Jerzy Hoffman, reżyser nazywany "wielkim hetmanem polskiego kina", obchodzi dziś 85. urodziny. To twórca takich filmów jak m.in. "Prawo i pięść", "Znachor" i "Trędowata". To właśnie Hoffman przeniósł na ekran "Trylogię" Henryka Sienkiewicza.

REKLAMA

Jerzy Hoffman urodził się w 1932 r. w Krakowie, w rodzinie lekarskiej. Jako ośmiolatek został wywieziony na Syberię, z której wrócił do Polski dopiero po zakończeniu wojny. Maturę zdał w Bydgoszczy w 1950 r.

Debiutował pięć lat później z Edwardem Skórzewskim - kolegą z egzaminów wstępnych na studia reżyserskie w moskiewskim Wszechzwiązkowym Państwowym Instytucie Kinematografii. Wspólnie zrealizowali ponad dwadzieścia krótkometrażowych dokumentów - w tym tytuły: "Uwaga chuligani!", "Tor", "Dwa preludia", "Dwa oblicza Boga", "Patria o Muerte" - oraz fabułę "Gangsterzy i filantropi". Jednym z elementów ich pracy było uchronienie scenariusza przed ingerencją zawodowego scenarzysty, który z komedii - jak opowiadał jubilat na kartach książki "Hoffman: chuligana żywot własny" Stanisława Zawiślińskiego - chciał zrobić dramat.

W filmie, który powstał na początku lat 60. i ostatecznie składał się z dwóch nowel, wystąpili m.in. Gustaw Holoubek, Kazimierz Opaliński, Gustaw Lutkiewicz, Wiesław Michnikowski, Hanka Bielicka, Ryszard Pietruski oraz reżyser Stanisław Bareja w epizodzie gościa w restauracji. Reżyser mówił później, że "Gangsterzy i filantropi", jego fabularny debiut, był dla niego wielką szkołą przed "Potopem".

"Polski western" z legendarną piosenką

W 1964 r. na ekranach kin pojawił się kolejny wspólny film Hoffmana i Skórzewskiego - "Prawo i pięść". Scenarzystą produkcji określanej później przez recenzentów "polskim westernem" był Józef Hen - autor powieści "Toast", na podstawie której powstał scenariusz.

Gwiazdą filmu był Gustaw Holoubek. Aktor zagrał Andrzeja Keniga, byłego więźnia obozu koncentracyjnego, który zgłasza się na ochotnika do pracy jako pełnomocnik rządu i dostaje zadanie, by wraz z grupą zabezpieczyć mienie pobliskiego uzdrowiska i uruchomić sanatorium. Do historii przeszła skomponowana do tego filmu ballada “Nim wstanie dzień". Muzykę napisał Krzysztof Komeda, a słowa Agnieszka Osiecka. Utwór wykonał aktor Edmund Fetting.

Później Hoffman, także ze Skórzewskim, zrealizował "Trzy kroki po ziemi" - film składający się z trzech obyczajowych nowel. Części "Rozwód polski", "Dzień urodzin" oraz "Godziny drogi" powstały na podstawie utworów Jerzego Janickiego oraz Józefa Kuśmierka. W filmie z muzyką Wojciecha Kilara nagrodzonym Srebrnym Medalem IV Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Moskwie, wystąpili m.in. Ewa Wiśniewska, Wiesław Michnikowski, Zofia Czerwińska, Jerzy Turek, Teresa Szmigielówna i Zbigniew Koczanowicz.

Jak wyglądała praca nad "Trylogią"?

Reżyser, honorowy obywatel gminy Chęciny, gdzie nakręcił "Pana Wołodyjowskiego", "swój pierwszy samodzielny film", nad ostatnią częścią Trylogii Sienkiewicza pracował dwa lata - tyle czasu trwały zdjęcia do filmu. Na potrzeby produkcji właśnie w Chęcinach wzniesiono makietę zamku w Kamieńcu Podolskim, którego bronił i w którym zginął pułkownik Wołodyjowski. To były inne czasy. O żadnych wozach dla aktorów nie było mowy. Nie było żadnych toalet, łączności. Krzyczałem przez tubę, aby zapanować nad tłumem statystów - wspominał tamtą pracę Hoffman.

"Pana Wołodyjowskiego", którego premiera odbyła się w 1969 r., Hoffman darzy wielkim sentymentem. Czas "Potopu", który na ekranach kin pojawił się w 1974 r. i później walczył o Oscara, Hoffman po latach z kolei wspominał tak: Na stres nie było czasu. To były ciężkie momenty, a nawet bardzo ciężkie. Walczyliśmy razem z Jerzym Wójcikiem o aparaturę. Chciano, byśmy kręcili ten film na starych, zdezelowanych obiektywach. Zdjęcia z powrotu Laudy, które kręciliśmy na Białorusi, niestety poszły do kosza. Były technicznie nie do przyjęcia. Winę próbowano zwalić oczywiście na operatora, dopiero specjalna komisja techniczna udowodniła, że te obiektywy były już nie do użytku.

"Potop" skierowano do produkcji przy ogromnych obawach Komitetu Centralnego PZPR, by obrona Jasnej Góry nie stała się centralnym elementem filmu. Na kolaudacji nakazano mi skrócenie sceny odsłonięcia obrazu Najświętszej Marii Panny. Spojrzeliśmy sobie w oczy z montażystą panem Zenonem Pióreckim i skróciliśmy tę scenę... o trzy klatki, a sekunda ma ich 24. Obejrzano film po raz drugi i stwierdzono, że teraz jest dobrze - wspominał reżyser.

