"To gigantyczny skok indyjskiego programu kosmicznego" - zachwycają się media w Delhi, donosząc o rozpoczętej 22 lipca misji księżycowej Chandrayaan 2. Nazwa ta w sanskrycie oznacza "księżycowy pojazd". Rakieta wystartowała z Satish Dhawan Space Center w Sriharikota w stanie Andhra Pradesh o 14:43 w poniedziałek czasu lokalnego. "India Times" cytuje światowe reakcje na to wydarzenie.

1.       Kosmos w butelce

The New York Times w artykule "Indie uruchamiają misję księżycową Chandrayaan-2 podczas drugiej próby" zauważa, że nic tak nie łączy narodu jak udany program kosmiczny. W ciągu ostatnich kilku tygodni w całym kraju pojawiły się plakaty Chandrayaan-2. Nawet uczniowie pochylają się  nad mini-Chandrayaanami z pustych plastikowych butelek, ucząc się fizyki rakiet. Oto nowe lekcje w praktyce. Jeżeli, tak jak zaplanowano, we wrześniu indyjski łazik miękko wyląduje na powierzchni Srebrnego Globu, Indie będą czwartym krajem po USA, Chinach i Rosji, które osiągną taki kosmiczny sukces.

W tym współzawodnictwie bierze więc udział kolejne państwo, ale nie tylko o nie już dzisiaj chodzi. 

2.       Korpo-kosmos

"Korporacyjny astronauta: jak miliarderzy dołączają do wyścigu kosmicznego" - czytamy w portalu CBS News. Amerykańscy dziennikarze nawiązali do 50. rocznicy lądowania na księżycu. W 1969 roku miliony ludzi było widzami. Tylko obserwowali, jak szczęśliwi wybrańcy mogli postawić stopę na Srebrnym Globie. Teraz w dobie planowanych pozaziemskich podróży znacznie więcej z nas ma do elity dołączyć. Ponadto w nowej amerykańskiej epoce skończył się już monopol NASA. Liderami w wyścigu są firmy, a nie kraje. A każdy, kto ma wystarczająco dużo pieniędzy, może zostać astronautą.

"Ludzie chcą podróżować w kosmosie. Powinni móc wziąć udział w takiej wycieczce, ponieważ z  tego rodzaju wypraw wracają odmienieni" - uzasadnił miliarder Richard Branson, właściciel firmy Virgin. On sam rozpoczął działalność w branży astro-turystyki już w 2004 roku. Z kosmodromu Virgin Galactic w Nowym Meksyku sześciu pasażerów ma poszybować rakietą na prawie sto kilometrów od Ziemi, aby zrobić sobie kosmiczne selfie. Sześćset osób już wpłaciło 250 000 dolarów depozytu, aby mieć szansę lotu, w tym 58-letnia Amerykanka Maryann Barry. "To moja kolej, ruszam" - odważnie deklaruje Barry i dodaje: "Chcę zobaczyć, jak wygląda Ziemia z kosmosu." Jednak Virgin Galactic nie uruchomiła jeszcze swojej kosmicznej, komercyjnej działalności, zapowiadając, że stanie się to wkrótce. "Zajęło nam to czternaście lat" - podkreśla Richard Branson - "Przestrzeń kosmiczna to trudne wyzwanie. Były łzy, ale była też radość. Jednak te radosne chwile były naprawdę fantastyczne".

Kolejnym miliarderem, który ma gwiazdy na oku, jest założyciel firmy Amazon, Jeff Bezos. Jego firma kosmiczna - Blue Origin - ma do końca roku zaprosić turystów na pokład pojazdu wielokrotnego użytku. Jednak kosmo-korporacja nie rozpoczęła jeszcze sprzedaży biletów. Bezos chce tak jak jego rywale zbudować infrastrukturę do kolonizacji przestrzeni pozaziemskiej, zaczynając od księżycowej. "Sądzę, że to całkowicie wiarygodne" - twierdzi Bezos. "Gdybyście cofnęli się w czasie o sto lat i powiedzieli wtedy ludziom, że będą mogli w następnym wieku kupić sobie bilet i latać samolotem po całym świecie, pomyśleliby, że jesteście szaleni" - obrazowo przekonuje do swej misji szef Amazona.  

