Dane podatkowe Donalda Trumpa wykazują ponad 1 mld USD strat biznesowych - donosi "The New York Times". Dziennikarze Russ Buettner i Susan Craig na podstawie zdobytych dokumentów fiskalnych twierdzą, że gdy w 1987 roku do księgarń trafiła książka o biznesowych triumfach Trumpa "The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów" jego finanse były w już głębokiej zapaści. Biznesmen stracił dziesiątki milionów dolarów na wątpliwych transakcjach biznesowych. Tak ma wynikać z nieujawnionych wcześniej danych z deklaracji dla federalnego urzędu skarbowego za lata 1985-94, z dekady jego porażek.

REKLAMA

Liczby pokazują, że w 1985 r. Trump zgłosił straty w wysokości 46,1 mln USD w podstawowej działalności - głównie kasyn, hoteli i powierzchni handlowych. Przez dekadę "popłynął" na 1,17 miliarda dolarów. Trump stracił tyle pieniędzy, że udało mu się uniknąć płacenia podatków przez osiem z dziesięciu lat.

1. Hokus pokus fiskus - czyli finansowa alchemia Donalda Trumpa

Niedawno Szef Departamentu Skarbu USA Steven Mnuchin odmówił Izbie Reprezentantów dostępu do zeznań podatkowych prezydenta. W uzasadnieniu oświadczył, że jego resort nie ma takich kompetencji. Dodał, iż żądanie ujawnienia dochodów głowy państwa jest pozbawione prawomocnej celowości oraz stwarza poważne problemy konstytucyjne. Naciskają na to Demokraci, którzy zdominowali dwie komisje - nadzoru oraz budżetu i podatków- w Izbie Reprezentantów. Są w tej sprawie niezwykle zmotywowani.

Opozycja chce prześwietlić oświadczenia Trumpa i sprawdzić, czy nie zachodzi w jego przypadku konflikt interesów, słowem, czy nie korzysta on z wprowadzonej przez jego administrację sporej ulgi podatkowej dla amerykańskich krezusów. Liberalna prasa łapie wiatr w żagle i próbuje dowieść, że mityczna sprawność biznesowa Donalda Trumpa, na której dopłynął do Białego Domu, to blef. Mówiąc złośliwie chcą z niego zrobić kogoś w rodzaju Ala Capone, tym razem politycznego gangstera, którego mają zgubić podatki. Gdy zawiodły inne metody impeachmentu, łącznie z rosyjską intrygą, pozostała broń fiskalna?

2. Izba Rozliczeń Skarbowych - w literackiej wizji Davida Fostera Wallace’a

Tak się dziwnie składa, że rok 1985, który odgrywa kluczową rolę w artykule dotyczącym finansowych problemów Donalda Trumpa, jest równie znaczący w powieści wybitnego amerykańskiego pisarza Davida Fostera Wallace’a "Blady Król". Jej akcja toczy się w urzędzie skarbowym a konkretnie w Regionalnym Centrum Kontroli IRS. Ta niezwykła książka ukazała się w Polsce niemal dziesięć lat po samobójczej śmierci twórcy, który przegrał walkę z gnębiącą go przez lata depresją.

"Blady Król" to dzieło wyjątkowe, bo to projekt niedokończony, pozostawiony przez artystę w postaci dysków, teczek, segregatorów, kołonotatników i dyskietek z wersjami rozdziałów, notatek i ręcznie zapisanych fragmentów. To tak, jakby demon fiskalnej biurokracji opanował twórczą pracę Wallace’a i odcisnął piętno na literackiej formie utworu. Redaktor tomu Michael Pietsch zapewnia, że "kompletując tę książkę, trzymał się wewnętrznych wskazówek z samych rozdziałów oraz zapisków Davida." Wewnątrz skomplikowanej, poszatkowanej, eklektycznej stylistycznej narracji, pojawia się głos, który odgrywa rolę wyznań samego autora. Abstrahując od skomplikowanych analiz prawdziwego statusu mówiącej postaci, przyjmijmy, że jest to sam David Foster Wallace. Czego się zatem dowiadujemy o jego pracy dla amerykańskiego fiskusa w czasie gdy - jak się okazało - ciemne finansowe chmury zebrały się nad głową Donalda Trumpa?

