Szczyt klimatyczny w Durbanie nie zapowiada się szczególnie obiecująco. Nawet najwięksi optymiści nie łudzą się, że zapadną na nim decyzje, które znacząco przedłużą obowiązywanie ustaleń protokołu z Kioto. Nawet jeśli do tego dojdzie i tak coraz wyraźniej widać, że dotychczasowe pomysły na obniżkę emisji gazów cieplarnianych okazują się chybione. Cała nadzieja w tym, że natura okaże się dla nas łaskawsza i najbardziej pesymistyczne prognozy się nie sprawdzą.

REKLAMA

Miałem okazję pisać już na tym blogu o tym, jak wiele kosztuje nas wszystkich "genialny" pomysł przestawiania gospodarki światowej na biopaliwa. Pojawiły się jednak nowe fakty, o których warto przy tej okazji wspomnieć. Naukowcy z Oregon State University w najnowszej pracy, opublikowanej w czasopiśmie "Renewable and Sustainable Energy Reviews" nie zostawiają tu żadnych wątpliwości. Inwestowanie w biopaliwa jest kosztowne, prowadzi do bardzo niewielkiego spadku zużycia paliw kopalnych i w praktyce ZWIĘKSZA emisję gazów cieplarnianych.

W tych badaniach przeanalizowano różne programy produkcji biopaliw, w tym etanolu z prosa rózgowego lub kukurydzy, czy biodiesla wytwarzanego z soi, rzepaku, czy trzciny cukrowej. Przed laty uznano, że biopaliwo nie będzie szkodliwie wpływać na klimat, bo jego spalanie oddaje do atmosfery ten sam dwutlenek węgla, który rośliny te pochłonęły podczas swojego wzrostu. Nic bardziej mylnego. Program okazał się typowym przejawem rewolucji, z której pożytki są marne, a koszty trudne do oszacowania.

Trudne, nie oznacza jednak, niemożliwe. I właśnie badacze z Oregon State przedstawiają rachunek za "biopaliwową" rewolucję w USA. Porównują go z kosztami dwóch innych metod ograniczenia zużycia paliw kopalnych, inwestowania w technologie oszczędniej zużywające energię i podnoszenia podatków za paliwo. Okazało się, że każdy dolar inwestowany w energooszczędne technologie jest wykorzystywany 20 razy bardziej efektywnie, niż ten, który wydaje się na produkcję biopaliw.

Jeszcze bardziej porusza porównanie skutków realizacji obecnie proponowanych projektów promowania biopaliw w USA ze skutkami podniesienia podatków za paliwo. Pierwszy z tych programów w ciągu 20 lat ma obniżyć emisję CO2 o 2,5 procent kosztem 67 miliardów dolarów. Podniesienie ceny benzyny i diesla o 25 centów za galon zmniejszyłoby w tym czasie zużycie paliw o tyle samo, ale kosztem zaledwie 6 miliardów dolarów. Taki wzrost podatków za paliwo, rekompensowany przez państwo w innych ulgach podatkowych, po prostu skłoniłby obywateli do bardziej efektywnego korzystania z samochodów.

Ta analiza nie bierze pod uwagę innych, niż ekonomiczne koszty promocji biopaliw. Wcześniejsze badania pokazały tymczasem, że koszty te są też niebagatelne. Nie sposób dłużej udawać, że nie zauważa się rosnących cen żywności, zwiększonego zużycia wody, wyrębu lasu pod pola uprawne, czy dodatkowych zanieczyszczeń naturalnego środowiska. Pewnym rozwiązaniem miała być produkcja tak zwanych biopaliw drugiej generacji, już teraz jednak widać, że i ona nie spełni oczekiwań. Najnowsza analiza, opublikowana w czasopiśmie "Biofuels, Bioproducts and Biorefining" przez naukowców z Queen's University, pokazuje, że co najmniej do 2020 roku nikomu się to nie opłaci.

Biopaliwa to oczywiście tylko mały wycinek frontu walki z globalnym ociepleniem, ale moim zdaniem pokazuje on grzech pierworodny całego procesu. Sprawa ocieplenia klimatu stała się areną walki ideologicznej, w której argumenty naukowe i ekonomiczne ustępują przed propagandą. Przy okazji angażuje się w to poważne pieniądze, które przecież powinny się zwrócić. Stąd pokusa brnięcia w ślepą uliczkę.

W Durbanie Kanada zasygnalizowała, że nie będzie zainteresowana przedłużaniem czasu obowiązywania protokołu z Kioto. Tygodnik "Nature" opublikował właśnie analizę, z której wynika, że system handlu zezwoleniami na emisję CO2 w kanadyjskiej prowincji Alberta nie działa tak, jak oczekiwano. Wciąż nie ma bowiem instrumentów wiarygodnej oceny i kontroli emisji. Jeśli nie da się tego zrobić w tak wysoko rozwiniętym kraju, jak Kanada, nie oczekujmy się, że będzie to możliwe gdziekolwiek.

Lekkim pocieszeniem mogą być opublikowane właśnie wyniki badań innych naukowców z Oregon State University, których symulacje wskazują, że proces ocieplenia klimatu, związany z rosnącym poziomem CO2 w ziemskiej atmosferze może przebiegać wolniej, niż do tej pory przypuszczano. Ich badania, opisane w najnowszym numerze "Science" wskazują, że podwojenie zawartości CO2 w atmosferze w porównaniu do czasów sprzed rewolucji przemysłowej może podnieść średnią temperaturę na Ziemi o 2,4 stopnia Celsjusza. Międzyrządowy Panel Klimatyczny ONZ w raporcie z 2007 roku przewidywał maksymalną zmianę od 2 do 4,5 stopni Celsjusza. Te dwa stopnie mogą oznaczać różnicę między problemem, a katastrofą.

Światowy kryzys ekonomiczny to najgorsza chyba chwila, by decydować się na kosztowne programy ochrony klimatu. Tym bardziej pieniądze przeznaczone na ten cel powinno się wydawać rozsądnie i efektywnie. Nie stać nas na ich marnowanie. Nie ma tu miejsca na ekologiczne pięknoduchostwo, raczej na racjonalną ocenę zagrożeń i możliwości. Coraz częściej pojawiające się analizy możliwych, praktycznych skutków ocieplenia klimatu, wykraczające poza rutynowe dyskusje o podnoszeniu się poziomu morza, dają nadzieje na dyskusje na argumenty, nie emocje. Najwyższy czas.