Kiedy w 2011 roku nastąpił kres programu NASA, finał misji wahadłowców kosmicznych, astronauci mieli tylko jeden sposób, aby dostać się na międzynarodową stację kosmiczną: "przelecieć" się rosyjskim Sojuzem. Ale NASA chce amerykańskich astro-taksówek, dlatego wynajęła dwie firmy, SpaceX i Boeing. Astronauta Chris Ferguson dowodził ostatnią misją wahadłowca NASA, a ma nadzieję, że ponownie wyruszy statkiem kosmicznym - w szczególności Boeingiem Starlinerem, którego pomógł zaprojektować. "Jestem korporacyjnym astronautą" - wyznał Ferguson - "Jednak co do cholery znaczy korporacyjny astronauta? Nie wiemy". Nazwa brzmi intrygująco. I tyle. Na razie.  

SpaceX to "kosmiczne dziecko" założyciela Tesli, Elona Muska. Miliarder zbudował już rakiety wielokrotnego użytku i elegancką załogową kapsułę kosmiczną o nazwie Crew Dragon. Ale podobnie jak Boeing, SpaceX ma dwa lata opóźnienia, składając jedynie niejasne obietnice lotów astronautów. "Wciąż jeszcze nikogo nie wysłaliśmy w kosmos" - wyznał Musk - "Ale mamy nadzieję, że nastąpi to jeszcze w tym roku, a to z pewnością byłaby kulminacja długiego kosmo-snu, marzenia wielu ludzi". Pierwsza załoga SpaceX, astronauci NASA Bob Behnken i Doug Hurley, wierzą że wygrają kosmiczny wyścig. Hurley nie ma wątpliwości, że jego zespół zrobi to przed Chrisem Fergusonem z Boeinga. "Uprawiałem wiele dyscyplin sportowych. I nie mam problemu z odrobiną zdrowej rywalizacji" - przekonuje członek teamu Muska. I słusznie zauważa: kto na tej konkurencji korzysta? Cały kraj.

3.       Początek kosmosu? Linia Kármána

Korzyść wszystkim na pewno przynosi wiedza na temat przyszłości kolejnych małych kroków dla człowieka i wielkich kroków dla ludzkości. Najłatwiej sięgnąć po prostu po ciekawa książkę. Jednym z bardzo interesujących, a wydanych w Polsce tomów jest praca Tima Fernholza pt. "Rakietowi miliarderzy. Elon Musk, Jeff Bezos i nowy wyścig kosmiczny". Autor miał bezpośredni dostęp do kadry kierowniczej SpaceX, w tym samego Muska, a także do Blue Origin Bezosa, NASA oraz innych korporacji zaangażowanych w astro-turniej takich jak Boeing, Lockheed Martin, Orbital ATK, czy Virgin Galactic. Fernholz opisuje tę technologiczną ruletkę, hazard z wysokimi stawkami. Jego książka to porywającą opowieść o rywalizacji najbogatszych ludzi na świecie, którzy postanowili, że nie będą tylko obracać kosmicznymi pieniędzmi, ale zainwestują je w Kosmos. Dla nas wszystkich. "Rakietowi miliarderzy" to między innymi bezcenne źródło informacji na tematy techniczne. Tę ciężką materię pisarz przedstawia lekko, w bardzo przystępny sposób nawet dla kompletnego laika, twardo stąpającego po Ziemi i bojącego się oderwać od przyziemnych spraw w świat takich abstrakcji.   

