Ks. Heller: Jeśli ktoś uwierzy w swoją wielkość, jest skończony

Środa, 12 marca 2008 (12:59)

Odrobina pokory, zwłaszcza pokory intelektualnej, nigdy nie zawadzi. To, czy świat został stworzony dla nas, czy dla wyższych celów, a my jesteśmy tylko małym fragmentem w tym wielkim dziele, tego nie wiemy, ale dobrze jest zachować właściwe proporcje – uważa Ksiądz Profesor Michał Heller.

Wybitny filozof, teolog, fizyk i kosmolog w 2006 roku udzielił dziennikarzowi RMF FM Grzegorzowi Jasińskiemu obszernego wywiadu.

Stephen Hawking niedawno, podczas wykładu w Hong Kongu, oświadczył, że Papież Jan Paweł II próbował zniechęcić jego i innych naukowców obecnych kiedyś na konferencji naukowej w Watykanie, od prób wyjaśnienia, jak powstał Wszechświat. Czy rzeczywiście Kościół ma wątpliwości, co do sensu takich badań?

Stephen Hawking w Hong Kongu powtórzył tylko to, co już wcześniej napisał w swojej "Krótkiej historii czasu". Myślę, że jest to jakieś wielkie nieporozumienie. Znając Jana Pawła II, wydaje się czymś zupełnie nieprawdopodobnym, by kogokolwiek starał się zniechęcać do naukowego zajmowania się początkiem Wszechświata. Sam interesował się tym problemem, wielokrotnie na ten temat z nim rozmawiałem. Co więcej, czytał on moje książki z tej dziedziny i wiem, że podzielał moje stanowisko w kwestii wzajemnych relacji pomiędzy nauką (także kosmologią) a teologią. Zresztą miał pod bokiem, w jednym ze skrzydeł swojej letniej rezydencji w Castel Gandolfo, nowoczesne obserwatorium astronomiczne, które prowadzi badania, także w zakresie kosmologii, we współpracy z największymi uczonymi w tej dziedzinie.

Hawking przy tej samej okazji oświadczył też, że człowiek powinien szukać dla siebie innego miejsca we Wszechświecie . Jego zdaniem, aby przetrwać prędzej czy później będziemy musieli Ziemię opuścić, gdyż albo przydarzy się wielka kosmiczna katastrofa, albo sami sobie za bardzo skomplikujemy tu życie. Czy takie rozumowanie oznacza z punktu widzenia religii zwątpienie w działanie opatrzności?

Myślę , że z punktu widzenia religijnego trzeba do takich spraw podchodzić bardziej realistycznie, niż z punktu widzenia świeckiego. Ze świeckiej perspektywy mamy do dyspozycji ten Wszechświat, ten Układ Słoneczny, tę ilość energii jądrowej, która jest na Słońcu, ewentualnie perspektywę, że - w najlepszym razie - garstka uprzywilejowanych, z odpowiednim sztabem fachowców, wystartuje do innej planety, by się uratować przed jakąś kosmiczną katastrofą zagrażającą Ziemi. To nie jest dla przeciętnego człowieka zbyt optymistyczne rozwiązanie. Z punktu widzenia religijnego mamy znacznie lepsze perspektywy, bo Pan Bóg dysponuje nie tylko tym układem planetarnym, nie tylko tym Wszechświatem i nie tylko skończonymi zasobami energii ale perspektywą wieczności. Tam się znajdzie miejsce nawet dla tych z nas, którzy nie są tu na Ziemi wysoko ustosunkowani.

Zasada antropiczna przekonuje, że świat, w którym żyjemy, powstał tak, by stworzyć nam warunki do życia. Czy, jako ludzie, możemy czuć się tym jakoś szczególnie wyróżnieni?

Odrobina pokory, zwłaszcza pokory intelektualnej, nigdy nie zawadzi. To, czy świat został stworzony dla nas, czy dla wyższych celów, a my jesteśmy tylko małym fragmentem w tym wielkim dziele, tego nie wiemy, ale dobrze jest zachować właściwe proporcje. Przypomina mi się historia, podobno autentyczna, zapisana w kronikach obserwatorium astronomicznego na Mt. Wilson. W latach 20. zeszłego wieku to było największe obserwatorium na świecie. Pewien amerykański senator przyjechał je zwiedzać. Pokazano mu najbliższą nam galaktykę, mgławicę w Andromedzie, wspaniale widoczną przez tak duży teleskop. Gdy się dowiedział, że są tam miliony gwiazd, zastanowił się chwilę i powiedział: "No tak, wobec tego nie jest sprawą najważniejszą, kto zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych w następnej kadencji." Coś z tego poczucia proporcji powinniśmy zawsze mieć.

Zastanawiamy się jednak coraz częściej, czy aby człowiek nie wytrąca świata z równowagi, przez zaśmiecenie i zanieczyszczenie środowiska. Czy to co robimy na Ziemi nie doprowadzi do tego, że świat stanie się dla nas niemożliwy do życia. Czy z punktu widzenia Wszechświata, człowiek może się okazać takim śmieciarzem?

Możemy zniszczyć Ziemię, czy to zanieczyszczeniem środowiska, czy wybuchem jądrowym, ale z punktu widzenia całego Wszechświata to będzie tak niezauważalny detal, że w tym wielkim Wszechświecie nic nawet nie drgnie. Tutaj zatem także to poczucie proporcji jest potrzebne.

Współczesny świat zdaje sobie sprawę z tego, że źródła energii nie są niewyczerpane, czy więc grozi nam kolejna walka o ogień?

Ta walka już trwa. Stąd wojny w Zatoce Perskiej. Ja jednak myślę, że jeśli ludzie nie zniszczą nauki to tę walkę o ogień, podobnie jak walkę o środowisko, wygramy. Obciąża się naukę odpowiedzialnością za zniszczenie środowiska, ale musimy pamiętać, ze bez nauki ani środowiska nie ocalimy, ani nie wygramy walki o ogień.

Ale jeśli zniszczymy nasze środowisko, albo wyczerpiemy zasoby energii, to informacja o tym, że coś zbroiliśmy na Ziemi mogłaby w końcu dotrzeć do jakiejś innej rozumnej istoty?

To już wchodzimy w dyskusje science-fiction. Nie wiadomo, czy jakieś istoty rozumne oprócz nas są. Czasem mam wątpliwość, czy sami jesteśmy istotami rozumnymi. Miejmy nadzieje, że są jakieś istoty bardziej rozumne od nas.

Ksiądz Profesor czułby się lepiej, gdyby były, czy z punktu widzenia teorii Wszechświata to tak naprawdę nie ma znaczenia, czy jesteśmy tym jedynym dziełem stworzenia lub wybrykiem Natury, zależnie od tego, jak ktoś chce do tego podchodzić?

To zależy od punktu widzenia. Jeśli patrzymy na naszą planetę i człowieka z punktu widzenia rozmiarów to jesteśmy rzeczywiście zerem, zaniedbywanie małym detalem. Ale jeśli popatrzymy inaczej, na pewną własność, którą posiadamy, której poza nami w widzialnym Wszechświecie nie obserwujemy, to jest w tym coś niesamowitego. Mam na myśli świadomość, a nawet coś więcej, świadomość, że jesteśmy świadomi. O ile wiemy, przynajmniej dzisiaj, jesteśmy jedynymi istotami, które tę niesamowitą własność posiadają. Z tego punktu widzenia, możemy powiedzieć, że w ludzkim mózgu Wszechświat osiągnął zupełnie wyjątkową cechę, ogromny stopień skomplikowania, który wydał z siebie samoświadomość. Pod tym względem jesteśmy bardzo ważni we wszechświecie. Pytanie, czy jesteśmy sami, czy mamy gdzieś odległych, a nieznanych nam towarzyszy, jest ważnym pytaniem, ale nie znamy na nie odpowiedzi.

Czy to pytanie ważne tylko z punktu widzenia naukowego, czy także religijnego?

Myślę, że z punktu widzenia religijnego tym bardziej. Jakiś mądry teolog powiedział, że Pan Bóg nie interesuje się czymś, co jest mniejsze od nieskończoności. Jeżeli tak, to być może jest nieskończenie wiele cywilizacji. Dla nieskończonego Boga to jest absolutnie dopuszczalne.

Czy można zaryzykować takie twierdzenie, że człowiek został tak stworzony, jego zmysły zostały tak stworzone, by mógł obserwować świat tylko do pewnego stopnia, by jego ewentualna większa złożoność była dla niego niedostępna?

W historii kosmologii często powraca temat pewnej proporcji, albo dysproporcji, między umysłem poznającym a Wszechświatem. Czy Wszechświat jest przykrojony do możliwości naszego rozumu, czy przeciwnie - nasz rozum jest tak stworzony, że może objąć w zasadzie wszystko. Rzecz ciekawa, na początku rozwoju kosmologii relatywistycznej, za czasów pierwszych prac Einsteina, potem Lemaître’a i innych, raczej dominowało przekonanie, że ludzki umysł powinien być zdolny poznać w zasadzie wszystko. Między innymi dlatego i sam Einstein, i Lamaitre, i inni kosmologowie tamtych czasów (mam na myśli lata miedzy 1920 a, powiedzmy, 1950) preferowali modele Wszechświata geometrycznie zamknięte, takie modele, w których wysłany promień światła po pewnym czasie wróci z powrotem do punktu wyjścia. Niekiedy powtarzano argument, że gdyby świat był otwarty, nieskończony przestrzennie, to nie byłby dostępny w całości dla ludzkiego poznania. Potem preferencje filozoficzne odwróciły się o 180 stopni i dziś raczej panuje przekonanie, czy moda intelektualna, że świat powinien być nieskończony, a jeśli nieskończony to i niedostępny dla ludzkiego poznania. Niemniej jednak ten umysł ludzki - a ściślej mózg, który jest organem umysłu - jest czymś we Wszechświecie wyjątkowym. Mózg składa się z około miliarda komórek nerwowych, neuronów. Każda z nich może łączyć się z innymi na ok. tysiąc sposobów. Daje to liczbę możliwych połączeń, która przekracza liczbę atomów w widzialnym Wszechświecie. Nasz mózg nie jest więc byle czym, jest wprost niezwykły. I tu rodzi się pytanie o miejsce człowieka wyposażonego w taki instrument we wszechświecie. To okazja do głębokich refleksji. O istocie człowieka stanowi świadomość. Świadomość z kolei to jest doświadczenie własnej identyczności, tożsamości, własnego ja. Gdy patrzymy na świat biologiczny, potem fizyczny, to oczywiste jest, że nie ma tam czegoś takiego jak poczucie indywidualności. Już w świecie cząstek elementarnych są kłopoty ze zdefiniowaniem identyczności cząstek. Mówimy o dwóch rozmaitych elektronach, ale de facto one się niczym nie różnią, nie da się rozpoznać jednego i drugiego tak, jak się rozpoznaje dwóch ludzi. One nie mają identyczności: jeśli zmienimy je miejscami, to nic się nie zmieni, podczas gdy zamiana miejscami dwóch osób, to duża różnica. To znany problem w fizyce. Idąc do obiektów coraz bardziej złożonych, identyczność niejako wzrasta. Już ciała makroskopowe są w jakiś sposób identyfikowalne, dwa kamienie leżące przy drodze są różnymi kamieniami. Identyczność w świecie biologicznym jest jeszcze bardziej wyraźna, już mówimy o osobnikach. I wreszcie pełne pojęcie indywiduum - człowiek. Człowiek wyposażony w niezwykły organ, jakim jest mózg. Ten wzrost indywidualności to jest jakieś wyrastanie człowieka z Wszechświata. Im bardziej odchodzimy od człowieka w głąb struktury Wszechświata, tym bardziej tożsamość się rozpływa.

Z tym się łączy jeszcze inna sprawa. Tożsamość jest związana z czasem, z doświadczeniem czasu. To dla nas coś wielkiego, ale równocześnie dramatycznego. Rodząc się w czasie, musimy umrze. Nasze doświadczenie tożsamości, doświadczenie naszej osoby, jest bardzo silnie związane z upływaniem czasu. Gdyby mnie ktoś spytał, jaka jest najbardziej humanistyczna wielkość fizyczna, odpowiedziałbym - czas. Czas, który w człowieku przybiera formę osobistego doświadczenia egzystencjalnego. Podobnie jak ze świadomością, istnieją bardzo uzasadnione przypuszczenia, że na najbardziej podstawowym poziomie fizyki nie ma upływania czasu. Natomiast w miarę posuwania się w stronę wyższych poziomów zorganizowania, czas się pojawia. Strzałka czasu pojawia się na poziomie fizyki statystycznej, gdy mamy już zbiorowiska cząstek i możemy już mówić o entropii, która wyznacza kierunek upływania czasu. Ale jest to jeszcze czas prymitywny. Gdy przejdziemy do świata biologii, strzałka czasu nabiera wyraźniejszych cech. Organizm się rodzi, organizm się rozwija. Ewolucja biologiczna to już bardzo ukierunkowana, wyraźna strzałka czasu. W człowieku czas osiąga szczyt tego, co znamy pod tym względem we Wszechświecie. I to nie jest przypadek. Świadomość, poczucie tożsamości i doświadczenie czasu - wszystkie te cechy wyrastają z fizyki, z tych najgłębszych pokładów struktury Wszechświata.

Człowiek odczuwa czas w skali swego życia. Wszechświat istnieje w zupełnie innej skali czasu, a prymitywne obiekty biologiczne jeszcze w innej. Czy czas w tych różnych skalach wygląda odmiennie, czy tak samo?

Teorią, która opisuje czasoprzestrenne stosunki we Wszechświecie jest Ogólna Teoria Względności, einsteinowska teoria grawitacji. W tej teorii czas nie jest pierwotną wielkością. Pierwotną jest czasoprzestrzeń. Oddzielnie rozpatrywane wielkości czasowe i przestrzenne zależą od układu odniesienia, wielkości czasoprzestrzenne są niezmiennicze, tzn. nie zależą od układu odniesienia. W związku z tym istnieje koncepcja, bardzo rozpowszechniona wśród fizyków, tak zwanego czasu-bloku. Według niej, scena, na której wszystko się dzieje, na której rozgrywa się cała fizyka jest czasoprzestrzeń, a nie czas i przestrzeń wzięte oddzielnie. Czasoprzestrzeń zaś istnieje cała naraz. Jak scena, na którą patrząc jakiś demiurg, równocześnie widzi i koniec, i początek, i wszystko co się dzieje.. Nie ma tam płynięcia czasu. Wszystko od początku do końca jest zapisane na tej scenie, a tylko nasza świadomość posuwa się po niej, podobnie jak koło, które toczy się po drodze, zawsze dotykając jej tylko jednym punktem. Według tej koncepcji, upływanie czasu jest złudzeniem, bardzo mocno wbudowanym w ludzką naturę, ale w fizyce czegoś takiego jak "płynięcie czasu" po prostu nie ma. Nie musimy się z tym zgadzać. Ten obraz może być tylko wynikiem pewnych uproszczeń, czy schematyzacji obrazu świata, jaki jest wbudowany w metodę fizyki, ale ten obraz bardzo fizykom się narzuca. Jednak niejako wbrew temu obrazowi odkrywamy historię wszechświata. Potrafimy, przy pomocy teorii fizycznych i obserwacji astronomicznych, zrekonstruować historię Wszechświata, zajrzeć bardzo głęboko wstecz dzięki temu, że światło ma ograniczoną prędkość. Najnowsze obserwacje powiadają, że wiek Wszechświata wynosi 13,7 miliarda lat z dokładnością około 3-ch procent. To wiedza wręcz przerażająco dokładna, jak na tak ogromna skalę. I tu możemy sobie zadać pytanie, dlaczego nasz Wszechświat ma wyraźną strzałkę czasu, wyraźna historię, którą odkrywamy, wbrew temu, że pierwotny nie jest czas lecz czasoprzestrzeń Zapewne jest to cechą jakichś bardzo wyjątkowych warunków początkowych. To pierwsze zdziwienie, że mamy jednak to upływanie czasu. I co tu dużo mówić, temu, że wszechświat ma swoją historię, zawdzięczamy nasze istnienie. Nasza indywidualna historia to zaledwie jedno włókno całej historii wszechświata. Nasze ciało jest zbudowane z atomów węgla. Jądra atomów węgla powstają we wnętrzach gwiazd. Tam pierwotny wodór i hel musi się przepalić na cięższe pierwiastki. Do tego nie wystarczy jedno pokolenie gwiazd, musza być trzy, nawet cztery, pokolenia. Gwiazda wybucha, z jej resztek rozproszonych w przestrzeni powstają nowe generacje gwiazd, i tak dalej. Nasze Słońce jest właśnie taką gwiazdą. Atomy, które nosimy w sobie, były wcześniej w kilku gwiazdach. Żeby węgiel mógł powstać, materia w gwiazdach musi ewoluować około 9, 10 miliardów lat. Widzimy, jak nasza historia jest wpisana w historię Wszechświata. Nasze Słońce jest gwiazdą w średnim wieku, ma mniej więcej 5 miliardów lat życia za sobą. Paliwa jądrowego wystarcz jej na drugie tyle. Żyjemy więc w dobrym momencie. Wcześniej nie moglibyśmy zaistnieć, bo Ziemia byłaby jeszcze za gorąca, nieprzyjazna dla życia, a gdybyśmy zaistnieli dużo później, byśmy mieli krótkie życie przed sobą.

Człowiek, który wierzy w Boga i wierzy, że ma wolną wolę, musi kiedyś zadać sobie pytanie, jak to jest, że Pan Bóg wszystko wie a równocześnie to, że wie wszystko nie narusza wolnej woli człowieka.

Myślę, że dobrą odpowiedzią na tę trudność jest odwołanie się do bardzo starej doktryny filozoficznej, sięgającej chyba świętego Augustyna. Wieczność to nie - jak sobie często wyobrażamy - czas płynący od minus nieskończoności do plus nieskończoności. To jest późne wyobrażenie; weszło ono do historii myśli ludzkiej gdzieś w XVI/XVII wieku razem z Kartezjuszem i Newtonem. Teologowie, od Augustyna, zawsze uważali, że wieczność

to istnienie poza czasem, istnienie w jakimś wiecznym "teraz", w którym czas nie upływa. Jeśli przyjmiemy tę doktrynę i postawimy się w pozycji Pana Boga, który istnieje poza czasem, to stosunkowo łatwo wyobrazić sobie, że Pan Bóg niejako widzi początek świata i jego koniec jakby z zewnątrz i nie ingerując w jego losy, może obserwować, co człowiek swoją wolą zrobi. To tak jakbyśmy przyglądali się z zewnątrz obrazowi, przedstawiającemu jakieś wydarzenie historyczne. Widzimy równocześnie lewą stronę obrazu i prawą stronę obrazu. Trzeba tylko ten obraz uruchomić: lewa strona to początek wydarzenia przedstawionego na obrazie, prawa to jego koniec, a my z zewnątrz widzimy, co się tam dzieje, nie ingerując w to. Tak sobie to wyobrażam. Aczkolwiek, gdy myślimy o Panu Bogu i tego rodzaju sprawach, zawsze sobie trzeba sobie powiedzieć, ze prawdopodobnie jest jeszcze inaczej, jeszcze wspanialej, tylko, że my nawet nie podejrzewamy, jak. Bo Bóg nas nieskończenie przewyższa.

Czy można przypuszczać, że raj, niebo, to będzie stan, w którym kiedyś odpowiemy sobie na te pytania?

Znów jesteśmy trochę w "theology fiction". Myślę, że rzeczywistość boża nas naprawdę zaskoczy i czasem mi się wydaje, że Pan Bóg ma duże poczucie humoru, a najbardziej bawią go podręczniki teologii.

Wciąż pojawiają się w nauce nowe teorie przewidujące istnienie większej liczby wymiarów niż te, które obecnie obserwujemy. Czy tu można upatrywać szansy fizyki na wytłumaczenie zjawisk, których jeszcze nie rozumiemy?

Teorie wielu wymiarów mają długą historię. Pierwsze prace, nie licząc spekulacji z końcem XIX wieku, które nie miały charakteru naukowego, pojawiły się w latach 20-tych ubiegłego stulecia. Ich autorem był, pracujący najpierw w Królewcu potem w Berlinie, uczony polskiego pochodzenia, Theodor Kaluza. Kaluza przesłał nawet swe prace Einsteinowi, którego gnębiło pytanie jak połączyć teorię grawitacji z elektromagnetyzmem. Jeszcze wtedy nie znano sił jądrowych, więc ówczesna "teoria wszystkiego" miała obejmować tylko grawitację i elektromagnetyzm. Kaluza zauważył, że gdyby do czterech wymiarów czasoprzestrzeni dodać w odpowiedni sposób piąty wymiar i napisać równania Einsteina, to one będą zawierały w sobie równania Maxwella. Niestety na podstawie tego modelu nie udało się zrobić żadnych przewidywań empirycznych. Potem inny niemiecki uczony, Oskar Klein uzupełnił ten model, dziś mówimy wiec o modelu Kaluzy-Kleina. To był pierwszy model rozszerzający liczbę wymiarów z czterech do pięciu. Później wiele wymiarów pojawiło się najpierw w teorii zwanej supergrawitacją, która z czasem wyewoluowała do postaci teorii superstrun. To teraz najbardziej popularna kandydatka do stania się teoria wszystkiego, chociaż wciąż do ostatecznego sukcesu bardzo daleko. Teoria superstrun może pracować w dużej liczbie wymiarów, mówi się o 10-ciu lub większej liczbie wymiarów, zależnie od wersji tej teorii. Problem wymiarów stał się głośny dlatego, że wymiar jest stosunkowo łatwo sobie wyobrazić. Wiemy, co to są trzy wymiary, wydaje nam się, ze możemy sobie wyobrazić ich więcej. Matematyk jest w doskonałej sytuacji, bo może operować nawet nieprzeliczalną liczbą wymiarów. Teorie fizyczne można jednak wzbogacać nie tylko przez dodawanie wymiarów. Fizycy mówią o wprowadzaniu nowych stopni swobody. Można tego dokonywać metodą uogólnienia różnych wielkości fizycznych. Na przykład możemy uogólniać całą geometrie, nie tylko wymiary przestrzeni. Jest obecnie znana Teoria Grup Kwantowych, która posługuje się znacznie uogólniona geometrią, w której – mówiąc dość prymitywnie – jest wiele więcej miejsca niż w zwykłej geometrii. Fizyka jest znacznie bogatsza niż to co przedostaje się do świadomości przeciętnego czytelnika popularno-naukowych artykułów.

Fizyka, astronomia, matematyka, te dziedziny nauki cieszą się coraz mniejszą popularnością, coraz mniej studentów decyduje się na trudna edukację w tych dziedzinach. Jak to zmienić?

Widzę w naszej kulturze postępujące od pewnego czasu rozwarstwienie. Ten niesłychany rozwój nauki, o którym rozmawiamy, powoduje wzrost pewnego rodzaju racjonalizmu wśród ludzi, którzy dotykają tych spraw, którzy o nich czytają, którzy się tym interesują. Ten wzrost racjonalizmu oznacza docenianie wartości rozumu, doświadczanie kontaktu z racjonalną przyrodą, tzn. z przyroda, która daje się badać. To z jednej strony. Ale z drugiej strony ten olbrzymi postęp cywilizacyjny, wzrost demograficzny ludzkości i tendencje demokratyczne, skądinąd bardzo dobre i słuszne, powodują wzrost irracjonalizmu. Środki masowego przekazu, tak potężne obecnie, zamiast uczyć, bardzo często spłaszczają. I mamy rozdarcie. Stosunkowo niewielka elita, która żyje racjonalizmem i ciągle powiększająca się masa irracjonalizmu. Ludzkość będzie musiała kiedyś zastanowić się, co z tym zrobić, jak ten proces zatrzymać. Bo niesie on w sobie poważne niebezpieczeństwo. Irracjonalizm w kontakcie z racjonalizmem powoduje agresję, wynikającą być może z kompleksu niższości. Elementy tego czasem już widać. Jak się czegoś nie rozumie najprościej to zniszczyć. To są czarne scenariusze, ale rozmawiając z różnymi moimi kolegami, słyszę takie opinie. Miejmy jednak nadzieję, że instynkt samozachowawczy ludzkości (skoro racjonalność nie zawsze działa) kiedyś jednak zwycięży.

Ksiądz profesor zajmuje się kosmologią, matematyką, fizyką, filozofią, prezentuje rzadką dziś szerokość spojrzenia. Żyjemy jednak w czasach pośpiechu, w których wygrywa specjalizacja, coraz trudniej być wszechstronnym, ogarniać różne dziedziny wiedzy. Czy ta umiejętność syntezy zaniknie?

Mam nadzieję, że w historii ludzkości nigdy nie zabraknie ludzi trochę innych niż reszta, w dobrym tego słowa znaczeniu. Wśród nich znajdą się także i tacy, których interesuje za dużo. Istnieje pewnego rodzaju napięcie między specjalizacją, tym co by się chciało wiedzieć dobrze, w wąskiej dziedzinie, a szerokością spojrzenia. Mam do siebie często pretensję, że rozpraszam się na zbyt wiele rzeczy, ale być może jest to jednak w jakimś sensie potrzebne. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na to, że pewna szerokość spojrzenia jest niezbędna dla naszej cywilizacji. Niezbędna dziś specjalizacja wymusza pod tym względem pewną strategię - to wielu specjalistów pracujących razem, interdyscyplinarność, koordynacja pracy. Proszę zwrócić uwagę, że wielkie projekty naukowe ludzkości: lądowanie na Księżycu, odczytanie genomu człowieka, budowa wielkich akceleratorów i prowadzenie z ich pomocą doświadczenia zmierzające do poznania budowy cząstek elementarnych, to wszystko dzieła zespołów ludzi. Żeby taki zespół zadziałał, musi być znakomita organizacja, musi istnieć sztab zdolnych ludzi, który to wszystko jest w stanie ogarnąć.

Skoro już o tych wielkich projektach naukowych mowa, wiele rozgłosu towarzyszy takim kosztownym przedsięwzięciom, jak Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, nowy akcelerator w laboratorium CERN w Genewie, czy eksperymentalny reaktor termojądrowy na południu Francji. Który z tych projektów budzi u księdza profesora największe nadzieje na naukowy przełom?

O konkretne wskazania trzeba by pytać specjalistów; ja mogę odpowiedzieć na to pytanie nieco bardziej ogólnie. Takie projekty przynoszą ludzkości bardzo wymierne dochody i korzyści. Tu nie chodzi tylko o to, że poszerzają one horyzonty naukowe. W człowieku jest pewien dynamizm, który pcha go do zrozumienia świata i te doświadczenia w tym kierunku idą. Chcę zwrócić uwagę na całkiem konkretne korzyści. Loty kosmiczne, budowa wielkich teleskopów i radioteleskopów, te doświadczenia o których pan wspomniał, to nie są tylko zabawki dla jajogłowych. Choćby telefony komórkowe, czy komputery osobiste to tylko uboczne produkty takich wielkich projektów. Internet, który tak zmienił oblicze cywilizacji, powstawał kiedyś jako narzędzie szybszej wymiany informacji miedzy placówkami naukowymi (został on wymyślony przez uczonych w CERNie). Odpowiedź na pytanie, które doświadczenia przyniosą najwięcej korzyści, jest trudna; ja osobiście w tej chwili śledzę z największą uwagą to przygotowywane doświadczenie w CERN-ie, o którym Pan wspomniał, Może ono w istotny sposób pogłębić naszą wiedzę w dziedzinie cząstek elementarnych i tym samym odsłonić przed nami szczegóły bardzo wczesnej historii wszechświata. Ważne wydają mi się także najnowsze odkrycia w dziedzinie kosmologii obserwacyjnej, choćby dokonywane przy pomocy orbitalnego teleskopu Hubbla. Do tego dochodzą misje satelitarne, których celem jest badanie mikrofalowego promieniowania tła. Wszystko to zbliża nas do pierwszych chwil istnienia Wszechświata.

W swojej książce „Podróże z filozofią w tle” ksiądz profesor pisze o niebezpieczeństwie myślenia schematami. Jak temu zapobiec? Jaki jest sposób wychodzenia ze schematów myślenia? Trzeba dużo czytać, słuchać innych ludzi?

Nie mam recepty (czyli schematu), jak się wychodzić ze schematów. Mogę jedynie opowiedzieć trochę o swoich doświadczeniach. Myślę, że wielu czytelników ma podobne. Powiedzmy, że mamy przed sobą do rozwiązania jakiś problem matematyczny. Może być łatwy, trudny, w tej chwili nie chodzi o stopień trudności. Powiedzmy, że jest już wieczór i nie mogę znaleźć rozwiązania. Mówię o wieczorze nieprzypadkowo, bo zwykle wtedy jesteśmy już zmęczeni, umysł bywa przesycony pracą, wtedy łatwo wpada się w koleiny, w schemat myślenia. Co wówczas trzeba zrobić? Mieć odwagę i siłę woli, b pracę przerwać, przejść się na spacer, położyć się spać, albo nawet na tydzień odłożyć robotę. Trochę zapomnieć o tym co się robiło. Duża szansa, że koleiny się zasklepią. A potem zabrać się do tego problemu ze świeżymi siłami. Czasem to wystarczy, żeby ze zdziwieniem zobaczyć, że problem był całkiem prosty. Każdy z nas ma jakieś koleiny w mózgu. To skutek wychowania, edukacji, nawyków. Czasem rzeczywiście trudno się z nich wyswobodzić. Potrzeba krytycznego spojrzenia na siebie i odpowiedniej dawki pokory. Jeśli ktoś uwierzy w swoją wielkość, jest skończony.

Artykuł pochodzi z kategorii: Nauka

RMF FM - newsroom