W 1976 r. z ręki Hoffmana wyszła "Trędowata" - film, który uczynił z Elżbiety Starosteckiej, odtwórczyni roli Stefci Rudeckiej, prawdziwą gwiazdę. Autorem pierwszej wersji scenariusza na podstawie powieści Heleny Mniszkówny był Stanisław Dygat. Pisarz, po nakręceniu filmu wg wersji scenariusza autorstwa Hoffmana, ostatecznie wycofał z czołówki swoje nazwisko. Twórca filmu odszedł całkowicie od mojej wersji scenariusza i zrezygnował z koncepcji, która była dla mnie usprawiedliwieniem i bodźcem dla dokonania przeróbki filmowej tego utworu fascynującego mnie od dawna i budzącego mój szczególny podziw. (...) Będąc przekonanym o sukcesie filmu "Trędowata" nie chciałbym dzielić z jego twórcami zaszczytów i korzyści, w których nie będzie mojego udziału - tłumaczył w liście zamieszczonym wtedy w tygodniku "Film".

W trakcie stanu wojennego - 12 kwietnia 1982 r. - premierę miał "Znachor", film na podstawie jednej z najpopularniejszych książek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, napisanej pierwotnie jako scenariusz, dopiero później - po dwukrotnym odrzuceniu - przerobionej na powieść. Ponad 40 lat po pierwotnym zrealizowaniu tekstu przez Michała Waszyńskiego, w profesora Wilczura, którego opuszcza ukochana żona, wcielił się Jerzy Bińczycki. Z partnerującą mu Anną Dymną oraz Tomaszem Stockingerem Hoffman stworzył obraz, który dla jednych jest jednym z najbardziej kiczowatych filmów, jakie w życiu widzieli, a dla drugich jednym z największym arcydzieł polskiej kinematografii.

Po latach Hoffman wrócił do "Trylogii" Sienkiewicza - sięgnął po "Ogniem i mieczem", pierwszą część cyklu. Huczna premiera filmu odbyła się 8 lutego 1999 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie. Produkcja, w tamtym czasie najdroższa w historii polskiej kinematografii, była - według samego reżysera - "chyba najtańszą tego formatu epicko-historyczną filmową opowieścią na świecie". Gdyby ten film powstał na Zachodzie kosztowałby minimum 40 mln dolarów, gdyby powstał w Stanach jego koszty doszłyby do 100 mln dolarów - mówił wtedy Hoffman. To najlepszy z moich filmów - podkreślał.

W obsadzie "Ogniem i mieczem" znaleźli się m.in. Izabella Scorupco, Michał Żebrowski, Aleksander Domogarow, Zbigniew Zamachowski, Andrzej Seweryn, Wiktor Zborowski, Ewa Wiśniewska, Krzysztof Kowalewski, Andrzej Kopiczyński, Wojciech Malajkat oraz Bohdan Stupka.

"Nie ekranizowałem podręcznika historii"

Zdarzył się cud, że miałem aktorów z bożej łaski. Każdy z nich stworzył swoją postać tak, jak sobie wymarzyłem, jak sobie wyśniłem i wyobrażałem bohaterów trylogii od dzieciństwa - podkreślał Hoffman, który w jednorazowych zdjęciach najbardziej masowych scen zgromadził ok. dwóch tys. statystów. Nie ekranizowałem podręcznika historii ale powieść Sienkiewicza. (...) Nie przekręcaliśmy faktów a w kostiumie, rekwizycie, przedstawianiu mentalności bohaterów, staraliśmy się być wierni literackiemu pierwowzorowi - mówił.

Kolejnym podejściem do adaptacji dzieła literackiego - i jednym z ostatnich podejść filmowych w ogóle - była dla Hoffmana "Stara baśń". Reżyser podchodził do powieści historycznej Józefa Kraszewskiego dwukrotnie, w 2003 r. - gdy pracował nad filmem fabularnym "Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem", i w 2004 r., gdy na podstawie filmu wyprodukował serial fabularny. Na planie filmowiec ponownie spotkał się z m.in. Michałem Żebrowskim, Danielem Olbrychskim, Anną Dymną, Ewą Wiśniewską i Jerzym Trelą.

Porównując filmową "Starą baśń" z jej literackim pierwowzorem Hoffman, który wraz z Józefem Henem w scenariuszu wykorzystali także stare legendy i podania oraz szekspirowskiego "Makbeta", tłumaczył: “Stworzyliśmy oryginalny scenariusz. Niektóre wątki zostały rozbudowane, wprowadziliśmy nowe postacie. Opisany przez archeologów świat materialny uzupełniliśmy wymyślonym przez nas światem duchowym". Będzie to baśń o ludziach, którzy wierzyli w gusła i czary, przede wszystkim będzie to film o wielkich ludzkich namiętnościach, bezpardonowej i okrutnej walce o władzę - zapowiadał przed premierą.

W wywiadach Hoffman wielokrotnie podkreślał, że gdyby nie został reżyserem, byłby zapewne historykiem, bo "bardzo lubi historię, zwłaszcza Polski". Jako siedemdziesięciolatek za swój największy sukces uznał ekranizację "Trylogii". W ostatniej rozmowie z PAP podkreślił, że nie żegna się z kinem. Jestem wierny zasadzie: nigdy nie mów nigdy - powiedział.

(mn)