"Czasami, gdy mówię o moim dziadku, czuję się jak dziennikarka. Przestudiowałam jego życie tak wnikliwie, jak kryminolog tworzący psychologiczny portret zabójcy" - przyznaje Jennifer Teege, wnuczka "potwora z Płaszowa", komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego Amona Götha.

REKLAMA

W rozmowie z Bogdanem Zalewskim Jennifer Teege opowiada, jak dochodziła do prawdy o sobie samej oraz swoich najbliższych krewnych. Tę swoją niebezpieczną podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości, pełną życiowych zakrętów, ta piękna i odważna kobieta opisuje w książce, której polskie tłumaczenie wydane przez oficynę "Prószyński i S-ka" ukazało się właśnie na półkach księgarskich.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Dziadek Amon

Bogdan Zalewski: Moim gościem w programie informacyjnym RMF FM jest Jennifer Teege. To wielki zaszczyt i przyjemność gościć panią w Faktach. Dzień dobry.

Jennifer Teege: Dzień dobry.

Jest pani pół Niemką, pół Nigeryjką, autorką niezwykle interesującej książki zatytułowanej "Mój dziadek by mnie zastrzelił".

To podtytuł. Tytuł brzmi "Amon". To imię mojego dziadka. To bardzo kontrowersyjne imię, i to z tego powodu je wybrałam. My wybraliśmy - jako tytuł książki.

Kim był pani "dziadziuś"?

Mój dziadek był komendantem obozu koncentracyjnego w Płaszowie. Został stracony w 1946 roku w Krakowie.

Co pani odkryła na swój temat, a także o swoim dziadku i babce w bibliotece w Hamburgu w 2008 roku?

Znalazłam książkę na temat przeszłości moich krewnych w Centralnej Bibliotece w Hamburgu. Odkryłam ten tom i odnalazłam klucz do mojej własnej przeszłości. To był moment, który zmienił moje życie.

Przypadkowo odkryłam książkę. Zostałam adoptowana jako dziecko w wieku siedmiu lat. Najpierw byłam wychowywana w domu dziecka, a potem w rodzinie zastępczej, dlatego nie kontaktowałam się często z moją rodziną biologiczną. Znalazłam książkę na temat przeszłości moich krewnych w Centralnej Bibliotece w Hamburgu. Odkryłam ten tom i odnalazłam klucz do mojej własnej przeszłości. To był moment, który zmienił moje życie.

Pani dziadek Amon Göth został sportretowany jako ten zły odpowiednik Oscara Schindlera w filmie Stevena Spielberga "Lista Schindlera". Pierwszy raz zobaczyła pani ten film w Izraelu, prawda?

Tak. Studiowałam w Izraelu.

Zobaczyła pani ten filmowy obraz w Tel Awiwie, w domu pani żydowskiej przyjaciółki? Jaka była pani pierwsza reakcja?

Nie, to nie było w domu moich żydowskich przyjaciół. Mieszkałam w Izraelu, ponieważ uczęszczałam tam na studia, i miałam własne mieszkanie, które dzieliłam ze współlokatorem. Nie było nikogo w pokoju, kiedy oglądałam "Listę Schindlera". Powiedziałabym, że ten film to wzruszająca hollywoodzka epopeja. Obraz mnie poruszył, ale wówczas nie miałam pojęcia, że jego treść ma związek z moją rodziną. To był film, nic więcej. Obejrzałam go prawdopodobnie dlatego, że wszyscy go wtedy oglądali. To dzieło nie miało wtedy nic wspólnego ze mną, z tym kimś, kim wtedy byłam.

Oglądała pani ten film o piekle stworzonym Żydom, będąc w domu przy ulicy Anioła w Tel Awiwie, Rehov Engel.

Tak.

Czy to nie był dziwny zbieg okoliczności?

Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałam. Lubiłam nazwę tej ulicy, ale nie sądzę, żeby tu także zaszła jakaś koincydencja. Tak wiele było zbiegów okoliczności w moim życiu. Dla mnie nazwa ulicy była miła, ale nie sądzę, żeby ten szczegół trzeba było od razu umieszczać w większej układance. Być może to już za daleko idące.

To taka moja interpretacja. Pani babcia mieszkała z Amonem Göthem przez wiele lat tuż obok obozu koncentracyjnego. Wybaczy pani to bardzo osobiste pytanie. Czy wyobraża sobie Pani siebie samą w tak bliskich relacjach z którymś z nazistowskich morderców?

Pyta pan o to, czy mogłabym wejść w buty mojej babci i czy mogłabym żyć tak jak ona?

Tak.

