​Minęło dokładnie 40 lat od kiedy na terenie, na którym toczyły się walki o przełamanie Wału Pomorskiego stanęły pomniki dwóch mieczy. Niektórzy nazywają je też dwoma krzyżami. Miały upamiętniać krwawą ofiarę, jaką u schyłku II wojny światowej ponieśli na tych terenach Polacy. 21 monumentów, stojących na pograniczu dzisiejszych województw wielkopolskiego i zachodniopomorskiego, trafiło pod lupę historyków z Instytutu Pamięci Narodowej. Wydali opinię, w której zaznaczyli, że miecze w takiej formie nie powinny dłużej istnieć.

REKLAMA

O opinii historyków IPN pisaliśmy TUTAJ >>>

Miecze zaprojektował Alfred Aszkiełowicz, z którym rozmawiamy nie tylko o mieczach, ale też poczuciu estetyki i sztuce, która pomaga zachować witalność.

Jest przełom lata i jesieni. Próbujemy umówić się na spotkanie, ale nie jest to łatwe. Alfred Aszkiełowicz ma dużo pracy i lada chwila wybiera się do syna na Warmię. Chwilę przed wyjazdem udaje nam się spotkać w jego mieszkaniu w Chodzieży, w Wielkopolsce. Mieszkanie na czwartym piętrze w bloku, które jest jednocześnie pracownią artysty - jest niemal po brzegi wypełnione pracami. Już gotowymi, ale też tymi które powstają. W jednym rogu stoją też buty i rakiety do tenisa. W drugim - narty. Jeździmy z synami regularnie na narty w góry. Tu mamy zdjęcie ze stoku w Alpach ­- mówi mi 82-letni dziś Alfred Aszkiełowicz chwilę przed rozpoczęciem nagrania. Chciałbym mieć jeszcze kiedyś swoją pracownię, bo tam się idzie do pracy, a w domu zawsze coś człowieka rozproszy - dodaje.

Mateusz Chłystun, RMF FM: Akcja z mieczami pod koniec lat 70. podobno musiała być błyskawiczna. Dla artysty to pewnie niełatwe zadanie, jak więc to wyglądało z pana punktu widzenia?

Alfred Aszkiełowicz: Akcja rzeczywiście była błyskawiczna, w jednym dniu musiałem dwa razy pojechać do Piły, do wojewody Śliwińskiego. Najpierw pojechałem się dowiedzieć, o co chodzi, potem przyjechałem do domu, musiałem zrobić jakieś szkice. Potem jeszcze raz musiałem przyjechać już z gotowym modelem, zrobiłem go w drewnie. Do tego rysunek zwymiarowany i to wszystko.

Pan dostał wtedy telefon, że trzeba taki projekt zrobić?

Tak, zadzwoniono do mnie, ale to już było tak dawno, że nie pamiętam jak to dokładnie się działo. Ale fakt - mniej więcej na tym to polegało, że musiałem działać szybko. Nie pamiętam dokładnie, ale dzwonił do mnie chyba Jan Szumański, on był wtedy dyrektorem departamentu kultury województwa pilskiego.

Co powiedział? Wdrożył jakoś pana w całą ideę?

Nie pamiętam konkretnie jego słów, ideologią się nie zajmowałem. Zrobiłem swoje i tyle. Wiadomo, jakie mieliśmy nastawienie w tamtych czasach. Procesu od projektu do wykonania już za bardzo nie śledziłem. Musiałem gdzieś wtedy wyjechać, więc tylko zostawiłem projekt. Poza tym trochę jest denerwujące dla mnie, że dolepiono różne rzeczy na tych mieczach. Jakieś napisy... Wydaje mi się, że można je było zrobić obok, a nie na mieczach, bo to zagłuszyło w pewnym sensie ten pierwszy projekt, taki czysty.

Czyli pierwotnie jak miał wyglądać ten pomnik?

Dwa miecze, po prostu. Bez napisów. No i z godłem, które tam jest. Zrobiłem takie właśnie szkice.

Mówi pan, że akcja była błyskawiczna, ale wymagał pewnie tego, żeby do rysunku przysiąść "na spokojnie". Pamięta pan, jak to było?

Tak, to akurat pamiętam. Formę pomnika mi akurat zasugerowano, wiedziałem, że to mają być właśnie dwa miecze. Oczywiście z grubsza wiedziałem, jak wyglądają, ale poszukałem trochę jeszcze w literaturze, m.in. godła wielkopolskiego. I to wszystko. Potem ołówek do ręki, bo to jest podstawowe narzędzie do tworzenia, do rysowania. Ja mam wręcz nabożny stosunek do ołówków. To mi zostało z dzieciństwa. Zawsze lubiłem ołówek i do tej pory się nim posługuję.

Wtedy, kiedy powstały miecze - w 1978 roku - pan był jakoś specjalnie związany z Piłą?

Z Piłą nie, mieliśmy tam tylko swój związek - Związek Polskich Artystów Plastyków i tam spotykaliśmy się od czasu do czasu, płaciliśmy składki. Teraz Związek się zupełnie rozpadł, każdy jest zajęty swoją robotą. Ja jestem związany z Chodzieżą, gdzie mieszkam już od kilkudziesięciu lat. Pracowałem już w swoim zawodzie w Porcelanie Chodzież.

