"Potop Redivivus" - czyli odrestaurowane cyfrowo i na nowo zmontowane pod okiem Jerzego Hoffmana arcydzieło polskiego kina otworzy tegoroczny 39. Festiwal Filmowy w Gdyni i powróci 3 października do kin dzięki dystrybucji Cyfrowego Repozytorium Filmowego. "Dzisiejszy widz szybciej kojarzy, wychowany jest na o wiele żywszym montażu, nie potrzebuje takich dosłowności i tłumaczeń, żeby śledzić akcję" - mówi w RMF FM reżyser Jerzy Hoffman. Twórca filmowej "Trylogii", ale też reżyser komedii "Gangsterzy i filantropi", westernu "Prawo i pięść" oraz melodramatów jak "Trędowata" czy "Znachor". "Ja jestem po prostu reżyserem emocji. Nie podjąłbym się realizacji Dostojewskiego. Może moją największą słabością jest to, że nie mam kompleksów. Ale co na to poradzę?" - żartuje Jerzy Hoffman.

REKLAMA

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: Wygląda na to, że historia zatoczyła koło. A przynajmniej historia Festiwalu Filmowego w Gdyni, ponieważ po czterdziestu latach pana film "Potop", który dostał tam główną nagrodę, wraca w nowej wersji. Jakie to są emocje i uczucie wracać po tylu latach do Gdyni?

Jerzy Hoffman: Rzadko wracam do filmów już zrealizowanych. Rzadko je oglądam. Żyję nimi tak długo, póki je robię. Od momentu, kiedy stają się własnością widza, czyli własnością ogółu, przestają być, nie tyle moim dzieckiem, co przestają być tym najbardziej hołubionym, gdy się je wypuszcza w świat. W tym wypadku zaszło coś niesamowitego. Otóż zobaczyłem film poddany cyfryzacji z inicjatywy Filmoteki Narodowej. Zobaczyłem go, nie tylko w tak pięknych barwach i kolorach, jakie były kiedyś w oryginale. Cyfryzację nadzorował ten sam człowiek, który był autorem zdjęć, czyli Jerzy Wójcik. Ten przepiękny obraz nasunął mi myśl, że trzeba przecież dać szansę, wszystkim tym, którzy czterdzieści lat temu byli jeszcze takimi dziećmi, że filmu zobaczyć nie mogli, albo urodzili się później i znają "Potop" wyłącznie z ekranów telewizorów. A przecież jest to szerokie płótno, szeroka panorama. To film robiony właśnie dla wielkich ekranów. Ale dzisiejszy widz szybciej kojarzy, wychowany jest na o wiele żywszym montażu, nie potrzebuje takich dosłowności i tłumaczeń, żeby śledzić akcję. Poza tym, dzisiaj nikt już nie obejrzy pięciu godzin, dwudziestu minut za jednym zamachem. Po obejrzeniu odnowionej cyfrowo wersji pomyślałem sobie, że można spróbować zrobić wersję o wiele bardziej zwartą. Zaprosiłem do współpracy montażystę, który był współmontażystą "Ogniem i Mieczem" i montował samodzielnie "Bitwę Warszawską", Kota Bastkowskiego, który ma absolutne poczucie rytmu, co zresztą jest niezbędną sprawą dla montażysty. I powstała trzygodzinna wersja. Na tyle kocham Sienkiewicza, na tyle kocham Trylogię, że nie podjąłbym się tego czując, że ten film będzie uboższy i że tym nowym montażem wyrządzę krzywdę wielkiemu autorowi. Pokazałem nową wersję miłośnikom Trylogii i odebrali ją absolutnie entuzjastycznie, nie widząc żadnych braków.

Mówimy Jerzy Hoffman, myślimy kino historyczne. Czy to pana już męczy, czy jeszcze cieszy?

Nie wiem. Ja się nad tym nie zastanawiam. Kino historyczne - tak. Aczkolwiek film historyczny sam w sobie, ani bogactwem kostiumów, ani scenami batalistycznymi nie przyciągnie widzów, jeśli nie ma w nim wartkiej akcji, wspaniałych charakterów. Sienkiewicz takie postacie stworzył. Nazwiska bohaterów Trylogii były przyjmowane jako pseudonimy przez partyzantów i powstańców. Jak również tych, którzy o Polskę walczyli w latach 1915-1916 w legionach. Trylogia tak weszła w tradycję narodu, że aż trudno mi to wyrazić. Ona jest we mnie. Realizowałem nie tylko filmy historyczne. Robiłem kiedyś wraz Edwardem Skórzewskim komedię satyryczną "Gangsterzy i filantropi", western "Prawo i pięść". Robiłem melodramaty jak "Trędowata", czy "Znachor", który stał się kultowym filmem w wielu krajach.