Absolutnie nie. Myślę, że ona kochała mojego dziadka. To fakt, że można się zakochać w kimś pomimo tej jego ciemnej strony, której się nie akceptuje. Porównałabym to z sytuacją, kiedy ma się dzieci. Cokolwiek by twoje dzieci uczyniły, nawet gdyby kogoś zamordowały, pozostaje się ich kochającą matką. Nie znaczy to, że można to usprawiedliwić, mówić że to jest w porządku. Oczywiście miłość macierzyńska różni się od innej. Jednak w miłości w ogóle tak bywa. Co nie znaczy, że możesz sobie powiedzieć - kocham i dlatego muszę dzielić życie z masowym mordercą obok obozu koncentracyjnego. Nie, masz wybór. Moja babcia też mogła decydować i wybrała źle.

Pani babcia popełniła samobójstwo. Dlaczego?

Moja babka absolutnie nie była ofiarą. (...) Podejrzewam, że popełniła samobójstwo, bo wiedziała, że jest śmiertelnie chora. Może zdając sobie z tego sprawę, powinna zdobyć się na refleksję o swoim życiu. Nie było w niej jednak cienia namysłu nad czasem, który spędziła w Płaszowie.

Była bardzo chora. Choroba nie pozostawiała jej wiele czasu do przeżycia. W dniu poprzedzającym decyzję o targnięciu się na własne życie udzieliła wywiadu dziennikarzowi BBC. On przygotowywał materiał wykorzystany później w "Liście Schindlera". Rozmawiał z ludźmi, którzy uratowali się z Holocaustu, z ofiarami, ale także bliskimi sprawców. Tak ja to odczytuję, bo moja babka absolutnie nie była ofiarą. Jednak była częścią filmu. Ona udzieliła tego wywiadu i następnej nocy przedawkowała leki. Moja matka nazajutrz znalazła jej ciało. Pozostawiła list, w którym nie było słowa skruchy, słowa żalu. Podejrzewam, że popełniła samobójstwo, bo wiedziała, że jest śmiertelnie chora. Może zdając sobie z tego sprawę, powinna zdobyć się na refleksję o swoim życiu. Nie było w niej jednak cienia namysłu nad czasem, który spędziła w Płaszowie.

Pomówmy jeszcze przez chwilę o pani dziadku, o pani "dziadziu"?

Nie nazywałabym go "dziadziem". Do mojej babki zwracałam się po imieniu, a nie "babciu". Dystansuję się od Amona, więc nie mówię o nim "dziadzio", czy "dziadziuś".

Z jednej strony to pani krewny, a z drugiej komendant obozu koncentracyjnego w Płaszowie. Czy on w pani świadomości był jedną osobą?

Na samym początku - tak. Na samym początku musiałam odkryć, kim on był dla mnie bardziej. On się bowiem pojawił nagle i nie był tylko moim dziadkiem, był także ojcem mojej matki. Był także mężczyzną kochanym przez moją babkę. Był moim krewnym, bardzo bliskim. Ludzie, których ja znałam, byli z nim w bliskich relacjach. Z drugiej strony, był kimś na kim wykonano wyrok śmierci w 1946 roku, osobą, której w życiu nie widziałam. Był także postacią z historii. W czasie terapii psychoanalitycznej rozpatrywałam cały ten system, poszukiwałam swojego w nim miejsca. W jakim stopniu mogę go uważać za swojego dziadka, a w jakim jest figurą historyczną? Zabrało mi wiele czasu to umiejscowienie siebie samej, w jakimś sensie ujrzenie różnych warstw. Dziś znowu widzę go bardziej jako historyczną postać. Czasami, gdy o nim mówię, czuję się jak dziennikarka. Przestudiowałam jego życie tak wnikliwie, jak kryminolog tworzący psychologiczny portret zabójcy. Tak wiele wiem dzisiaj o jego osobowości. Wiem o nim coraz więcej, a on się coraz bardziej ode mnie oddala, coraz mniej jest moim dziadkiem. Gdy postrzegam go w powiązaniu z moją babką, wszystkie uczucia czasami wracają. Moja opowieść jest pełna różnych odmian gniewu, ale bardzo istotny jej aspekt to poszukiwanie tożsamości, dowiadywanie się kim byłam, zdobywanie wiedzy o rodzinnym sekrecie. Odnalazłam prawdziwe znaczenie mojej własnej tożsamości. To jest najistotniejsze dla każdego, wszyscy potrzebujemy tego w życiu.