"Blady Król" - jak czytamy - "stanowi przeważnie prawdziwy i rzetelny częściowy zapis tego, co widziałem i robiłem, co słyszałem i robiłem, kogo znałem i z kim, a także pod kim pracowałem, a także co w ogóle zaszło w Placówce IRS nr 047, w Regionalnym Centrum Kontroli na Region Środkowo-Zachodni w Peorii, IL, w latach 1985-1986. Spora część książki jest właściwie oparta na rozmaitych notatnikach i dziennikach, prowadzonych przeze mnie przez okres trzynastu miesięcy, które spędziłem jako kontroler rutynowy w RCK na Środkowy Zachód". Być może David Foster Wallace - gdyby żył- mógłby rzucić więcej światła na sprawę Donalda Trumpa w dekadzie lat 80. W każdym razie warto wczytać się w jego słowa.



Dygresja: W trakcie pisania tego artykułu, otrzymałem ważne sprostowanie od Autora znakomitego polskiego tłumaczenia "Bladego Króla" - Pana Mikołaja Denderskiego. Z pracą Wallace'a w IRS to akurat bardzo przebiegłe wpuszczanie czytelników w maliny, bo ostatecznie naprawdę autobiograficzne wątki z tych "odautorskich" wtrętów to bodaj te, w których pisze o tym, jak ważne jest wynegocjowanie jak najwyższej zaliczki za książkę, bo dzięki temu można się załapać na próg podatkowy, gdzie prawo federalne oferuje duże ulgi. Ale zgadzam się z Panem, że wszystkie te fiskalne rozważania to pasjonująca strona tej książki (oczywiście niejedyna).

Oto te podatkowe refleksje Wallace'a:

"Rok 1985 był rokiem przełomu w dziejach amerykańskiej ordynacji podatkowej oraz polityki realizacji przez Izbę Rozliczeń Skarbowych postanowień Kodeksu podatkowego Stanów Zjednoczonych. W skrócie, w tamtym roku zaszły nie tylko fundamentalne zmiany w kompetencjach Służby, ale również odbył się finał intensywnej batalii wewnątrz samej Służby między orędownikami i przeciwnikami coraz bardziej zautomatyzowanego i skomputeryzowanego systemu podatkowego. Złożone względy administracyjne zadecydowały o tym, że jedną z aren, na których rozegrała się decydująca faza tego boju, było Regionalne Centrum Kontroli na Region Środkowo-Zachodni". Warto zapoznać się z rozmową urzędników Służby.

Filozofia fiskalna z tych lat reprezentowana przez prezydenta Ronalda Reagana może nam się wydać znajoma - także w przypadku obecnej Polski rządzonej przez premiera Mateusza Morawieckiego. Analogia nie jest pełna, ale pewne podobieństwa schematów są. "Oczywiście dla Służby cudowne w potencjalnej prezydenturze Reagana jest to, że on oficjalnie opowiada się przeciwko podatkom. Otwarcie, bez kręcenia. Żadnego podwyższania stawek; w New Hampshire miał autentycznie powiedzieć, że chce obniżenia stóp w przedziałach krańcowych. (...) Niby jak pogodzić obniżenie stóp krańcowych z większymi wydatkami na obronność? Nawet dziecko dostrzegłoby w tym sprzeczność. (...) To dobre dla Służby, ponieważ obniżenie stóp krańcowych i jednoczesne zwiększenie wydatków jest możliwe tylko pod warunkiem podniesienia wydajności egzekucji należności. (...) Oznacza to cichą redukcję ograniczeń naszych mechanizmów kontroli i egzekucji. Reagan obsadzi nas w roli pazernego Wielkiego Brata w czarnym kapeluszu, który jest mu potrzebny. To my, księgowi o ściągniętych wargach, w nijakich garniturach i grubych okularach, naciskający klawisze sumatorów, stajemy się Rządem: władzą, której wszyscy nienawidzą. A tymczasem Reagan potraja Służbie budżet i nie na żarty stawia na technologię i efektywność. Dla Służby będzie to najlepszy czas od czterdziestego piątego". Dodajmy, dla kontrastu, że takie działania to zdecydowanie zły model dla kombinatorów i rządu o dziurawych rękach, któremu przez lata przelewały się miliardy niezapłaconego VAT-u. Nie przelewało się za to uczciwym obywatelom.

3. 1250 amerykańskich dolarów

Rok temu w internetowym agregatorze longreads.com pojawił się tekst na temat nieżyjącego amerykańskiego pisarza Davida Fostera Wallace'a. Autorem był Josh Roilan- profesor dziennikarstwa na Uniwersytecie Maine. Zafascynowała go szalenie różnorodna, wariacko rozwichrzona, aspergerowsko skupiona na własnym geniuszu, zapierająca dech w piersiach swoją erudycją, perfekcyjna formalnie, obsesyjnie dygresyjna twórczość Wallace’a - pokonanego przez depresję samobójcy.