To wszystko o czym pan mówi, to również zasługa doskonale dobranych przez pana aktorów. W naszej zbiorowej wyobraźni Kmicic ma twarz Olbrychskiego, Oleńka twarz Braunek, Wołodyjowski wygląda jak Łomnicki. Wszystkich pan obsadzał sam, czy też słuchał dobrych rad?

Kilka ról zostało mi podpowiedzianych, a niekiedy nawet wymuszonych przez już nie żyjącą żonę Walentynę. Tak jak np. Magda Zawadzka w roli Basi Wołodyjowskiej. Magda wcześniej grała bardziej chłodne postacie, a ja chciałem, żeby hajduczek był niesłychanie ciepły, żeby był, jak to powiedziałem Magdzie - "sam urok". I nie bardzo ją widziałem w tej roli, ale w domu pojawiały się fotografie Magdy. Jedna, druga, czwarta, ósma, dziesiąta. Aż któregoś razu podszedłem do Magdy i zaproponowałem jej udział. Walentyna również znalazła Aleksandra Domagarowa, czyli Bohuna. Wiedziałem, że to musi być aktor z Rosji lub Ukrainy, żeby się charakterem i mentalnością różnił od naszych polskich aktorów. Słuchać innych należy, niewątpliwie. Ten kto sądzi, że wszystko wie najlepiej, musi być absolutnie geniuszem. Ja nie jestem geniuszem, ale nie mam kompleksów. Mam określony talent. Inaczej nie zrobiłbym filmów, na które chodzą miliony ludzi. Słuchać należy i ucho miałem zawsze otwarte, ale decydować musi jeden człowiek. Tak jak w orkiestrze decydować musi dyrygent. Nie ma innego wyjścia.

Dokumenty, melodramaty, western, kino historyczne - to wszystko kojarzy nam się z pana nazwiskiem. A pan mówi, że pana ideałem jest Charlie Chaplin.

Tak, dlatego że na jego filmach śmiali się i płakali wszyscy. I intelektualiści i kucharki. Dlatego, że jest w tym wszystkim co robi niesłychanie ludzki. Dlatego ze wszystkich filmów Felliniego zawsze najbardziej bliski był mi film "La Strada", z Masiną w roli głównej, która jest Chaplinem w spódnicy. Gdy idę do kina i jakaś scena chwyci mnie za gardło, wzruszy - to ja już idę za akcją i jestem wiernym widzem. A jeśli zostanę obojętny, to będę to oglądał z boku i na chłodno. Ja jestem po prostu reżyserem emocji, reżyserem emocjonalnym. Nie podjąłbym się realizacji Dostojewskiego. Może moją największą słabością jest to, że nie mam kompleksów. Ale co na to poradzę? To jest już niezależne od człowieka. Nie potrafię też i nigdy tak na chłodno nie wymyślam sceny od początku do końca. Ja mówię: tak trzeba zrobić! Dlaczego tak? - pytają. Mówię "nie wiem". Jak czuję i tak trzeba.

Mówi pan o emocjach, więc na koniec wrócę do filmu "Potop", który po 40 latach będzie pokazywany na otwarcie Festiwalu w Gdyni. To będzie wyjątkowy wieczór, emocjonalny również dlatego, że będzie poświęcony pamięci pani Małgosi Braunek.

Małgosia zawsze była pełna życia. Wiedzieliśmy, że chorowała, ale mieliśmy nadzieję, że uda jej się pokonać chorobę. Odeszło od nas wiele osób związanych z "Potopem". Czas jest nieubłagany. A śmierć jest tym bardziej okrutna im młodsi są ludzie.

Został nam film. Będziemy do niego często wracać. Ci coraz młodsi dzięki cyfrowej rekonstrukcji, szybszemu montażowi...

Ważne żeby wracał, aby nie stał się zabytkiem. Żeby po prostu znów wszedł w serca młodego widza, zrobiłem te wersję, którą nazwałem "Potop Redivivus".

W "Redivivus" tchnął pan życie w "Potop" po raz kolejny. Bardzo panu dziękuję za rozmowę. I za filmy.

To ja dziękuję.