Dziś pora na coś lżejszego. Wiosna na dobre już zawróciła nam w głowie, skróciła rękawy i wygoniła nas na świeże powietrze. Dzięki niej będziemy mogli bez przeszkód obserwować zaskakujący przejaw walki "nowego" ze "starym", konflikty wokół miejsc w kawiarnianych ogródkach. Nie jestem szczególnie kawiarnianym typem, ale i ja widzę zmianę, która się w nich dokonuje. A doświadczenia zza Oceanu pokazują, że ta zmiana jest trwała i budzi coraz większe emocje.

REKLAMA

Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych rozgorzał już niemal otwarty konflikt między tymi, którzy mają ochotę na chwilę wpaść do kawiarni, wypić latte czy cappuccino i wyjść, a tymi, którzy obstawieni laptopami, tabletami i smartfonami już tam są, odgradzają się od innych i zatopieni w internecie rozwijają kontakty z ludźmi, którzy są... zupełnie gdzie indziej.

Kawiarnia kiedyś była miejscem towarzyskich spotkań i pogawędek, dawała szansę na nawiązanie znajomości albo po prostu okazję obserwowania tego, co wokół się dzieje. To miejsce miało swój dyskretny urok, czas biegł tam jakby wolniej, ludzie przychodzili, czasem czytali gazetę, odchodzili. Te czasy już jednak minęły. Odkąd za cenę kawy, czyli powiedzmy 3,5 dolara można na pół dnia zająć kawiarniany stolik i pracować, surfować czy czatować kawiarnie wbrew woli swych właścicieli stają się miejscami narastającego napięcia.

Sprawa jest już na tyle poważna, że Merlyn Griffiths z Uniwersytetu Północnej Karoliny i Mary Gilly z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine poświęciły jej cały raport, opublikowany w najnowszym numerze czasopisma "Journal of Service Research". Możemy się z niego dowiedzieć między innymi o tym, że współczesny bywalec kawiarni staje się coraz bardziej terytorialny. Rozkłada na stoliku laptop, kładzie na jednym krześle plecak, na drugim jakieś papiery, niedwuznacznie daje do zrozumienia, że nie życzy sobie towarzystwa innych i zatapia się w sieci.

To zjawisko towarzyszące już nie tylko w poszukiwaniu "trzeciego miejsca" w życiu, poza pracą i domem, to także styl życia w sytuacji, gdy i praca, i rozrywka wiąże się już raczej z dostępem do Wi-Fi a nie jakimś konkretnym biurkiem czy kanapą. Klasyczni, niebezprzewodowi klienci czują się jednak coraz bardziej sfrustrowani, bo sam zapach kawy w kubku na wynos nie wystarczy, by zapewnić im atmosferę, której oczekują.

Niektóre sieci kawiarniane postanowiły wprowadzić limity godzinowe korzystania ze stolików, ograniczają czas logowania się do sieci bezprzewodowej, ale te działania wyraźnie problemu nie rozwiązują, nikt nie chce tracić klientów, także tych z laptopami. Być może taki kryzys zaowocuje zmianą aranżacji wnętrz, by okupowane stanowisko pracy/rozrywki było jak najmniejsze.

Panie Griffiths i Gilly zwracają uwagę na to, że nasze dosłowne i przenośne przywiązanie do najnowszych technologii przeszkadza nam w okazywaniu sobie zwyczajnej uprzejmości. Każdy, kto pamięta, jakie międzypokoleniowe bariery powstały kiedyś w związku z pojawieniem się miejsc siedzących w autobusach i tramwajach (i nie wygasły do dziś) doskonale wie, co mają na myśli.

Mnie w tym wszystkim interesuje jeszcze co innego. Człowiek, nawet zatopiony w sieci, potrzebuje jednak jakiegoś towarzystwa, lepiej czuje się wśród innych nawet, jeśli nie chce, by podchodzili za blisko. Nasza stadna, plemienna natura całkiem się jeszcze do sieci i portali społecznościowych nie przeniosła. Potrzebujemy innych nawet po to, by być wobec nich nieuprzejmi. To zawsze coś. Bo przy okazji spięcia zawsze możemy się przecież w końcu uśmiechnąć i poznać także w realu. A w realu lajki wciąż liczą się podwójnie.