„To jest film skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom” – mówi w RMF FM Wojciech Smarzowski, reżyser „Wołynia”. W rozmowie z Katarzyną Sobiechowską-Szuchtą podkreśla, że bardzo ważny jest dla niego przedstawiony na ekranie wątek miłości Polki i Ukraińca. "Kiedy zacząłem myśleć o tej historii to wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć okrucieństwo, o którym również opowiada ten film” – tłumaczy. Opowiada też o momentach desperacji i problemach towarzyszących realizacji „Wołynia”. Przyznaje, że miał wątpliwości, czy uda mu się dokończyć ten obraz. „To było tuż przed tym, jak pokazałem się w internecie na naszej stronie i prosiłem ludzi o wsparcie finansowe. Byliśmy już bardzo zaawansowani w zdjęciach, wiele osób mi zaufało. Po prostu nie miałem wyjścia. Szukaliśmy pieniędzy wszędzie poza Rosją, ale to był akt desperacji” – wspomina.

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Gość: Wojciech Smarzowski

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, RMF FM: Jakie jest główne przesłanie tego filmu?

Wojciech Smarzowski: To jest film, który jest skierowany przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Na pewno nie jest wymierzony przeciwko Ukraińcom. Pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm, do czego może być zdolny człowiek, kiedy się go wyposaży w taką ideologię i kiedy da się jeszcze przyzwolenie na zabijanie.

Czy był taki moment w trakcie pracy - film powstawał dosyć długo, ponad 4 lata - że pomyślał pan sobie: nie dokończę tego filmu, nie zrobię go?

Był taki moment. To było tuż przed tym, jak pokazałem się w internecie na naszej stronie i prosiłem ludzi o wsparcie finansowe. To wynikało oczywiście z desperacji. Byliśmy już bardzo zaawansowani w zdjęciach, wiele osób mi zaufało. Po prostu nie miałem wyjścia. Szukaliśmy pieniędzy wszędzie poza Rosją, ale to był akt desperacji.

Nikt nie naciskał, nie pytał: "Po co panu taki film? Nie rób go, po co wsadzasz kij w mrowisko?"

No owszem, pytali mnie, ale to się tylko przełożyło na to tak naprawdę, że część koproducentów wycofała się przed naszymi zdjęciami. To też wpłynęło na to, że mieliśmy lukę finansową. Jak ja już postanowiłem, że robię ten film to ja już jestem zaprogramowaną maszyną - już mnie specjalnie nie interesowało, co mówili ludzie.

Mottem tego filmu jest zdanie, które pojawia się na samym początku - słowa Jana Zalewskiego, że ludzie z Wołynia zostali zamordowani właściwie dwa razy: raz siekierą, a raz przez to, że my to przemilczeliśmy. Kresowiacy byli ważnymi konsultantami? Jak ważnymi w pana filmie?

To ciekawe, zaraz na to odpowiem. Oczywiście w tym filmie chodzi o pamięć, nie o zemstę. To jest ważne i dlatego jest ten cytat. Czy Kresowiacy byli konsultantami - na pewno, dlatego że przeczytałem bardzo dużo książek i bardzo dużo relacji, wiec silą rzeczy od razu w ten świat wszedłem. Myślę, że najważniejszym konsultantem był Stanisław Srokowski, który jest autorem opowiadań "Nienawiść". Przeczytałem wiele książek, ale ta była dla mnie, po prostu jakoś bardzo mocno ją przeżyłem. To wynika stąd, że ona jest pisana z perspektywy dziecka i ta naiwność postrzegania świata w zderzeniu z tym okrucieństwem jest bardzo mocna i bardzo filmowa. Kiedy przeczytałem tę książkę to od razu pojechałem do pana Srokowskiego. Okazało się, że moja wiedza jest bardzo chaotyczna. On był moim pierwszym nauczycielem.

Wspominał pan o tym, że chciałby, żeby ten film był mostem, a nie murem. Mam wrażenie po obejrzeniu tego filmu, że on zaboli Ukraińców na pewno, ale zaboli także Polaków, zaboli Niemców i zaboli Żydów.

No tak, ale nigdy mnie nie interesowało kręcenie historii biało-czarnych, prawda? Dla mnie ten świat przedstawiony musi być złożony i odpowiednio pokomplikowany. Tylko, że rzeczywiście w tym przypadku miałem oczywiście od początku świadomość, że to jest jakiś no... mega delikatny temat i trzeba bardzo precyzyjnie wszystkie akcenty rozłożyć. Właśnie to chyba wszystko się sprowadza do rozłożenia akcentów, do proporcji: bo Ukraińcy też nie zaprzeczają, że doszło do mordów. Tylko, że dla nich raczej to jest pół na pół i w tym samym czasie, jest taki znak równości miedzy ilością ofiar, a także znak równości pomiędzy atakiem, rzezią a odwetem i zemstą. Więc ten film rozłożył te akcenty trochę inaczej oczywiście.

Musi mieć pan świadomość tego, że dla wielu osób, dla wielu widzów, ten film będzie pierwszym zetknięciem się tak na prawdę z tematem Wołynia. Sam pan powołuje się na badania, że połowa ludzi w ogóle nie wie, co tam się zdarzyło, a duża część wie, ale źle. Ma pan tego świadomość? I jak dużą? Czy czuje pan jakąś odpowiedzialność za to, że ten film dla wielu będzie właśnie takim pierwszym kontaktem?

Tak. Wiedziałem to. Mam taką świadomość. Mam nadzieję, że ludzie po wyjściu z kina wzruszą się, wrócą do domu, przytulą swoje dzieci, popatrzą inaczej na otaczającą ich rzeczywistość - z jakiejś innej perspektywy, ale też właśnie, że otworzą odpowiednie książki, że będą mieli ochotę, czas, żeby się czegoś dowiedzieć o tej historii. To jest jedno z zadań, chociaż nie zrobiłem filmu na zadanie.