Pan odpowiadał za ozdobne wzory na naczyniach?

Byłem projektantem, zajmowałem się właściwie dekoracją, nie formą. Pracowało nas tam pięciu - jedni od formy, inni od dekoracji.

Zestaw "Iwona" w kwieciste wzory, który znamy z niemal każdego polskiego domu to pana dzieło?

Nie, nie absolutnie, nie mam z tym nic wspólnego. To nie mój gust, nie ta estetyka. Rynek widocznie tego wymagał i porcelana "tłukła" to przez kilkadziesiąt lat.

/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM
/ Mateusz Chłystun / RMF FM

Jako artysta pewnie zwraca pan uwagę na otoczenie pod kątem estetyki. Co pan myśli o gustach Polaków, jak jest pan w przestrzeni publicznej?

Należałoby zacząć od porządnej edukacji, chyba już w przedszkolu. To bardzo szwankuje, ludzie nie mają poczucia estetyki, wrażliwości na to wszystko, co nas otacza. Bardzo obojętnie przechodzą obok. Widzą tylko to, co jest na wysokości wzroku. Pod tym względem mam trudne życie, bo wszystko mnie drażni.

Co najbardziej?

Reklamy. Są przeładowane, za dużo tego wszystkiego jest. Wszystkie elementy, nawet głupia tablica informacyjna, która wisi tutaj w bloku na dole mnie też denerwuje, bo można było tym samym kosztem zrobić to ładnie. Najwyraźniej ktoś, kto to zamawiał, też nie jest wrażliwy na estetykę.

Zerkam kątem oka na pana prace i widzę, że są raczej stonowane, jeśli chodzi o kolory...

No tak, ja nie lubię szokować kolorami ani formą. Raczej podchodzę do sprawy minimalistycznie. Moje obrazy są do skupienia się w zasadzie. Do przybliżenia wzroku i do kontemplacji, do zaciekawienia. Nie wiem, może też do wzruszenia?

Siedzimy przy stoliku, na którym leży mnóstwo małych obrazków. To są "świeże" rysunki z tego, co widzę. Pan tworzy cały czas?

To są różne projekty, nie mogę przecież siedzieć bezczynnie. W ogóle nie potrafię nawet, muszę mieć ręce zajęte i głowę. Dlatego robię szkice tu różnych rzeczy. Robię też ekslibrisy, to są akurat małe formy, więc nawet siedząc i oglądając telewizję do głowy wpadają różne pomysły, muszę je więc w takiej formie zanotować.

Na tle swoich rówieśników jest pan bardzo aktywny.

Mój zawód do tego skłania, nie potrafię siedzieć bezczynnie, a mam wrażenie, że z wiekiem się to jeszcze bardziej nasila. Cały czas, bez przerwy coś robię.

Co pan dzisiaj tworzy? Według mojej interpretacji na pracach, na które teraz patrzymy, są anioły...

Oczywiście, to są anioły. Jestem grafikiem i malarzem, zawsze mówię, że stosuję płodozmian i jeżeli np. nasycę się grafiką, to potem zrobię cykl obrazów malowanych akrylami albo olejami. Uwielbiam to zajęcie, bo nigdy nie pozwala mi się nudzić.

Wróćmy na chwilę do mieczy, od których zaczęliśmy rozmowę. Wiadomo, że artyście przyjemniej zajmować się własnymi pomysłami, a tu - jak pan wspominał - formę panu narzucono. Skoro więc było to zlecenie, trzeba było się do czegoś zmusić?

Muszę przyznać, że trochę satysfakcji było. To było inne zamówienie, niż takie, które teraz spotykamy, ale też nie mogę powiedzieć, że czułem się jakoś wyróżniony. Było zlecenie i trzeba było je wykonać.

Dziś jak pan przejeżdża obok tych mieczy, to co Pan sobie myśli?

Jak jadę z kimś, to zawsze się chwalę, że to są moje miecze (śmiech). Poza tym nic specjalnego nie myślę, oprócz tego, że jak już mówiłem, drażnią mnie te napisy na nich. Dla mnie to jest wada, ja tego nie projektowałem. Zakłóciło to trochę moje widzenie i mój porządek.

Być może pan o tym słyszał, że Instytut Pamięci Narodowej wydał opinię mówiącą o tym, że pomnik, o którym rozmawiamy, w takiej formie nie powinien istnieć. Co pan o tym sądzi?

Ja mam w takim razie propozycję dla IPN-u - był taki prezydent Lech Kaczyński. Może więc jego umieścić na tym postumencie? Nie mam innego zdania w tym temacie. Jest to absurd. Historia się dzieje, nie należy o tym zapominać i raczej powinniśmy iść do przodu, a nie wracać do tego, co było i jeszcze narzucać jakąś swoją ideologię. Nie jestem za tego rodzaju zmianami, jakie sugeruje IPN. Nawet ten przykładowy czołg radziecki. Niech sobie stoi! To też jest historia przecież. To jest historia poglądowa również dla młodzieży, dla dzieci. Łatwiej uczyć historii wtedy, bo to przecież było, a w tej sytuacji możemy to pokazać na konkretnych przykładach, zobrazować, tę historię widać. Z czego mamy się uczyć? Tylko teoretycznie?

(ł)