowiek jest przywiązany w pewnym momencie do łóżka i do pomp infuzyjnych, które go podtrzymują. Natomiast pamiętam, że była taka dosyć przyjemna jesień. Wyszedłem przed 1 listopada ze szpitala.

I kiedy się pan przebudził, od razu pan uwierzył, że będzie dobrze?

No przede wszystkim odetchnąłem. Miałem nad sobą, jak to OIOM wygląda - takie łóżka, aparatura z tyłu szumi, człowiek się budzi i w zasadzie nic nie śnił. I te pierwsze (chwile - przyp. red.) po usunięciu defibrylacji, tych rurek ze środka, to pierwsze odetchnięcie pełne.. Naprawdę super uczucie. Takie, że żyję. No nie da się z niczym porównać.


A kiedy przestał się pan bać, że choroba może wrócić?

Tutaj to jest dosyć trudne, bo cały zabieg, tak jak każda procedura medyczna, ma pewne ryzyka, pewne procenty, w których może się to nie udać... Ja byłem przekonany, dotąd jestem przekonany, że wszystko jest OK i ten sposób, w który żyję, jest OK.

O osobach po przeszczepie mówi się czasem, że mają "potransplantacyjne ADHD". Pan też chciał nadrobić ten przeleżany w łóżku czas?

Tak. Na szpitalnym łóżku zrobiłem Stowarzyszeniu pierwszą stronę internetową, bo w tej branży jestem wykształcony - czyli stowarzyszenie miało stronę internetową, potem coraz więcej jakichś rzeczy i w zasadzie po krótkich 3 miesiącach odpoczynku po tym okresie poszedłem do pracy.

A dzisiaj przychodzi pan do studia RMF FM z medalami w ręku na przykład. I rozumiem, że nie siedzi pan zbyt często na miejscu.

To prawda, staram się jakoś tak aktywnie. Z takich największych - na 10. rocznicę po przeszczepie zrobiłem sobie wycieczkę, pielgrzymkę, nie wiem jak to nazwać, z Bilbao do Santiago de Compostela rowerem. To jest 670 kilometrów.

Chylę czoła.

Także 12 dni zajęło takie pedałowanie, aczkolwiek dosyć spokojnie to przeszedłem, bez żadnych... staram się do pracy, bo wiadomo jak Warszawa jest zakorkowana, jeździć rowerem. Z domu mam ok. 12 km, w związku z tym dzień w dzień jeżdżę.

Nie wszyscy pacjenci po przeszczepie chcą o tym rozmawiać. Są tacy, którzy w ogóle się do tego nie przyznają - nawet kolegom czy znajomym. Spotyka się pan z tym?

Na temat swojego zabiegu?

Że oni nie chcą mówić, rzeczywiście.

Nie wiem, myślę, że nie jest to już coś wyjątkowego. Tych osób po przeszczepie jest dosyć sporo, szczególnie jeśli chodzi o inne narządy - nerka czy wątroba. Natomiast w przypadku serca... Nie wiem, nie znam powodu, dla którego można mieć jakiekolwiek obiekcje. Chociaż... Może jakiś psychiczny uraz, wstrząs - doznali po tym przeszczepie. Mówi się, że tam jest cząstka kogoś innego i jakiś wpływ na własne życie, własną psychikę, ta cząstka może mieć. Ale w moim przypadku nie mam obcych snów, nie zmienił mi się smak, upodobania czy jakiegoś innego typu rzeczy.