Nie zrobił pan filmu na zadanie, to nie jest film czarno-biały, to nie jest film tylko i wyłącznie o rzezi wołyńskiej. Bo jest to również, co warto podkreślić, bo nie wiem czy ktoś pana o to pytał, być może tak - że jest to po prostu piękna historia o miłości, o czekaniu, o niespełnionej miłości w bardzo trudnych, bardzo nieludzkich czasach.

No właśnie, jak ja się cieszę, że pani to powiedziała, bo wszyscy mnie o tę historię pytają, a to jest bardzo ważna część filmu - ta cała niespełniona miłość Polki do Ukraińca. Już od razu, kiedy zacząłem myśleć o tej historii to wiedziałem, że tylko takie uczucie może zrównoważyć to okrucieństwo, o którym również opowiada ten film. Więc to jest bardzo ważna część.

Mówi pan o tym, że to jest film przeciwko nacjonalizmowi. Myśli pan, że jest jakaś szansa na nowe otwarcie? Bo to chyba musi być nowe otwarcie - mam na myśli i Polaków, i Ukraińców?

Wierzę, że tak jest. Może to jest takie dość naiwne kombinowanie, ale tak. Myślę, że kiedy opadną te pierwsze emocje, bo one będą, to może potem jeszcze raz spotkają się historycy i z polskiej strony, i ukraińskiej i przepracują ten temat, czyli zderzą dowody, które są po jednej, po drugiej stronie, dokonają ekshumacji. Oni pewnie potrzebują mnóstwo czasu, ale później może pojawi się komunikat, który potem zostanie przedrukowany, przekopiowany do podręczników szkolnych i w Polsce, i na Ukrainie.

Może wystarczyłoby czasem, żeby zaczęli od lektury takiej właśnie książki, takich opowiadań, o których pan wspomniał, czyli o "Nienawiści" Stanisława Srokowskiego. To jest, tak jak pan wspomniał, opowiadane z perspektywy dziecka i o dzieci chciałam zapytać. Wspominał pan, że to był bardzo trudny proces przeprowadzania dzieci przez cala tę historię, bo dzieci są jednymi z głównych bohaterów tej opowieści. Jak pan je ochraniał?

Po pierwsze trzeba powiedzieć o tym, że z każdym dzieckiem trzeba było postępować inaczej, bo zależało to troszkę od ich wrażliwości, ale przede wszystkim od ich wieku. Mieliśmy opiekę psychologiczna. Jak się ma naście lat to na pewne pytania trzeba odpowiadać. Ale jak się ma 2-3 lata no to trzeba oswoić, jakbym mógł tak to nazwać. No więc nasz Wiktor, który był z nami bardzo długo - odtwórca roli Jaśka, tego dorosłego Jaśka, on się bawił na planie, bawił się w charakteryzacji; widział jak sztuczna krew jest kładziona na ludzi, bawił się w tych odlewach silikonowych. Dla niego bardzo szybko to przestały być jakieś okropne rzeczy, to po prostu była przestrzeń do zabawy. Potem, kiedy ona została przeniesiona przed kamerę i ten Wiktor też, no to jakoś bezboleśnie to przeszło. No ale chyba trzeba zapytać rodziców. Bo może ja tak to sobie wyobrażam, a w rzeczywistości może jakoś tam odchorował. Myślę, że jest w porządku.

A aktorzy ukraińscy? Spotkał się pan np. z odmową? Że ktoś powiedział "nie będę grał w takim filmie"?

Tak. Paru aktorów nam odmówiło, poszła taka plotka, że my ten film robimy za pieniądze rosyjskie, co jest nieprawdą. Kilku się wycofało, a kilku prawdopodobnie w ogóle odmówiło przyjścia na castingi - o tym nie wiem, ale tak na pewno było.

Muzyka jest, moim zdaniem, jednym z bohaterów tego filmu. To jest zarówno muzyka ludowa, która wprowadza widza w cały ten świat tak, żeby on mógł pójść za tą historią wołyńską, ale też muzyka skomponowana przez Mikołaja Trzaskę, który z panem pracuje. Jak ona uzupełniała ten obraz?

Ja mam tak, że pracuję z ludźmi, którzy są filmowcami - dostają scenariusz i oni uczestniczą we wszystkich etapach powstawania filmu. Tak samo Mikołaj, już od początku, kiedy przeczytał scenariusz, wiedział, że musi znaleźć odpowiednie instrumenty, że musi zrobić muzykę z epoki. Szybko nastąpił ten podział, że część weselna jest potraktowana inaczej niż ta druga cześć filmu. Cały czas rozmawiamy o tym, co ilustruje stan bohatera, a co jest taką ilustracją, żeby łagodniej się oglądało. Więc zrezygnowaliśmy zupełnie z takich ilustracji, żeby się łagodniej oglądało. Tylko i wyłącznie interesują nas stany, emocje, w jakich znajdują się postaci w danych momencie.

Bardzo panu dziękuję za ten film jako widz i jako wnuczka Kresowiaczki. Jeśli będziemy o tym filmie mówić jako o obrazie dot. tragedii na Wołyniu, ale również o pięknym filmie o miłości, to będzie pan zadowolony?

Ja jestem. No pani to przepięknie powiedziała, a tu wszyscy zawsze mnie pytają. Ja już mam taką łatkę, że Smarzowski - siekiera, a jeszcze Wołyń, no to będzie jatka do kwadratu. A tymczasem to jest naprawdę historia o miłości. Bardzo się cieszę, że pani to powiedziała.

(mn)