Ponad 80 tysięcy euro – na tyle opiewają mandaty, wystawione przez kataloński rząd firmom, biurom i sklepom, w którym nie mówi się po katalońsku. W wielu sklepach pracownicy rozpoczęli przyspieszone kursy języka.

REKLAMA

W Katalonii oprócz hiszpańskiego obowiązuje też kataloński. Zgodnie z prawem pracownik biura czy sklepu musi odpowiedzieć takim języku, w jakim zwrócił się do niego klient. W przeciwnym razie grozi mu mandat od 300 do nawet kilku tysięcy euro.

- Zawsze, kiedy mogę, mówię po katalońsku, ale zmuszanie i wlepianie mandatów nie jest dobrym sposobem. Ludzie powinni chcieć, a nie musieć mówić w tym języku - mówi właściciel jednego z barów w Barcelonie.

Na wielu sklepach wywieszono tabliczki: „Jeszcze nie mówimy, ale już się katalońskiego uczymy”. W ten sposób ich pracownicy chcą uniknąć kar za nieznajomość języka. - Bez przymusu też bym się uczyła. Chcę pisać i czytać po katalońsku. Pochodzę z regionu, który zatracił własny język i rozumiem, że tutaj nie chcą do tego dopuścić - mówi pracownica księgarni, gdzie także zawieszono tabliczkę z informacją o pilnej nauce katalońskiego.

W tym roku aż o 400 procent podniesiono liczbę inspektorów odwiedzających katalońskie sklepy, biura i bary. Efektem ich działalności jest lawinowo rosnąca liczba mandatów. Na rozpatrzenie czekają kary opiewające w sumie na sto tysięcy euro. Otwarto także pięć biur Biur Gwarancji Językowych, które zajmą się zbieraniem doniesień o miejscach, gdzie wciąż nie mówi się po katalońsku. Można je składać osobiście, listownie, telefonicznie bądź mailowo.