W internetowej epopei profesora Roilana redaktorzy i pisarze dyskutują, w jaki sposób wpływa na nich proza autora "Rzekomo fajnej rzeczy, której nigdy więcej nie zrobię" (książki wydanej w Polsce). Wspominają ze szczegółami, jak się z nim pracowało. Z eseju dowiadujemy się, że wielu młodych twórców porównuje się do autora "Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi"(pierwszej opublikowanej w naszym kraju książki pisarza). Moda? Gdy przy okazji przywoływana jest legenda "nowego dziennikarstwa" Joan Didion widać, że tradycja łączenia fikcji i faktów, żurnalistyki i beletrystyki, reportażu i powieści jest wciąż żywa za oceanem.

Wallace był trzykrotnym finalistą dziennikarskiej nagrody National Magazine Award, wygrywając raz- w 2001 roku. Mimo to kompulsywnie określał siebie jako "nie dziennikarza", zarówno jako autor, jak i - odruchowo - jako postać w swoich własnych historiach. Mimo to wciąż rzuca długi cień na literackie dziennikarstwo - gatunek literatury faktu, który przestrzega wszystkich reporterskich zasad mówienia prawdy charakterystycznych dla tradycyjnego dziennikarstwa, ale przy użyciu technik retorycznych i narracyjnych przynależnych do świata literackiej fikcji.- podkreśla profesor Roilan.

Uczony po to, by nadać lepszy kształt temu półcieniowi wallace’owskich wpływów, rozmawiał z wieloma twórcami i krytykami, którzy snuli porównania z dziełami nieżyjącego pisarza i szczerze przyznawali, co w nim kochają, a czego nienawidzą. Tłumaczyli, jak to jest wydawać jego książki, a także opisywali pośmiertne kontrowersje związane z samobójcą. "Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi", "Niepamięć" "Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię" oraz "Blady Król" mają wszystkie zalety i wady tak zwanego wybitnie uzdolnionego dziecka, genialnego ucznia college’u, wybitnego studenta na indywidualnym toku nauczania. Precyzyjny styl, świadomość formy, wszechstronność, erudycja w niezliczonej liczbie dziedzin, odwaga eksperymentowania- to są niewątpliwe zalety tego pisarstwa. Nie należy jednak zapominać, że wiążą się z nimi poważne wady: rozwichrzenie tematyczne, walka z agrafią, postmodernistyczne, autotematyczne nudziarstwo, dygresyjność przechodząca w nieznośną biegunkę myśli, teksty jako pusta sztuka dla sztuki.

Wallace równie dobrze może skonstruować reportaż w stylu gonzo o światowych tenisistach, relację z planu filmów Davida Lyncha, profesjonalną recenzję arcytrudnej książki z dziedziny teorii literatury, dramat w enigmatycznym stylu nieco przypominającym hermetyczną, psychotyczną twórczość Sarah Kane, zawodową w podwójnym sensie słowa nowelę o marketingowcach z branży spożywczej z wątkiem wspinacza-samobójcy po wieżowcu w tle, pointylistyczne (widziane przez pryzmat oczek w kratce w zbrojonej szybie okien w klasie) wspomnienie ze szkolnych czasów itp., itd. Jednak, za dużo tego, za dużo nut, jak miał rzec król Austrii do Amadeusza. A w końcu, kiedy się patrzy z dystansu lekturowego czasu na te tomy, czytelnik zaczyna je coraz bardziej doceniać, ba! lubić. Bo te fragmenty, jak puzzle, po wystarczająco długim okresie obcowania z tą niebanalną twórczością, zaczynają się układać w zaskakująco spójne kompozycje. Jednak, być może to tylko złudzenie, wynikające z naturalnej skłonności naszego umysłu do tworzenia całości z luźnych fragmentów, dopowiadania ogólnego, porządkującego sensu, do swobodnych układów, które wcale takiej matrycy nie mają. A może jednak mają?

Uznana za główne dzieło Davida Fostera Wallace’a, nieprzetłumaczona wciąż na polski (ale już w zapowiedziach) powieść "Infinite Jest" ("Nieskończony żart") pochodzi z 1996 roku. Ma niekonwencjonalną strukturę narracyjną wzorowaną na fraktalu zwanym trójkątem Sierpińskiego. Figurę tę zwaną także "uszczelką Sierpińskiego" otrzymuje się według następującej recepty: weź trójkąt równoboczny, połącz środki jego boków, dzieląc go w taki sposób na cztery mniejsze trójkąty; usuń następnie trójkąt środkowy, a całą pierwszą operację zastosuj wobec trzech pozostałych trójkątów; podziel każdy z nich na cztery mniejsze trójkąty, znów usuwając środkowy, i tak w nieskończoność.

Kiedy spoglądamy na ów fraktal, możemy sobie uzmysłowić, na czym jeszcze polega polisemantyczność powieściowego tytułu "Infinite Jest". Krytycy zwracają uwagę, że jest to aluzja do szekspirowskiego "Hamleta", a konkretnie do pierwszej sceny z piątego aktu, w której tytułowy bohater trzyma w dłoni czaszkę królewskiego błazna i mówi "Alas, poor Yorick! I knew him, Horatio: a fellow of infinite jest, of most excellent fancy: he hath borne me on his back a thousand times; and now, how abhorred in my imagination it is!". W tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego ta hamletowska kwestia brzmi: "Biedny Yoryku! Znałem go, mój Horacy; był to człowiek niewyczerpany w żartach, niezrównanej fantazji, mało tysiąc razy piastował mię na ręku, a teraz — jakże mię jego widok odraża (...)!" Polskie tłumaczenie "Infinite jest" nawiązujące do translacji Paszkowskiego mogłoby brzmieć "Niewyczerpany w żartach".

Jednym z takich witzów jest historia, którą przetłumaczymy na użytek tego artykułu. Chodzi tu bardziej o zabawę, koncept ("wit") niż zabawność, prowadząca do wybuchów śmiechu. Bohaterem tego fragmentu jest niejaki Ken Erdedy, epizodyczna postać w "Infinite jest", facet uzależniony od marihuany. Fragment jest kapitalny literacko i psychologicznie; to rodzaj strumienia świadomości narkomana, który czeka w mieszkaniu na dostawę "zioła". Słowa są tu lepkie jak konopny olej.

"Gdzie była kobieta, która powiedziała, że przyjdzie. Obiecała, że przyjdzie. Erdedy pomyślał: żeby już przyszła teraz. Siedział i myślał. Był w salonie. Kiedy tak czekał i czekał, jedno okno było pełne żółtego światła i rzuciło cień na podłogę, a on wciąż siedział w oczekiwaniu, aż ten cień zaczął zanikać i został przecięty przez jaśniejący cień okna na innej ścianie. Owad poruszał się na jednej ze stalowych półek, które dźwigały jego sprzęt audio. Owad ciągle wchodził i wychodził z otworu w jednej z belek, do których przymocowano półki. Insekt miał ciemną barwę i błyszczący pancerzyk. Erdedy nie przestawał się nad tym zastanawiać. Raz czy dwa zaczął podchodzić bliżej, by na niego spojrzeć, ale obawiał się, że gdyby podszedł jeszcze kawałek i zobaczył z bliższa, zabiłby go, a bał się go zabić. Nie sięgnął po telefon, żeby zadzwonić do kobiety, która obiecała przyjść, bo był w strachu, że jeżeli ona zatelefonowałaby w tym samym czasie, usłyszałaby, że jego numer jest zajęty. Mogłaby pomyśleć, że stracił zainteresowanie, a wtedy wpadłaby w złość, i może nawet zabrała gdzieś to, co mu obiecała. Zapewniała, że dostarczy mu 20 deka marihuany, 200 gram wyjątkowo dobrego zioła za 1250 amerykańskich dolarów. Próbował wcześniej rzucił palenie gandzi może już z 70 lub 80 razy. Zanim jeszcze ta kobieta go poznała. Nie wiedziała, że starał się przestać palić. Zawsze trwał w postanowieniu przez tydzień, lub dwa, albo ze dwa dni, a potem myślał sobie, żeby mieć trochę towaru w domu, ten ostatni raz".

Rodzą się w głowie kolejne aury semantyczne związane z tytułem "Infinitive jest". "Niedokończony, "nieskończony" witz to może być także żartobliwa mowa, śmieszna gadka, dążąca do nieskończoności, nieustanie "uszczelniania" dopowiedzeniami, słynnymi wallace’owskimi przypisami. Swoją drogą - przy okazji przekładu- pojawia się dodatkowa dwuznaczność w języku polskim. "This is" po polsku znaczy "to jest". A "to jest" (czyt. "tu dżest") po angielsku znaczy "żartować". W pisowni tworzy się "przypadkowa" filozofia "bycia jako czegoś żartobliwego". Czy to językowa "gra chaosu", w wyniku której można stworzyć nową narracyjną "uszczelkę Sierpińskiego"? Czy David Foster Wallace- autor "Infinitive jest" przyjąłby tę zabawną koincydencję? Nie dowiemy się. Autor jest po stronie nieskończoności. Wcześniej zdążył napisać opowiadanie-testament, manuał samobójcy. Pytajnik się przewrócił ¿ i zwinął się w ∞.