Dowiadujemy się na przykład, że większość rakiet orbitalnych to tak naprawdę dwa wehikuły połączone w jeden. Większy jest nazywany pierwszym stopniem albo rakietą dodatkową, potocznie dopalaczem, albo boosterem. W przypadku rakiety Falcon 9 firmy SpaceX Elona Muska w boosterze upchano dziewięć silników oraz zbiorniki z paliwem napędowym do ich zasilania. Na szczycie umieszczono oddzielny wehikuł , zwany drugim stopniem, z tylko jednym silnikiem. Statek kosmiczny, który trafi na orbitę- może to być satelita, tuzin satelitów lub kapsuła Dragon- zostaje zamontowany w górnej części drugiego stopnia. Podczas startu pierwszy stopień odwala ciężką robotę: holuje ciężar własny, drugiego stopnia oraz ładunku, zmagając się z siłą grawitacyjną i atmosferą. To dźwiganie ciężarów zaczyna być lżejsze, kiedy rakieta przekracza granicę kosmosu zwaną Linią Kármána, powszechnie, choć nieco arbitralnie wyznaczoną na wysokości 100 kilometrów nad poziomem morza. W tym momencie - przemieszczając się z poczwórną prędkością dźwięku- silniki gasną i drugi stopień się oddziela, choć to określenie nie oddaje dramatyzmu sytuacji: pneumatyczne tłoki siłą odrywają rakietę, a silnik drugiego stopnia uruchamia się, podczas gdy dopalacz gwałtownie spada na Ziemię. Na tym etapie drugi stopień przejmuje główne zadanie, wynosząc ładunek na dowolne miejsce docelowe znajdujące się na wysokości od 400 do 37 tysięcy kilometrów nad Ziemią. W wypadku większości rakiet po separacji stopni praca pierwszego z nich dobiega końca. Przy starcie z przylądka Canaveral dopalacz wpada do oceanu. Fernholz dodaje dla porównania, że gdy startują rakiety z chińskiego programu kosmicznego, pierwsze stopnie od czasu do czasu spadają na wioski, a chińscy obywatele pozują do zdjęć obok ogromnych aluminiowych cylindrów tarasujących drogi. - czytamy w książce "Rakietowi miliarderzy". Jednak śmiecie trafiają także w odwrotnym kierunku. I to jakie!

4.       Kosmo-kupy  

W opisie tych odpadów można by wykorzystać tytuł książki włoskiego pisarza Italo Calvino "Opowieści kosmikomiczne". Bowiem duża dawka komizmu kryje się za informacją podaną przez portal BBC Science Focus, żeby nie powiedzieć "kupa śmiechu".  Historia dotyczy misji Apollo. Otóż lądowniki zostały zaprojektowane do wznoszenia się z powierzchni Księżyca przy określonej wadze. Astronautów oskarżano o sprowadzanie dużej ilości księżycowych skał na Ziemię. Waga tych próbek została jednak wyrównana przez pozostawienie na Srebrnym Globie niepożądanych przedmiotów. Te wyrzucone śmieci zawierały między innymi dwie piłki golfowe, 12 kamer, 12 par butów, teleskop i ...  96 worków "ludzkich odpadów". Chodzi - pardon! - o mocz, fekalia i wymiociny. Nie pisalibyśmy o tym, gdyby za tym naturalistycznym "kosmikomizmem" nie krył się poważny problem. Wprawdzie szary Księżyc nie jest dobrym miejscem dla "zielonego" myślenia, ale badacze już orzekli, że takie resztki nie mają trwałego wpływu na "naturalne" środowisko księżycowe. Wszelkie mikroorganizmy obecne w ludzkich odpadach nie mogą się rozwijać w trudnych warunkach na tamtejszej powierzchni. Możliwe jednak, że niektóre mogły przetrwać przez pewien czas jako nieaktywne zarodniki. To, co na ziemskim satelicie Ziemianie pozostawili 50 lat temu może być źródłem cennych informacji na temat przetrwania mikroorganizmów w kosmosie, choćby pod kątem możliwych mutacji genetycznych. To prawdziwa gratka dla astrobiologów, którzy liczą na prywatne firmy. A na razie ta kupa wiedzy w workach to z prawdopodobnie masa pyłu. Pytanie co powstanie z tego, co w proch się tam zamieniło.

Opracowanie: