"Praca przy 'House of Cards' jest najlepszym doświadczeniem w całym moim życiu zawodowym. Będzie mi bardzo miło ciągnąć to tak długo, jak będzie potrzeba" - mówi w rozmowie z RMF FM lord Michael Dobbs, twórca książkowego pierwowzoru historii Franka Underwooda i producent wykonawczy bijącego rekordy popularności serialu z Kevinem Spacey w roli głównej. Pytany o to, czy po wyczekiwanym przez fanów trzecim sezonie będą kolejne, odpowiada entuzjastycznie: "Bawimy się świetnie. Serial odnosi sukcesy i jest coraz lepszy. Zbieramy coraz więcej nagród. Dlaczego mielibyśmy kończyć?".

REKLAMA

Michael Dobbs to człowiek wielu talentów - polityk, pisarz, autor sztuk teatralnych i były członek kierownictwa słynnej agencji reklamowej Saatchi & Saatchi. Jak sam o sobie mówi, jego życie to nieustanne poszukiwanie porządnej roboty, której prawdopodobnie już i tak nie znajdzie...

Dobbs był jednym z najbliższych współpracowników Margaret Thatcher i to on w 1979 roku pierwszy poinformował ją, że została premierem. Gdy znalazł się na politycznym zakręcie, wyjechał na wakacje na maleńką wyspę Gozo na Malcie. Tam - jak sam przyznaje, narzekał na wszystkich i wszystko, łącznie z książkowymi bestsellerami. Wtedy zdenerwowana żona kazała mu skończyć z marudzeniem i chwycić za pióro. Tak zaczęła się historia "House of Cards" - książki, która nigdy nie miała zostać wydana, a od prawie 30 lat podbija serca czytelników. Doczekała się dwóch telewizyjnych adaptacji i mnóstwa tłumaczeń - polskie za kilka dni pojawi się w księgarniach. W RMF FM Michael Dobbs opowiada o tym, jak Francis Urquhart, bo tak pierwotnie nazywał się jego bohater, stał się Frankiem Underwoodem i zyskał twarz Kevina Spacey.

Rozdaliśmy Wam 5 egzemplarzy książki Michaela Dobbsa "House of Cards", która na początku lutego pojawi się w księgarniach. Dziękujemy za wszystkie zgłoszenia. Ze zwycięzcami skontaktujemy się mailowo

Maciej Nycz, RMF FM: Jakie to jest uczucie - być ojcem najsłynniejszego drania na świecie?

Michael Dobbs, autor książki "House of Cards" i producent wykonawczy serialu o tym samym tytule: Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem (śmiech). Postać, którą stworzyłem 27 lat temu praktycznie przez przypadek do tej pory zmienia moje życie na lepsze.

Postać, którą stworzyłem 27 lat temu praktycznie przez przypadek do tej pory zmienia moje życie na lepsze

Jako twórca F.U. musi pan dostawać mnóstwo korespondencji od fanów i innych dowodów sympatii. Który z nich był najbardziej zaskakujący?

Minęło już tyle lat, więc takich niespodzianek było mnóstwo. Ale myślę, że największą niespodzianką był telefon z Ameryki od małej firmy MRC, o której nigdy nie słyszałem. Powiedzieli: "Witaj, Michael, jesteśmy zainteresowani zrobieniem amerykańskiej wersji House of Cards". Odpowiedziałem: "Aha, w porządku", bo już wielu Amerykanów składało mi takie propozycje, ale nic z tego nie wyszło. Po 6 miesiącach zadzwonili jeszcze raz - powiedzieli, że wciąż są zainteresowani i załatwili udział Kevina Spacey i Davida Finchera w tym projekcie. "Co o tym myślisz?" - zapytali. Odpowiedziałem: "Co myślę? Nad czym się tu zastanawiać!". To była cudowna wiadomość i wielka niespodzianka.

To były dwa nazwiska, które przekonały pana, że to świetny pomysł i trzeba w to wejść?

Myślę, że oni nigdy w życiu nie zrobili czegoś, co nie byłoby najwyższej jakości. Nie zawsze odnosili wielki sukces, ale nigdy nie robili rzeczy do bani. Ich nazwiska wydały mi się doskonałym wyborem i to się potwierdziło.

A wracając do książki: Jeździ pan często na tę maltańską wyspę Gozo, gdzie zaczęła się historia "House of Cards"? To jest dla pana szczęśliwe miejsce?

Nigdy tam nie wróciłem. Byłem tam z pierwszą żoną i nie jestem pewny, czy druga chciałaby tam pojechać. Ale muszę powiedzieć, że to cudowne miejsce.

Pan często mówi, że pisanie "House of Cards" było dla pana formą terapii. Czy to był również rewanż na rywalach: "wykopaliście mnie to teraz ja wam pokażę"? I jeszcze jedno - może ważniejsze pytanie: jaki wpływ na "HOC" miała pana bliska współpraca z Margaret Thatcher?

To w żadnym wypadku nie był rewanż. Z polityki nie zostałem wykopany - straciłem stanowisko i postanowiłem się wycofać. Z ręką na sercu mogę panu powiedzieć, że praca z Margaret Thatcher była dla mnie ogromnym przywilejem. Zawsze jest broniłem i będę jej bronił, bo była najlepszym premierem czasów pokoju, jakiego mieliśmy przez ostatnie 100 lat. Straciłem wtedy stanowisko, ale tak już jest w polityce - wchodzisz do niej i wiesz, że będzie bolało. To jest publiczne zajęcie i my lubimy być na świeczniku. A "HOC" to moim zdaniem - i myślę, że większość polityków uważa podobnie - tak naprawdę czarny humor a nie dokument czy ambitna, zakulisowa analiza. Byłem daleki od tego.

Wspominał pan wielokrotnie, że "HOC" było pisane do szuflady. Kto pierwszy powiedział panu: Michael, to jest świetne, musisz to opublikować?

To jest trochę zawstydzające, ale można powiedzieć, że zostałem wmanewrowany. Miałem propozycję napisania książki o Margaret Thatcher, ale nie uważałem tego za dobry pomysł - nie chciałem zdradzać jej zaufania i ujawniać sekretów. Byłem na partyjnym zjeździe, siedziałem późną nocą w barze z dziennikarzami. Spytali mnie o książkę, którą piszę. Powiedziałem: "To nie tak, jak myślicie, pracuję nad normalną powieścią". Pogawędziliśmy przez 5 minut, a 2 dni później w "Timesie" był artykuł: "Dobbs pisze książkę, ale nie ma jeszcze wydawcy". Zacząłem dostawać telefony: "Jesteśmy zainteresowani, wpadnie pan na lunch, na obiad, na kolację?". Wtedy uświadomiłem sobie, że mam dwa wyjścia - albo muszę się zamknąć i już nic nie mówić o książce, albo muszę ją wydać. To doprowadziło do lunchu z przedstawicielem wydawnictwa Harper Collins i publikacji. To chyba trochę nie fair w stosunku do ludzi zajmujących się pisaniem - większość z nich wchodzi na rynek zupełnie inaczej niż ja.

Wracając do Underwooda. Pan jest producentem wykonawczym "House of Cards". Co to właściwie oznacza? Pan konsultuje scenariusz, pomaga aktorom? Jest pan na planie podczas zdjęć?

To bardzo różnie wygląda. Ja mam wiele innych zajęć i nie mam możliwości być na planie zbyt długo albo przez cały czas, gdy trwają zdjęcia. Robię, co mogę - odwiedzam regularnie plan, rozmawiam z autorami scenariuszy, z Kevinem Spacey. Mamy bardzo rodzinną atmosferę w ekipie. Każdy może wyrazić swoje zdanie i każdy jest słuchany uważnie. Ja mam dwa główne zajęcia - jedno to zapewnienie ciągłości. Jestem jedyną osobą zaangażowaną w ten projekt od samego początku. Ludzie zaangażowani w tworzenie amerykańskie wersji "HOC" pracują trochę jak nad sztuką teatralną, a co ważne - respektują źródła tej historii. Ja jestem w pewnym sensie symbolem jej autentyczności. Pomagam też w promocji - udzielając np. panu wywiadu. Takie rozmowy odbywam z dziennikarzami z całego świata. To bardzo ważne, że w ekipie jest ktoś taki jak ja - nie aktor, ale człowiek, który opowiada, jak zrobiliśmy ten serial i pomaga go zrozumieć.

Mamy bardzo rodzinną atmosferę w ekipie. Każdy może wyrazić swoje zdanie i każdy jest słuchany uważnie

A podczas tych rozmów i konsultacji, o których pan wspomniał zdarzyła się kiedyś sytuacja, że musiał pan powiedzieć: "Nie chłopaki, nie róbcie tego w ten sposób, to nie ma sensu, ja się nie zgadzam"?

Przy amerykańskiej wersji "HOC" nie było takich sytuacji. Mieliśmy bardzo otwarte dyskusje i nigdy nie pojawiło się coś, co byłoby moim zdaniem złe czy nieakceptowalne. Takie sytuacje zdarzyły się przy brytyjskiej wersji - trzecia seria mi się nie spodobała, była niedokładnie zrobiona. Choć jest na podstawie mojej książki, to w ekranizacji nie znajdzie pan mojego nazwiska. Nie mogliśmy wtedy dojść do "kreatywnego porozumienia", więc się rozstaliśmy, co jest troszkę smutne. Oczywiście, książka jest o wiele lepsza...

Fani z całego świata czekając teraz na premierę trzeciej serii "HOC". Na swojej stronie napisał pan, że jest tam więcej podłości niż w poprzednich. To świetna, chwytliwa rekomendacja. Nie proszę o zdradzanie szczegółów, ale proszę wskazać 2-3 rzeczy, które się w niej panu najbardziej spodobały.

Nie mogę mówić zbyt wiele o fabule, bo gdybym to zrobił, musiałbym pana zabić (śmiech). Ale jest coś, co mogę powiedzieć: próbowaliśmy wynająć pomieszczenie, w którym zbiera się Rada Bezpieczeństwa ONZ i nakręcić tam część zdjęć. Nie dostaliśmy zgody i musieliśmy to obejść... Mimo to trzeci sezon ma bardzo rozbudowaną, międzynarodową fabułę. Myślę, że sprawi widzom więcej frajdy niż dwa poprzednie.

A jak zmieniło się "House of Cards" po wprowadzeniu większej liczby reżyserów? Jednym z nich jest Polka, Agnieszka Holland.

David Fincher od początku tworzył bardzo wyraźny format tej produkcji, wypracował pewien wzór do wypełnienia i pokolorowania. Do poszczególnych epizodów są inni scenarzyści i reżyserzy, ale to wszystko robione jest w ramach doskonale "przetrawionego" formatu, który odnosi wielkie sukcesy. Właśnie dlatego współpraca wielu osób nie była problemem. A mamy 13 odcinków - to jak sześć filmów pełnometrażowych. Ciśnienie jest duże, konieczna jest współpraca, ale wszystko zostało świetnie zorganizowane. A podążanie za wskazówkami przygotowanymi przez Finchera nie było trudne.

A teraz pytanie, które muszę panu zadać. Mam świadomość, że znów mogę usłyszeć: "będę musiał pana zabić", ale spróbujmy.

(śmiech).

Muszę o to spytać, bo inaczej wszystkie fanki Franka w mojej stacji zaczną mnie nienawidzić, a tego bym nie chciał. Czy według pana wiedzy podjęto już jakiejś decyzje co do kolejnych sezonów? A może będzie tak jak z książkami: 3 tomy o F.U. i 3 serie?

Nie mogę powiedzieć nic wiążącego do czasu oficjalnego ogłoszenia, ale ujmę to tak: bawimy się świetnie, serial odnosi sukcesy i jest coraz lepszy. Zbieramy wyróżnienia, Kevin Spacey został nagrodzony Złotym Globem, Robin Wright również. Dwa Złote Globy po dwóch sezonach serialu to coś niesłychanego. Dlaczego mielibyśmy kończyć, skoro tak świetnie się bawimy?

Serial odnosi sukcesy i jest coraz lepszy. Zbieramy wyróżnienia. Dlaczego mielibyśmy kończyć, skoro tak świetnie się bawimy?

Świetna wiadomość! Macie poczucie, że nadal robicie coś na wysokim poziomie, macie z tego mnóstwo frajdy i chcecie ją dawać widzom.

Dokładnie. Praca przy "House of Cards" jest najlepszym doświadczeniem w całym moim życiu zawodowym. Będzie mi bardzo miło to ciągnąć tak długo, jak będzie potrzeba. Nikt z nas nie chciałby kończyć produkcji w złym stylu. Mam nadzieję, że uda nam się to zrobić w szczytowej formie.

A jaki jest pana zdaniem główny powód sukcesu "HOC"? Czy to fakt, że jesteśmy znudzeni naszymi politykami, że oni są nudni, bez charyzmy i chcemy zobaczyć kogoś silnego? A może chodzi o silnego mężczyznę, którym bez wątpienia jest Frank Underwood wykreowany przez Kevina Spacey?

Ta historia jest ponadczasowa, opowiadająca o czymś, co dzieje się od wieków. Jako dzieciak czytałem "Juliusza Cezara" Szekspira. Najpotężniejszy człowiek na ziemi został zakłuty na schodach Kapitolu przez swojego najlepszego przyjaciela. To się dzieje od zawsze. A my jesteśmy w takim samym stopniu znudzeni polityką, w jakim jesteśmy zafascynowani wielkimi postaciami i ich ambicjami.

Po przeczytaniu pana książki zdałem sobie sprawę, że to nie jest tylko historia politycznych namiętności, ale też wspaniały portret środowiska dziennikarskiego. Możemy powiedzieć - proszę wybaczyć to sformułowanie - że na swój sposób jesteśmy braćmi w uzależnieniu. Jest coś, co nas łączy, ale chyba też łączy wszystkich ambitnych ludzi.

Napięcie pomiędzy środowiskami polityków i dziennikarzy jest świetne, bo one są zawsze w konflikcie. Ale moim zdaniem to nie chodzi w ogóle o politykę. Ogląda pan wieczorem "House of Cards" i co pan będzie pamiętał? Nie szczegóły, polityczne niuanse... Będzie pan pamiętał świetne postaci i ich wzajemne relacje. To dlatego duński serial "Rząd" (tyt. org. "Borgen") odniósł sukces międzynarodowy. Przecież nikt tak naprawdę się nie interesuje niuansami duńskiej polityki - chodzi o świetne postaci. Dla mnie kluczem do sukcesu każdej produkcji filmowej są bohaterowie. Reszta jest w zasadzie drugorzędna.

Wspomniał pan o sukcesie "HOC" na gali Złotych Globów. Jesteśmy w środku sezonu rozdawania nagród - kilka tygodni przed galą BAFTA i Oscarami. Chciałbym spytać, czy ma pan jakichś faworytów - oczywiście poza "HOC" - i czy widział pan np. polską "Idę" nominowaną do nagród BAFTA i Oscarów?

Nie, nie widziałem "Idy". Ruszyła kampania wyborcza, co sprawia, że mam mnóstwo rzeczy na głowie. Niestety, nie mogłem nawet być na rozdaniu Złotych Globów. To jest świetne uczucie - spotykać się na takich imprezach. Jestem ich wielkim fanem. Ci wszyscy ludzie tak ciężko pracują - niektórzy pojawiają się na planie o 5 rano i są tam do północy. Ogrom pracy i wysiłku wkładany w takie produkcje jest niezwykły. Mam nadzieję, że będzie jeszcze mnóstwo takich ceremonii i znajdę czas, by na nie chodzić.