Moja opowieść jest pełna różnych odmian gniewu, ale bardzo istotny jej aspekt to poszukiwanie tożsamości, dowiadywanie się kim byłam, zdobywanie wiedzy o rodzinnym sekrecie. Odnalazłam prawdziwe znaczenie mojej własnej tożsamości.

Została pani adoptowana w wieku siedmiu lat. Matka nie chciała z panią być, czy nie była w stanie - psychologicznie - z panią być? Która z odpowiedzi jest prawdziwa?

Nie mogą ze mną być. Jednak nie była to sprawa psychologiczna. Urodziłam się w 1970 roku. Moja matka nie była już w związku z moim ojcem. Musiała zarabiać na życie. Nie było jej w domu cały dzień. Musiała znaleźć kogoś, kto się mną zaopiekuje. W tym czasie nie było takich instytucji pomocy matkom jak dzisiaj. Dziś takie wsparcie już jest. Zdecydowała, że odda mnie do domu dziecka, że to będzie najlepsze wyjście z sytuacji. Potem przez kilka lat byłam gościem w rodzinie zastępczej, która następnie mnie adoptowała. Sądzę, że matka starała się dokonać najlepszego wyboru dla mnie.

A jak pani się czuła w Niemczech jako dziecko w latach siedemdziesiątych? Co pani odczuwała jako ciemnoskóra dziewczynka pośród białych dzieci i białych dorosłych?

Nie byłam wcale tego świadoma. Nie myślałam o tym przez większość czasu. Tylko czasami, gdy spoglądałam w lustro, uświadamiała sobie, że jestem inna. Na co dzień nie doświadczałam żadnej dyskryminacji. Różniłam się od innych dzieci, ale to nie było coś, co by mnie dręczyło. To była normalna sytuacja. Nie odnosiłam tego do niczego.

Ma pani cztery imiona -Jennifer, Annette, Susan i jeszcze nigeryjskie - Isioma. Co one oznaczają?

To ostatnie nadał mi mój ojciec i oznacza ono kogoś, kto ma lub miał dużo szczęścia. Ono jest najbardziej dla mnie odpowiednie, bo ja na prawdę czuję w sobie to "błogosławieństwo".

A Jennifer, Annette? A szczególnie: Susan?

To jest znacznie bardziej skomplikowane. Musiałabym przejść do szczegółów. Mój dziadek miał dwie służące w domu, kiedy był komendantem obozu w Płaszowie. Dwie kobiety, które u niego pracowały, miały tak samo na imię.

Helena.

Depresja to stan, w którym czarna chmura otacza twoją głowę. Nie jesteś osobą, którą chcesz być, czujesz zmęczenie, przynajmniej ja je odczuwałam, nie możesz wyrwać się z tej sytuacji. Chcesz być kimś innym, chcesz się dobrze poczuć.

Więc on jedną nazywał Susan. Moja matka wytłumaczyła mi potem, dlaczego mam na trzecie Zuzanna. Moja matka rozmawiała sporo w tym czasie z babką o tych dwóch służących. Obie - matka z babką - zdecydowały o tym imieniu dla mnie. Tak dużo rozmawiały o jednej z tych kobiet, że ona stała się niemal członkiem rodziny.

Dużo pisze pani o depresji. "Depresja" - co to znaczy dla pani?

Na szczęście, miejmy nadzieję, to już dla mnie relikt przeszłości. Depresja to stan, w którym czarna chmura otacza twoją głowę. Nie jesteś osobą, którą chcesz być, czujesz zmęczenie, przynajmniej ja je odczuwałam, nie możesz wyrwać się z tej sytuacji. Chcesz być kimś innym, chcesz się dobrze poczuć.

Napisała pani o "głębokiej jamie" umysłu.

Sądzę, że wiele osób odczuwa to w taki, czy inny sposób. Można znaleźć pomoc w wyjściu z tej choroby, jeśli tej pomocy się poszukuje. To nie jest coś, co musi z tobą pozostać na resztę życia.

Czy dziękuje pani losowi, czy przeklina pani swoje życie? Mam na myśli - obecny czas, po napisaniu tak ważnej książki.

Jak już mówiłam, czuję się "błogosławiona" w znaczeniu mojego nigeryjskiego imienia "Isioma".

W moim przypadku nie stałam się tylko silniejsza, ale także o wiele szczęśliwsza

W sensie: "powodzenia".

Musiałam przejść przez bardzo ciemny okres. Jednak kiedy napotykasz przeszkodę w swoim życiu, musisz się z nią zmierzyć, wychodzisz z tego silniejszy. W moim przypadku nie stałam się tylko silniejsza, ale także o wiele szczęśliwsza.

Dziękuję pani bardzo za rozmowę.